Felieton

Likwidator czyli pokusa

„Likwidator” to dla mnie w dziedzinie polskiego komiksu mniej więcej to samo, co „Świat według Kiepskich” w dziedzinie polskiego sitcomu. Dowód na to, że kultura polska jeszcze istnieje. Że jest czymś więcej niż jęczącym peryferyjnym banałem imitującym postęp albo reakcję przychodzące z centrum. Czymś więcej niż Mrożkowym „o, o, wybili panie, tu wybili, trzonowego też wybili, ja, panie, zaraz pokażę…”, którym w Polsce od wieków próbuje się zastępować zarówno kulturę jak i politykę (z naprawdę nielicznymi wyjątkami zarówno po stronie kultury, jak i polityki).


„Likwidator” jest chwilą wytchnienia, szczeliną w tym całym „nibycie” (cyt. za Robert Tekieli, wiersze młodzieńcze, naprawdę godne polecenia i zacytowania) nieustająco malowanym w upiorne wzorki i zalepianym upiorną tapetą. Likwidator jest wzorcowym obywatelem kultury. Chce się czytać komiksy o nim, czeka się na następny zeszyt z niecierpliwością, kogo tym razem rozwali.


W zeszycie smoleńskim rozwalał po równo kaczystów i antykaczystów. Putina i polskich patriotów jęczących. Komorowskiego, Tuska i obu braci Kaczyńskich (obaj lecieli „tutką” i obaj przeżyli, obu więc trzeba było dobić). Cienia szacunku dla żałoby, cienia żałoby po śmierci szacunku. Likwidator jest tym „dzikim zwierzęciem” i „idiotą”, którego dwaj autorzy manifestu Wawelska Skała (Złota Malina za najbardziej grafomański tekst posmoleński, Wencel ze swoją „poezją obywatelską”, jak zwykle, dopiero drugi na mecie) proponowali śladem starożytnych Greków usunąć poza granice Polis. Likwidator granice Polis serdecznie chrzani, on poza tymi granicami od dawna z własnego wyboru przebywa, wpadając jednak czasami do Miasta, żeby zlikwidować każdego, kto na likwidację zasłużył.


Pewien znajomy jadący do Rosji, któremu wręczyłem smoleński zeszyt „Likwidatora” długo się zastanawiał, czy przedostanie się z tym prezentem przez granicę, gdyż rosyjscy celnicy – podobnie jak nasi patrioci jęczący – nie są szkoleni do rozpoznawania różnicy pomiędzy fantazją i rzeczywistością, więc jak zobaczą w komiksie Putina malowniczo rozwalanego z granatnika, może nie być wesoło.

W najnowszym zeszycie Likwidator rozwala księdza-katechetę, a także całą polską reprezentację na Euro 2012 (o nie, przepraszam, polską reprezentację Likwidator tylko porywa, rozwala ich Tusk wysyłając do ich odbicia z rąk Likwidatora bojowe śmigłowce). W poprzednich zeszytach Likwidator rozwalał już drwali i myśliwych (za zbrodnie przeciwko naturze), faszystów i postkomunistów, a nawet amerykańskiego geja próbującego zbadać, czy w Polsce wystarczająco przestrzegane są wszelkie prawa.


Próbowałem wykryć ideowe odchylenie Likwidatora, kogo mianowicie nie likwiduje. Chciałem go przyłapać na jakiejś niezdrowej i nieetycznej stronniczości (ostatnio pewien badacz tzw. zbrodni masowych odkrył, że zazwyczaj ich sprawcy pragną likwidować określone ideologicznie kategorie ludzi, są antysemitami, nienawidzą czarnych, muzułmanów, są mizoginami, wyjątkiem od tego banału są tylko Finowie, fińscy masowi mordercy pozostawiają po sobie manifesty skierowane przeciwko całej ludzkości, jakby po kantowsku, tyle że do góry nogami). Także Likwidator zachowuje bezstronność prawa powszechnego. Kto jest bez grzechu, nie zostanie zlikwidowany, zatem likwidowani są wszyscy jak leci, bo nikt nie jest bez grzechu, chyba że zwierzęta. Ale nawet w kwestii zwierząt w jednym z zeszytów „Likwidatora” znajdziemy mikrokomiks (podobno zamieszczony gościnnie, ale jednak), w którym wilki i lisy oblizują się po zjedzeniu kolejnych kur, prosiaków i krów kompulsywnie uwalnianych przez Likwidatora z rąk okrutnych chłopów i wypuszczanych do dziczy. Takie ćwiczenia z bezstronności na opak, dlatego tak bardzo spodobały się mnie, namiętnemu kochankowi symetrii. Ale nawet ja nie jestem tak bezstronny i sprawiedliwy jak Likwidator w dziedzinie egzekucji prawa powszechnego.


