Felieton

Koty i Polacy

Lektura felietonu Kingi Dunin Rok 2013 uświadomiła mi, że nie tylko ja z ogromnym trudem wydobywam się z potwornie niebezpiecznego okresu Świąt Bożego Narodzenia, Sylwestra i Nowego Roku, kiedy jak co roku przerwaliśmy wszystkie nasze purytańskie obrzędy (praca, dyscyplina, autorefleksja i autorepresja) i pogrążyliśmy się w przerażającym potlaczu, w którym znikają artykuły spożywcze (75 proc. wyrzucanej przez Polaków żywności jest wyrzucane po Świętach), nienapisane utwory literackie i w ogóle… niewyprodukowane produkty. Horror, horror, horror (cyt. za Kurtz po kolejnej Wigilii spędzonej w dorzeczu Konga). Solidaryzuję się z cierpieniem Kingi, która z tego cierpienia weszła na zajmowane zazwyczaj przeze mnie pole analizy stosunków między Donaldem Tuskiem i Jarosławem Kaczyńskim, a z analizy tych stosunków natychmiast wyszła jej (podobnie jak i mnie zazwyczaj wychodzi) mała apokalipsa.

Ja zatem z analogicznego cierpienia wejdę na jej tradycyjne pole, czyli na pole tematów bardziej istotnych. Jedyna istotna informacja ostatnich godzin to zamieszczona we włoskim tabloidzie informacja o kocie z Toskanii imieniem Toldo, który od roku przychodzi na grób swego pana i zostawia mu prezenty: gałązki akacji, plastikowe kubeczki, chusteczki higieniczne, jakieś drobne kocie zabawki. Ech ci Włosi ze swoimi sentymentalnymi, antropomorficznymi przypowieściami o kotach. Nie ma porównania do baśni braci Grimm, pełnych okrucieństwa i szyderstw. Nawet brytyjsko-imperialny kot z Cheshire (pełniący w przerażająco zimnym brytyjskim imperium funkcję paradygmatycznej bohemy, patrz jego najlepsza kwestia: „z zasady nie mieszam się do polityki”) sam jest stworzeniem nieporównanie bardziej zimnym i enigmatycznym niż toskański Toldo, wychowywany od trzeciego miesiąca swego szczęśliwego kociego życia przez zmarłego w 2011 roku Renzo Iozzelli, lat 71. Taka jest różnica między Północą a Południem Europy. Okrutni bracia Grimm zarabiają na uczuciowego kota z Toskanii, niszcząc przy okazji ostatnie „przewagi konkurencyjne” (cyt. za prof. Jerzy Hausner) jego południowej ojczyzny.

Od wielu miesięcy dręczy mnie diagnoza przedstawiona przez profesora Hausnera, będącego dla mnie bardziej ludzką wersją profesora Balcerowicza w naszej i tak bezalternatywnej, peryferyjnej, zależnej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej. Gdyby tylko to on zamiast Balcerowicza pracował kiedyś przy Sachsie. Może nie należało oddawać władzy w III RP ekipie postsolidarnościowej? Jej wewnętrzne złamanie w stanie wojennym i podczas niekończących się lat 80. było tak głębokie, że ci sami ludzie, którzy w 1981 roku układali jeszcze fantastycznie odważne, nawet jeśli nierealistyczne, scenariusze dla ruchu robotniczego w Polsce (Balcerowicz układał program dla Sieci samorządów największych polskich zakładów pracy, program był na lewo od ówczesnych analogicznych programów jugosłowiańskich, powstawał przecież w apogeum rewolucji). Ci sami zatem solidarnościowi ekonomiści, socjologowie, politycy, którzy w 1981 tworzyli jeszcze fantastyczne światy, w 1989 roku byli już gotowi zrobić wszystko dla każdego w imię takiego poziomu realizmu, którego poza ludźmi głęboko i wielowymiarowo złamanymi nikt inny nigdy nie zaznał. Robili nawet to, czego nikt się od nich nie domagał. Kiedyś przedstawiciel Międzynarodowego Funduszu Walutowego zapytany, dlaczego w 1990 roku jego instytucja wymusiła na polskim rządzie „skokowe urynkowienie cen energii dla gospodarki”, które zniszczyło wiele kompletnie do tego kroku nieprzygotowanych zakładów i doprowadziło do pierwszej fali polskiej dezindustrializacji, odpowiedział szczerze: „niczego nie wymuszaliśmy, a już na pewno nie wymuszaliśmy daty, nie mieliśmy pojęcia, jaka jest w tym momencie wasza sytuacja gospodarcza, nie jesteśmy przecież wszechwiedzący, chodziło nam o to, że urynkowić kiedyś trzeba, myśleliśmy że będziecie się z nami spierać, że wynegocjujecie jakąś sensowną dla was datę, ale jak rzuciliśmy o tym urynkowieniu cen energii, to wasz rząd natychmiast urynkowił”. Tak było ze wszystkim. Kraj kompletnie wewnętrznie złamany – a Polska po latach 80. była krajem kompletnie wewnętrznie złamanym – nie może negocjować nawet warunków własnego rozwoju zależnego. Kiedyś być może wewnętrzne złamanie tego kraju trochę się zaleczy, ale jeszcze nie dzisiaj, nie za Kaczyńskiego i Tuska, nie za wyjątkowo obleśnej narracji smoleńskiej kontra mniej może obleśnej, ale poza wymiarem ekonomicznym kompletnie kulturowo jałowej narracji bezalternatywnego przystosowania.

