Felieton

Nowy Rok słabej polityki

W Nowy Rok wchodzimy z tym samym poczuciem apokaliptycznej przewagi rynku nad polityką, z jakim wchodziliśmy w poprzedni. Ostatnie sylwestrowe akordy tej mrocznej symfonii to „klif fiskalny” w USA i porażka Hollande’a w sprawie 75 proc. podatku od naprawdę najwyższych dochodów (francuski Trybunał Konstytucyjny uznał to za niekonstytucyjne, bo „niesprawiedliwe”). W przypadku klifu każde zwycięstwo Obamy (czyli każde zwycięstwo najsłabszej choćby polityki) będzie pyrrusowe. Obama (czyli najsłabsza choćby polityka) zapłaci za nie istotną częścią swego społeczno-ekonomicznego pakietu z drugiej kampanii prezydenckiej, zakładającego odejście od faktycznej amerykańskiej degresji podatkowej w stronę chociażby realnej liniowości, bo o realnej progresji, choćby najdelikatniejszej, z racji układu sił pomiędzy bardzo potężnymi lobbystami i bardzo słabą polityką marzyć nawet trudno. Tylko porażka będzie realna. Pozostawi faktyczną degresję podatkową w USA, uderzy w budżet państwa. A uderzony budżet Stanów Zjednoczonych znowu zacznie żerować na globalnych rynkach finansowych, jak to zrobił po „kryzysie hipotecznym”, co sprawi, że także Europa oberwie. A jak Europa oberwie, nasi imitacyjni thatcheryści i nadwiślańscy Republikanie znów dumnie i radośnie podniosą głowy przeciw „eurokołchozowi”.

A we Francji? Oczywiście już w pomyśle wyjątkowego, „solidarnościowego”, kryzysowego podatku dla najbogatszych była ukryta jego przyszła klęska. „Solidarność”? Poczytajcie sobie, co o takich rzeczach piszą nasi „postsolidarnościowi” prawicowi publicyści. Społeczna solidarność to przecież bolszewizm, no chyba, że jest realizowana za pomocą publicznych gestów prywatnej jałmużny. „Ktoś, kto ma” upuszcza teatralnie czek do kapelusza „kogoś, kto nie ma”, a ten całuje go teatralnie po butach. I to wszystko jako nowy ideał etyczny. W ten sposób dwa tysiące lat chrześcijaństwa (z jego wojną przeciwko podwójnemu nagradzaniu silnych) i 200 lat oświeceniowej kategorii prawa powszechnego – wszystko to zostaje spuszczone z wodą w neokonserwatywnym i neoliberalnym klozecie im. Janusza Korwin-Mikkego (nawet jeśli dziś w tym przybytku myślowej higieny gospodaruje nieporównanie bardziej kulturalny Jarosław Gowin).

We Francji nie ma twardej realnej amerykańskiej degresji podatkowej, ale faktyczna skala podatków ściąganych jest dużo niższa niż skala podatkowa obowiązująca formalnie za czasów Sarkozy’ego. Zatem trzeba walczyć o zbliżanie podatków realnie płaconych do tych wynikających ze skali formalnej. Trzeba uszczelniać i likwidować furtki, z których korzystają miliarderzy i ich korporacje. Ale jak rozumiem 75 proc. to był symbol. Ja funkcję symboli w życiu politycznym pojmuję, tyle że Hollande się na symbolu przejechał. Kiedy lud widzi, że jego przyjaciele są aż tak bezsilni, odwraca się od nich i pogrąża w kompletnie już cynicznym fatalizmie. Zasada progresji podatkowej nie może być tylko „tożsamościowym” tematem felietonów jakiegoś lewicowego odpowiednika „tygodnika Lisickiego”. Musi być celem realnej i efektywnej polityki. Czy stała się nim we Francji dzięki podniesieniu, a potem upuszczeniu w błoto sztandaru 75 proc.? Nie mam takiej pewności.

Na razie na całym Zachodzie (i w całej globalizacji) realna stopa efektywnie ściąganego podatku dochodowego wciąż spada. Także w Europie wszyscy myślący miliarderzy marzą albo o amerykańskiej faktycznej degresji podatkowej, albo o nigeryjskim państwie, które jest słabsze nawet od katolickich i muzułmańskich bojówkarzy mordujących się na ulicach nigeryjskich miast (czyżby wbrew intuicji abp. Michalika religia bywała jednak czasami także źródłem przemocy?), więc tym bardziej nie jest realistyczną idea, że takie państwo będzie potrafiło efektywnie ściągać podatki z energetycznych biznesów Jana Kulczyka (postnomenklaturowy kapitalizm III RP prężnie łączy się z postthatcherowskim kapitalizmem globalnym, po raz kolejny przypominając, że Legutko i Wildstein o tym, czym jest kapitalizm, mimo że są jego wyznawcami, nie mają pojęcia, albo – co bardziej prawdopodobne – mieć pojęcia nie chcą, bo to by im utrudniło zarządzanie prostym kultem samych siebie na polskiej prawicy). Tymczasem w USA i Anglii „odkryto” niedawno, że parę największych korporacji (Apple jest wśród nich, więc chodzi o awangardę kapitalistycznej przyszłości) potrafi legalnie płacić – nie dzięki rajom podatkowym, ale po przejściu legalnej pralki własnych profesjonalnych księgowych i wylobbowanych przez te najbardziej awangardowe korporacje odpowiednio skomplikowanych i wewnętrznie sprzecznych przepisów podatkowych słabnącego państwa – zaledwie 2-procentowy faktyczny podatek od zysków „z działalności zagranicznej”.

Większą rewolucją niż deklarowanie symbolicznych podatków solidarnościowych na wysokości 75 proc. obalanych później przez Trybunał Konstytucyjny, rewolucją na poziomie efektywnie wprowadzonego podatku Tobina (albo jeszcze większą) byłoby zatem wyegzekwowanie na skalę globu choćby wpisanych do wielu krajowych regulacji, które niestety mają tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co Fourierowska utopia. Wystarczy np. 45-procentowa stawka podatkowa dla najbogatszych i jakiś sensowny podatek od korporacji. Ale to wymaga istnienia efektywnej ponadnarodowej polityki, w przybliżeniu tak samo efektywnej w USA, we Francji i w Nigerii. Dziś – jako polityka narodowa poddana ponadnarodowemu lobbingowi rynku – nie jest ona efektywna ani w USA, ani we Francji, ani w Nigerii.

W całym starym roku jedyna sympatyczna rzecz w omawianym tu przeze mnie obszarze wydarzyła się na poziomie etyki indywidualnej. Kiedy „hiperfacet” Gerard Depardieu zamierzał wyjechać do Belgii i przyjąć obywatelstwo rosyjskie, kiedy Torysi Camerona z jednej strony a Putin z drugiej, chóralnie zachęcali „naszych francuskich bogatych przyjaciół”, żeby przenieśli się z „sankiulotowskiej” Francji do „wolnego Londynu” albo „wolnej Moskwy” (dwa miasta przyjazne miliarderom), do tejże „sankiulotowskiej” Francji, wraz ze swoimi niebagatelnymi już dochodami osobistymi przed opodatkowaniem, jawnie i świadomie wrócił Michel Houellebecq. Co tylko potwierdza, że choćby był najbardziej nawet uciążliwym zrzędą, nie jest przynajmniej palantem. Tak rzadko ma się powody do dumy z ludzi, których się kiedyś polubiło, że kiedy się na kimś takim jednak nie zawiedziesz, warto o tym wspomnieć u progu Nowego Roku.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.