Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Felieton

Noworoczna opowieść o “wolnych Polakach”

Chciałem znów powbijać szpilki pod paznokcie Tuska za to, że swoje zwycięstwo, które i tak już nas wszystkich sporo kosztowało, znów zaczyna trwonić. Lecz kiedy moje szpilki z poduszeczki zaczynałem wyciągać, coś głośno zapukało od spodu, a byli to „wolni Polacy”.

 

Nowe manifesty wydali z siebie Rymkiewicz, Ziemkiewicz i inni, którzy „wolnymi Polakami” z nadmiaru wysokiej samooceny lubią się nazywać. Nie byłoby żadnym wydarzeniem, gdyż „wolni Polacy” nie tylko na Nowy Rok, ale przy każdej okazji, jak tylko się dorwą do jakiejś gazety albo innego medialnego okienka, rzucają swoje monotonne klątwy na ludzi próbujących żyć w tym kraju uczciwie (czyli zupełnie inaczej niż „wolni Polacy”, którzy żyjąc w najlepsze, udają, że umierają na krzyżu). Tak się jednak składa, że w momencie, kiedy „wolni Polacy” zaczęli rzucać swoje noworoczne klątwy, wpadł mi akurat w ręce numer miesięcznika „Morze” z końca 1938 roku (dziwaczne są te moje noworoczne lektury).

 

Miesięcznik „Morze” był wydawany przez liczącą sobie w owym czasie milion członków Ligę Morską i Kolonialną. Moją uwagę zwróciły dwa sąsiadujące ze sobą teksty w tym jednym numerze. Pierwszy o tym, że odwiecznie polski Śląsk Cieszyński powinien wrócić do imperialnej macierzy (co wkrótce zresztą się stało, choć w okolicznościach nie przynoszących imperialnej macierzy żadnego zaszczytu), drugi relacjonujący debatę w brytyjskim parlamencie, gdzie jeden z posłów zwrócił uwagę, iż zamorskie terytoria afrykańskie brytyjskiego imperium można by zasiedlić brytyjskimi Żydami, co rozwiązałoby zdaniem owego posła zarówno problemy wewnętrzne, jak i kolonialne. Autor artykułu, nie wierząc widać w inteligencję miliona czytających członków Ligi Morskiej i Kolonialnej, napisał, że wystąpienie brytyjskiego posła mogłoby się stać inspiracją dla naszych władz, kiedy Polska wreszcie, w wyniku kolejnej „wojny narodów”, stanie się posiadaczką należnych sobie afrykańskich kolonii. Liga Kolonialna i Morska to nie była żadna młoda radykalna endecja, była to jedna z fasadowych sanacyjnych organizacji z okresu, kiedy Sanacja postanowiła walczyć o serca i głosy „endeckiego ludu” (parafraza za Ludwik Dorn).

 

Najlepsi z naszych przodków modlili się o „wojnę narodów” i „wojna narodów” nastąpiła, a nawet dwie wojny. W czasie tych wymodlonych wojen, jak się mówi, Francuzi padli ofiarą Niemców, Niemcy ofiarą Anglików, Polacy stali się ostatecznie ofiarą wszystkich po kolei. Ale to wszystko kłamstwo, bo w rzeczywistości Niemcy padli wówczas ofiarą głupoty i pychy „wolnych Niemców”, Rosjanie „wolnych Rosjan”, Francuzi „wolnych Francuzów”, Polacy „wolnych, mocarstwowych i kolonialnych Polaków”.

 

Także dzisiejsi „wolni Polacy” na ramieniu noszą swoje wielkie dorodne męskie członki, udając, że to są drzewce skrwawionych sztandarów. A kult własnych monstrualnie rozrośniętych cojones odprawiają, głosząc, że jest to kult umęczonej ojczyzny. Szukam ciągle zmiennika dla Tuska, w histerii, w panice, z poczucia obowiązku, bo demokracja powinna być przynamniej dwupartyjna, inaczej zostaje z niej tylko fasada. Ale swoje gęby otwierają „wolni Polacy”, głosząc kult samych siebie, i znowu mam kłopot. Znów nie potrafię spojrzeć dalej niż za horyzont, który wyznacza i ogranicza mi Tusk.

