Felieton

Kłopoty z większością

Tusk, w Polsce broniący liberalnej demokracji przed Jarosławem Kaczyńskim, w Europie staje się obrońcą Viktora Orbana niszczącego liberalną demokrację na Węgrzech.

Czy większość może się mylić? Kiedy na przykład przyzwala na rozpoczęcie budowy państwa wyznaniowego, jak w Egipcie? Albo kiedy przyzwala na demontaż instytucjonalnych i prawnych bezpieczników uniemożliwiających zastąpienie liberalnej demokracji dyktaturą większości, jak na Węgrzech?

W Egipcie przeciwko decyzjom większości wystąpiła armia (protestujący przeciwko prezydentowi mogli sobie wymachiwać milionami podpisów, ale to Bractwo Muzułmańskie wygrało pierwsze demokratyczne wybory i mogło wygrać następne). Na Węgrzech przeciwko decyzjom większości wystąpiły instytucje UE.

W przypadku Węgier wyjątkowo żałosna jest obrona Viktora Orbana przed raportem (stwierdzającym oczywiste fakty: antyliberalne zmiany instytucjonalne, antyliberalne korekty konstytucji) przez polityków PO. W Polsce bowiem wszyscy oni albo uczestniczyli przez ostatnie siedem lat w „antykaczyzmie” (jako metodzie politycznej, która demolowała polską politykę równie skutecznie, jak dziś demoluje ją „antytuskizm” i „smoleńszczyzna” Jarosława Kaczyńskiego), albo przez siedem lat „antykaczyzm” oportunistycznie akceptowali (jak Jarosław Gowin, który ma dziś z tego powodu tak złe sumienie, że aby je sobie podleczyć, stał się „politycznym katolikiem” wyżywającym się na mniejszościach oraz na „lewakach”).

Viktor Orban dokonał w swoim kraju demontażu liberalnych instytucji i przeprowadził zmiany obowiązującego prawa na skalę, na którą bracia Kaczyńscy nigdy sobie nie pozwolili. Nie dlatego, że mieli większe niż Orban hamulce, ale dlatego, że byli nieporównanie bardziej od Orbana niedojdowaci. Dlatego dzisiejsza obrona Viktora Orbana przez Donalda Tuska w Europie odsłania niestety całkowity polityczny cynizm jego „antykaczyzmu” w Polsce.

Ale cynizm cynizmem: są tacy, którzy cynizm w polityce szanują, byle był skuteczny. Obrona Orbana przez Tuska w Europie, przy jednoczesnym posługiwaniu się przez niego w dalszym ciągu mocno już zużytym „antykaczyzmem” w Polsce, sprawia jednak, że jego polityka nie ma żadnego sensu. Wiem, że wymagając od polityki (szczególnie polskiej) choćby cienia sensu jako jednego z fundamentów legitymizacji władzy, wymagam zbyt wiele. Jednak przy całym moim szacunku dla pojedynczych ministrów i pojedynczych decyzji lub choćby deklaracji obecnego rządu nie jestem PR-wcem premiera, zatem jego władzy nie uważam za cel, a jedynie za środek do uczynienia życia w Polsce właśnie nieco bardziej sensownym. Oczywiście mam świadomość, że moja „salonowa potrzeba sensu” jest tak samo zawieszona w pustce jak „salonowa rewolucja”, od której premier obiecał publicznie trzymać się z daleka. Jeżeli jednak usuniemy z polityki wszystkie rzeczy zawieszone w pustce, zostanie w niej sama pustka. Co należało dowieść.

Polska polityka, tak jak jest ona prowadzona przez Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego od 2006 roku, nie ma żadnego sensu. W momentach takich jak ten, kiedy „antykaczysta” Tusk broniący w Polsce liberalnej demokracji przed Jarosławem Kaczyńskim staje się w Europie obrońcą Viktora Orbana niszczącego liberalną demokrację na Węgrzech, resztki sensu traci nawet słynne zwycięstwo Tuska nad Kaczyńskim z 2007 roku. No bo co to za zwycięstwo, jeśli po sześciu latach nieustannego powtarzania i umacniania tego swojego zwycięstwa, Donald Tusk musi przelicytowywać Kaczyńskiego swoją niechęcią do pakietu klimatycznego? Co to za zwycięstwo, jeśli to językiem pokonanego PiS-u mówią dziś zwycięzcy z PO w polityce europejskiej, a często także w polityce wewnętrznej?

Nawet jeśli twórca języka rządzącego dziś w Polsce sam pozostaje na razie w opozycji, tylko kwestią czasu jest to, kiedy język, który już Polską rządzi, swego twórcę doprowadzi ponownie do władzy.

A wracając do egipskiej armii, która zdaniem wielu komentatorów-poczciwców „kontynuuje, a nawet pogłębia rewolucję egipską”, likwidując (nie wiadomo na jak długo) jej polityczne skutki. I wracając do UE zmuszonej bronić liberalnej demokracji na Węgrzech przed Fideszem, któremu większość Węgrów powierzyła władzę w wymiarze umożliwiającym głęboką antyliberalną zmianę ustroju (jeszcze raz przypominam, że liberalizm to nie jest ideologia wolnego rynku, gdyby tak było, liberałami byliby chilijscy generałowie, którzy może zabijali i torturowali, ale przynajmniej wprowadzili OFE; liberalizm to ideologia gwarantująca jednostkom i mniejszościom ochronę przed arbitralną władzą większości). Liberalizm tracący poparcie większości, zmuszony do ukrywania się za plecami dyktatury wojskowej lub zewnętrznego autorytetu, to jednak zawsze porażka. Na razie nie widać, aby się liberalizm z tej porażki mógł łatwo podnieść, ani w Egipcie, ani na Węgrzech. A jak będzie w Polsce, jeszcze się okaże.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.