Felieton

Nie pytaj, nie mów

W limbo jak to w limbo, nie rozmawiam zbyt wiele i zbyt często nie spotykam się z ludźmi. Nawet nie chodzi o język, choć angielszczyzna nie jest moją najmocniejszą stroną. Ale przecież w Polsce też nie byłem nigdy mistrzem small talku. Żeby zatem nie utracić resztek kontaktu z językiem jakiegokolwiek narodu, spośród tych, którymi tak licznie obrodził nasz piękny kontynent, po raz nie wiadomo który oglądam, tym razem na TV Gold, czwartą serię Czarnej Żmii, może najlepszą, która dzieje się gdzieś między wybuchem I wojny światowej a wybuchem rewolucji w Rosji.  

 

Słucham tytułowego bohatera mówiącego w tej serii z przezroczystym, choć nasyconym indywidualną złośliwością i resentymentem klasowym akcentem emancypującego się w bezwzględny sposób brytyjskiego mieszczaństwa. Słucham niebywałego i niezrozumiałego akcentu porucznika George’a Colthursta St. Barleigha, niezbyt rozgarniętego (to oczywiście eufemizm na określenie sympatycznego idioty) arystokratycznego młodzieńca po Eaton i Cambridge, który w stopniu porucznika trafia na front, gdzie służy w towarzystwie szeregowca Baldricka pochodzącego z samych dołów społecznych, gdzieś pomiędzy proletariatem a podklasą mówiącą cockneyem, zanim jeszcze tego akcentu nie spopularyzował Michael Caine. Jest też Stephen Fry genialny w roli generała sir Anthony’ego Cecila Hogmanay’a Melchetta, faworyzującego George’a, z którym łączy go pochodzenie, wykształcenie i bliska, klubowa znajomość z jego wujem lordem. Generał przyjeżdża nawet czasem do okopów porozmawiać z George’m o „tegorocznych regatach” z akcentem, którego nie rozumie Baldrick, którego z kolei, nie rozumie nikt poza nim samym.


Szeregowiec Baldrick, startując w kompanijnym konkursie plastycznym, swoje dzieło, przedstawiające kilka rozmazanych plam, zatytułował „moja rodzina i inne zwierzęta” (co nie budzi zresztą najmniejszego zdziwienia ze strony kapitana Czarnej Żmii, porucznika George’a, ani generała sir Antony’ego Cecila Hogmanay’a Melchetta). „Rodzina Baldricka i inne zwierzęta” przywodzi oczywiście na myśl Folwark zwierzęcy Orwella, który tylko poczciwi polscy inteligenci z pokolenia mojego i nieco starszego mogli uważać za pamflet wyłącznie na bezbożny i plugawy komunizm. Podczas gdy w punkcie wyjścia był to jednak również pamflet na klasową strukturę brytyjskiego imperium, gdzie byli ludzie i były zwierzęta – takie jak Baldrick i jego bliżej niesprecyzowana rodzina. Nawet antykomunizm Folwarku zwierzęcego brał się z poczucia bezsilnej wściekłości Orwella, że ostatnia być może próba wyprowadzenia znacznej części ludzkości ze stanu niezawinionego zezwierzęcenia zakończyła się tak szybko, tak totalną klęską. Ale ci moi współcześni, którym antykomunizm Folwarku zwierzęcego odpowiadał tak bardzo, że drukowali tę książkę bez końca w podziemiu, kolportowali, ozdabiali niezłymi skądinąd grafikami Lebensteina, znów drukowali i znowu kolportowali, dziś sami chcieliby być Torysami (zarówno w europarlamencie, jak też we własnej ojczyźnie), czyli jedynymi ludźmi wśród świń, koni, wołów, Baldricka, jego rodziny i innych zwierząt.