Ale wróćmy do naszych kotów. Konkretnie, do kotów europejskich. Jak powtarza Hausner, do pewnego momentu transfery unijne, wspólna waluta i wspólny rynek zmniejszały różnice rozwojowe pomiędzy państwami UE i strefy euro, ale od pewnego momentu przestały zmniejszać, a ostatnio zaczęły nawet powiększać. Nie wiem, czy Włosi, Niemcy i Anglicy będą się różnić „tylko aż do ostatnich dni planety” (cyt. za Zygmunt Krasiński, O stanowisku Polski z Bożych i ludzkich względów), mam nadzieję że nie. Ale koty z ich opowieści będą się różniły na pewno.

Polacy nie mają dzisiaj żadnej własnej opowieści o kotach. Jesteśmy dziś Północą, a dokładniej peryferiami Północy (czy Południe Europy ma swoje peryferia, czy też samo jest zaledwie peryferiami i dalej nie ma już nic, jeśli nie liczyć państw arabskiej wiosny?). Jako peryferyjna gospodarka europejskiej Północy przeżyjemy na poziomie makroekonomicznych wskaźników. Ale czy przeżyjemy jako coś więcej, jako kulturowy epifenomen naszej produkującej szczęśliwie na rynek Niemiec i strefy euro gospodarki? Nie przesądzam tego, nie jestem pesymistą, nie chcę nim być. Ale na razie nasze odpowiedniki opowieści o kocie z Toskanii nie mają w sobie urody i żywotności opowieści włoskich tabloidów. Nasze tabloidy wciąż zachłystują się Smoleńskiem. Od Północy nie wzięliśmy twardości (samotnym wyjątkiem jest tu oczywiście Szczepan Twardoch, autor powieści Morfina traktującej o Polaku zafascynowanym twardością nazistów, bo żadnej innej twardości w kołysce ani w powiciu nie zaznał), a od Południa nie wzięliśmy sentymentalizmu (królowa Bona, która do nas przyjechała z Włoch, była bardziej postacią z Machiavellego, niż ze stylistyki opowieści o kocie Toldo albo z opowiadania o „psie, który jeździł koleją”). Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście staniemy się najohydniejszym z narodów świata, czego ani sobie, ani nam wszystkim nie życzę. Tylko jak z tego wyjść? Nie pomoże Tusk (on, jak sam twierdzi, nie jest od tego, żeby nam układać świeże opowieści o kotach), nie pomoże Kaczyński (ma kota, traktuje go dobrze, ale zamiast opowieści o nim wybrał opowieść do polskości kompletnie zniechęcającą), nie pomoże najpopularniejszy z nich wszystkich w sondażach Bronisław Komorowski (on na koty może polował, ale do snucia jakiejkolwiek ciekawej opowieści o nich wydaje się organicznie niezdolny). I ja nie pomogę. Czekamy na geniusza, na stado, na instytucję geniuszy albo na roztopienie się Polaków w północnej twardości i południowym sentymentalizmie. Jaka szkoda, że narody nie roztapiają się szybko. Nawet te wielowymiarowo nieudane. Trzeba więc nad nimi pracować.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.