Felieton

Jak hartował się infotainment

Kiedy w przyszłości w gruzach „idiokracji” (cyt. za tragifarsą SF Mike’a Judge’a z 2006 roku pod takim właśnie tytułem, choć dzieło nie jest już najświeższe, szczerze polecam, Judge jest też twórcą Beavisa i Buttheada, więc wie, o czym mówi) będziemy próbowali dociec, jak to się wszystko zaczęło i jaki sami mieliśmy w tym udział, wtedy może się komuś przyda ten tekst.


Pracowałem w „Fakcie”, byłem wcześniej trochę niezatrudnialny (zawsze jest jakiś powód), gdyż pokłóciłem się już ze wszystkimi, mimo że nie miałem jeszcze na swoim koncie paru najbardziej kontrowersyjnych wywiadów czy tekstów. W tej sytuacji zaproszenie ze strony Roberta Krasowskiego – w dodatku nie do robienia „Faktu”, ale do robienia „Europy” przy „Fakcie” – było dla mnie zbawieniem. Poza regularnie wypłacaną pensją tabloid był wtedy niewyczerpanym źródłem rozrywki. Pamiętam z tamtych czasów Pilcha, niepiszącego jeszcze w „Dzienniku”, ale w „Polityce” (więc naprawdę zupełnie bezinteresownego w stosunku do „naszej korporacji”), który na jakiejś warszawskiej imprezie – bodajże z okazji kolejnej rocznicy powstania miesięcznika „Res Publica” (ile to już wieków) – wygłosił kuplet, że z inteligenckiego obowiązku kupuje w każdą środę „Fakt” z „Europą”, odkłada sobie „Europę” do poważnej lektury na weekend, ale ostatecznie łapie się na tym, że czyta „Fakt”, a do „Europy” nawet nie zagląda. Jej stosy piętrzą się coraz wyżej w najmniej uczęszczanym kącie jego niedużego mieszkania. Prawdziwy tabloid, o formacie dojrzewającym przez wieki głównie w Anglii i Niemczech, był dla nas wszystkich, polskich inteligentów, tak naprawdę nudzących się we własnym kraju okropnie, okazją do szczerej, niewinnej zabawy. „I naprawdę nie wiedzieliśmy…” (cyt. za Ryszard Krynicki), jak głęboko ta zabawa sformatuje już niedługo nasz świat. Kiedy przestanie być tak egzotyczna i nowa. 


Francja, gdzie przebywałem wcześniej przez parę lat, tabloidami się brzydzi. Pieprzne anedgoty z życia celebrytów opisuje się tam w dziełach kultury wysokiej nagradzanych nagrodą Goncourtów. Zatem tabloidy znałem wyłącznie z anegdot opowiadanych mi przez ABR, która jako polska inteligentka na uczuciowo-ekonomiczno-naukowym uchodźstwie w Zjednoczonym Królestwie zaśmiewała się do rozpuku, widząc po raz pierwszy na okładce „The Sun” wywalony gigantycznymi literami tytuł Ważny ręcznik puknięty w Brighton. Chodziło o zastrzelenie w tym konserwatywnym nadmorskim kurorcie jakiegoś saudyjskiego księcia, którego turban w tabloidowej wyobraźni i tablodowym skrócie jest zrobiony z ręcznika. Jednak jej ulubionym tytułem z „The Sun” było Karzeł gwiazda porno, sobowtór znanego celebryty, znaleziony martwy w walijskim lesie na wpół pożarty przez borsuka w jego jamie (to naprawdę był jednozdaniowy tytuł). Przyznacie, że z tak sformatowanym tabloidem nie musiałaby raz w tygodniu solennie polemizować Dominika Wielowieyska, bo po prostu nie walczyłaby z nim o ten sam rynek i tego samego czytelnika (a może jednak nadal by walczyła?).