Czarna żmija to satyra klasowa w klasowym społeczeństwie, pacyfistyczna, odczarowana, sarkastyczna, cyniczna. Nawet cienia takiej satyry nie ma w dzisiejszej polskiej produkcji telewizyjnej (oczywiście, podobnie jak Kinga Dunin na powieść, ja liczę na scenariusz Jasia Kapeli, który tę lukę wypełni). Może najbardziej zbliżyli się do tego Kiepscy. Neosarmatyzm Ferdynanda Kiepskiego zredukowany do poziomu postpeerelowskiego spada mieszkającego w rozpadającym się bloku z wielkiej płyty, nieskazitelnie matriarchalny model jego rodziny, a po przeciwnej stronie korytarza neoendeckość Paździocha z jego dziwaczną religijnością i jawnie pokręconym seksualizmem. Wszystko to znajdziemy w tym niepozornym, niezbyt szanowanym serialu, nawet jeśli po wielu latach zarabiania kasy dla Polsatu stracił już sporo ze swego początkowego błysku. A jeden z jego pierwszych scenarzystów, Piotr Kalwas, prywatnie syn najmniej poważnego spośród SLD-owskich ministrów sprawiedliwości, nie wytrzymał spojrzenia w polskie społeczne lustro i przeszedł na islam. Stał się Piotrem Ibrahimem Kalwasem, który w tej chwili wędruje gdzieś pomiędzy fundamentalistycznymi wspólnotami w Egipcie i Somalii, ale po drodze zdążył jeszcze napisać jedną z najbardziej wstrząsających (w moim prywatnym języku to komplement bez żadnych podtekstów) polskich powieści współczesnych – Salam.


Jednak inne polskie soapy, komediowe, melodramatyczne, historyczne, współczesne… do tematu klasowej struktury polskiego społeczeństwa nawet się nie zbliżają. „Nie pytaj, nie mów”, polska klasowość jest czymś tak wszechobecnym i tak wstydliwym, że jak geje w amerykańskiej armii do czasów Obamy, lepiej nie mówić głośno, skąd się wzięliśmy w miejscu, które dziś zajmujemy, kim byli nasi rodzice, dziadkowie, i jak to, kim być przestawali, a kim zaczynali, wpłynęło na ich poglądy dawne i dzisiejsze, a nawet na ich dawną i dzisiejszą równowagę psychiczną. Nie znajdziecie tego wszystkiego w serialach, także tych współtworzonych przez słynną Ilonę Łepkowską. Ich scenariusze mogłyby pisać dawne dzielne panny po pensji, które (bo mąż gra w tym czasie w wista i mu karta nie idzie albo politykuje gdzieś na carskim dworze, także bez sukcesów), żeby rodzinę utrzymać, no i żeby zrobić coś pożytecznego „dla ludu”, żeby lud rozerwać, zaczęły pisać powieści. Wtedy to się nazywało Między ustami a brzegiem pucharu, teraz to się nazywa M jak miłość, Dom nad rozlewiskiem, Szpilki na Giewoncie, Na plebanii, Ranczo, Czas honoru… A wszystkie podobne do meksykańskich, zarówno te o współczesnych bizneswomen, jak też te o akowcach w malowniczych prochowcach, Czarnej Żmii wśród nich nie znajdziecie.


Nie patrzymy w lustro, wolimy smoleńskie zmyślenia, ja nawet wolę zmyślenia brukselskie. Nie patrzymy w lustro, bo to, co byśmy tam zobaczyli, jest tak przerażające, że lepiej nie patrzeć. Dopóki nie pojawi polski Rowan Atkinson, który przerobi na klasowy kabaret naszą I i II wojnę światową, nasze Powstanie Warszawskie, naszą „Solidarność”, nawet nasz Katyń (nie macie pojęcia, czym dla każdej angielskiej wioski, miasteczka, rodziny było Verdun, jedna bitwa, w której zginęły lub zostały okaleczone setki tysięcy Angoli). Albo dopóki nie pojawi się jakiś nowy Piotr Kalwas i (zanim coś w nim nie trzaśnie i nie przejdzie na islam albo na tekielizm-natanizm) nie napisze scenariusza do jeszcze lepszych, jeszcze bardziej prawdziwych, ale przede wszystkim jeszcze śmieszniejszych Kiepskich.

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.