Mam jednak z „Likwidatorem” nieustający kłopot. Zachwycam się scenami masakry w tych komiksach, szczerze mówiąc, bez najmniejszego skrępowania, można nawet powiedzieć, że z ulgą. Podczas gdy w mojej własnej publicystyce próbuję zachować zupełnie nieestetyczną odpowiedzialność za świat (a że mi nie wychodzi, najlepszym dowodem męczeństwo Krzysztofa Rybińskiego). Ja tu odpowiedzialnie chwalę biskupa Rysia (ciekawy wywiad z nim w „Gazecie Wyborczej”, choć odgrywa w nim raczej rolę Wielkiego Inkwizytora, miejsce prawdopodobnie zbyt publiczne), podczas gdy Likwidator bez skrępowania pozwala sobie na rozwalenie z karabinu maszynowego anonimowego księdza-pedofila-katechety.


Granicę pomiędzy estetycznym rozpasaniem a skrępowaną odpowiedzialnością za miasto i świat trudno mi jednak przekroczyć (Palikot eksperymentuje na tym polu z nieporównanie większym rozmachem, więc obserwuję go z zaciekawieniem, sam nim jednak nie będąc). Uwielbiam Burroughsa i Pynchona, ich wizję Ameryki pokrytej niewidzialnymi obozami koncentracyjnymi, siecią służb i spisków, a jednak żadnemu z tych dwóch nie oddałbym prezydentury globalnego supermocarstwa. Prawdopodobnie miałbym kłopot z zagłosowaniem w wyborach prezydenckich na mojego ulubionego pisarza, który na prochach pomylił kiedyś głowę swojej towarzyszki życia ze szklanką dżinu strzelając do niej z pistoletu.


Od Burroughsa w roli prezydenta globalnego supermocarstwa wolę zatem nudnego Obamę otoczonego specami od wizerunku, ostrożnego nawet w swoich dobrych chęciach. Także w Polsce wolę ciepłą wodę z kranu i autostrady (szczególnie teraz, kiedy jakieś powstają), a Likwidatora chciałbym pozostawić uwięzionego w komiksie.


Czemu o tym piszę? Czemu problemem jest dla mnie coś, co dla wielu w tym świecie jest zbyt oczywiste, że poszaleć można sobie w marzeniach, podczas gdy w rzeczywistości ubieramy co rano swoje korporacyjne koszule i gatki (co najwyżej wystukamy coś spod biureczka pod pseudonimem do wyszalni polskojęzycznego Internetu)? A może coś mi jednak umyka, kiedy domagam się już wyłącznie ciała, ciała modernizacji, unikając Ducha jako peryfrazy banalnej psychozy? Czego mnie tutaj nauczyli przez lata wszyscy nasi niechlujni apokaliptycy, którzy wybrali apokalipsę zamiast instytucji czy państwa (choćby i europejskiego), bo sądzą, że apokalipsa to łatwizna dostępna nawet dla bezpaństwowców i antyinstytucjonalistów. Nieśmiało przypomnę, że apokalipsę w Europie udało się zrobić wyłącznie Niemcom, których stosunek do instytucji i państwa był nieskazitelny.


Tak czy inaczej, pokusę nieokiełznanej duchowości, którą muszę w sobie tłumić rękoma i nogami, odczuwam wyłącznie czytając kolejne zeszyty „Likwidatora”. Nigdy mnie jakoś nie nachodzi, kiedy kartkuję „Frondę” czy „44”.

 

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.