Ale minął czas śmiechu i nieuchronnie nadszedł czas zgrzytania zębami. Onet.pl nie jest tabloidem, jest naprawdę najpoważniejszym polskim portalem informacyjnym, od którego zaczynam dzień na zmianę z portalem wyborcza.pl. Potem dopiero wchodzę na adresy zajmowane przez „wolnych Polaków”, bo jednak wkurzać należy się na jakiś podkład, podobnie jak pastylkę (obojętnie jaką, może być nawet lekarstwo) najlepiej zażyć po obfitym posiłku, choćby źle przyprawionym.


Zatem to na Onecie z samego rana znalazłem informację pod prowokującym tytułem Czy obcokrajowcy wykupią polską ziemię?. Zajrzałem do środka, gdzie jednak treść informacji delikatnie zaprzeczała efektowi wywołanemu przez tytuł, gdyż okazuje się, że w ostatnim urzędowo podsumowanym roku, 2010, cudzoziemcy „złożyli zaledwie 300 podań o zakup ziemi, nieruchomości i mieszkań, z czego uzyskali 264 zezwoleń na nabycie nieruchomości gruntowych o powierzchni ponad 807 ha, 180 spośród nich dotyczyło gruntów rolnych oraz leśnych o łącznej powierzchni 799 ha”. Nawet autor tamtego informacyjnego tekstu doszedł do wniosku, że nie jest to dużo.

Działając w takim tempie, demoniczni obcokrajowcy wykupiliby polską ziemię za jakieś kilkaset lat, kiedy może nie tylko „Tej Ziemi”, ale w ogóle Ziemi już dawno nie będzie (jeśli wierzyć Majom). Jednak wymagania infotainmentu są zupełnie inne i parę godzin później na portalu wisiał już mocniejszy tutuł promujący oczywiście tę samą informację: Niemcy rzucili się na polską ziemię? Nie mamy szans. Znowu setki wpisów i tysiące kliknięć. Nawet ci, którzy regularnie nazywają Onet “żydonetem” (jest ich na listach dyskusyjnych tego portalu mnóstwo), napędzają modlitewny młynek kasy. Dlatego moderator tylko zaciera ręce, a redaktor podkręca tytuły. 


Mógłbym teraz zaprezentować mój najbardziej żarliwy emancypacyjny dyskurs, ale są takie dni, kiedy szczerze mówiąc nie widzę z tego wszystkiego wyjścia. Patrzę na to jak ongiś żydowscy prorocy na nieuchornne zepsucie żydowskiego ludu. W dodatku, w przeciwieństwie do żydowskich proroków i braci Karnowskich, znam także rozmiary własnego zepsucia. Wiem, że siedzę w tym po szyję razem z wami wszystkimi. Zatem, co robić? Są różne klasztory, gdzie w różnych epokach rozmaici bendyktyni próbowali (i próbują nadal) przeczekać najazd różnych odmian Longobardów. Ale ja nie jestem stworzony do klasztornego życia. Jak tylko widzę na horyzoncie jakiś nowy rodzaj zepsucia, choćby symbolicznego, choćby jakiś South Park, Andy’ego Warhola albo Lady Gagę, to zaraz wystawiam czułki jak jakiś porąbany ślimak zamiast instynktem przeżycia obdarzony przez niewiadomo którego spośród naszych Stwórców niewiadomo jakim instynktem, ale raczej skierowanym przeciwnie w stosunku do klasycznego „nowoczesno-endeckiego” (cyt. za Rafał Ziemkiewicz) instynktu przeżycia. Albo też skierowanym w jakąś jeszcze inną stronę. Miliony takich ślimaków zaściełają amerykańskie autostrady po deszczu, w przeciwieństwie do milionów swoich lepiej przez tego czy innego Stwórcę ułożonych krewniaków mnożących się bezpiecznie w bagiennych ostępach. Nie polecam, nie polecam, nie polecam, nie polecam ślimakom wychodzenia po deszczu na amerykańskie autostrady. Ani na żadne inne. Ale tego się przecież nie wybiera, to jest zwykły tropizm, „jeśli wiesz, co chcę powiedzieć” (cyt. za Kasia Nosowska).

 

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.