 

Kiedyś usłyszałem anegdotę, którą Józef Czapski chyba gdzieś nawet spisał, ale ja miałem okazję usłyszeć ją od niego samego, kiedy był już bardzo stary i jako anegdoty  opowiadał tylko historie, które gdzieś już spisał. Opowiedział mi tę historię, kiedy  zdradziłem się przy nim z moją fascynacją Cioranem. Czapski odwiedził raz Ciorana w jego paryskim mieszkanku, Cioran długo opowiadał mu o bezsensie życia kończącego się śmiercią, o absurdzie świata, którego mieszkańcy tylko w wielkiej masakrze mogą odnaleźć prawdę swego kłamliwego żywota. Czapski nie był nigdy błyskotliwy w dziedzinie myśli, on był w dziedzinie myśli solenny, więc dopiero kiedy oddalił się już od paryskiego mieszkanka Ciorana na dystans paru ładnych paryskich uliczek, dotarło do niego, że przecież rozmawiał z człowiekiem pogrążonym, jak powiedział, „w strasznym duchowym kryzysie”. A co, jeśli Cioran postanowił się zabić, a co, jeśli już napuszcza do wanny gorącą wodę i po raz ostatni ostrzy swoją brzytwę? Pchany nie dającym się u niego opanować moralnym impulsem, Czapski zawrócił, pobiegł pięknymi uliczkami Miasta Świateł, wbiegł po wysokich schodach i stanął zdyszany przed drzwiami mieszkanka Ciorana, raz po raz naciskając na dzwonek. Po chwili drzwi się otwarły, na progu stanął gospodarz przebrany już w gustowny jedwabny szlafroczek. I cmokając rozpakowaną właśnie ze sreberka czekoladkę, zapytał z pełnymi ustami: „Czy pan czegoś zapomniał, czy coś może się stało?”. Czapski, nawet nie zaczynając tłumaczyć, co go znów sprowadza, pożegnał się grzecznie po raz drugi, jak ktoś roztargniony, ściągając na siebie pełne pobłażliwości spojrzenie Ciorana. I odszedł, i chyba się już nigdy z Cioranem nie spotkał.

 

Od kiedy poznałem tę anegdotę, mimo że nadal uważam Ciorana za naprawdę wyjątkowo interesującego myśliciela i świetnego stylistę, przestałem go lubić (co to ma za znaczenie, chyba tylko dla mnie). Tak samo (zachowując oczywiście w odniesieniu do obu bohaterów kolejnej sceny wszelkie konieczne proporcje), kiedy pewnego dnia zobaczyłem Jarosława Marka Rymkiewicza, jak w nadzwyczaj gustownym jedwabnym szlafroczku, skubiąc kruche ciasteczka, rozprawia o masakrze, na którą zasłużyli sobie ludzie próbujący żyć w tym kraju uczciwie (żyć uczciwie, czyli nie udając, że od zawsze są martwi), od czasu zatem, gdy po raz pierwszy zobaczyłem Rymkiewicza w pełnym rozkwicie wymyślonej przez siebie roli „wolnego Polaka”, wszelka moja do niego sympatia, fascynacja nim, choćby ambiwalentna – zniknęły bez śladu. Postanowiłem sobie wówczas, że zrobię wszystko, co mogę – choć mogę niewiele – aby temu „wolnemu Polakowi” żaden człowiek próbujący żyć uczciwie w tym kraju nigdy nie dał się nabrać.

 

A to wszystko było jeszcze przed Smoleńskiem, nie na długo, lecz jednak. Więc nawet dla swego odkochania się, dla swego znienawidzenia „wolnych Polaków” nie mam żadnego wygodnego „alibi Palikota”.

 

 

 

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.