Felieton

Hurra, dryfujemy!

Nasza tratwa zbudowana z Tuska dryfującego w objęciach Pawlaka minęła prożek zbudowany dziecięcymi łopatkami chłoptasi z pulsu narodowego biznesu i opozycji parlamentarnej. Problem w tym, że nasza dryfująca i umiarkowanie stabilna tratwa zbliża się do dwustopniowego wodospadu o rozmiarach Niagary. Pierwszy stopień –drugie uderzenie kryzysu, drugi stopień – konieczność podjęcia przez Polskę kluczowych decyzji w polityce europejskiej. Czy Polska sprowokowana suwerennościowym językiem prof. Andrzeja Nowaka i o. Tadeusza Rydzyka wybierze rubla białoruskiego i ukraińską hrywnę, czyli rubla Putinowskiego, czy wybierze euro? Czy pozwoli się wypchnąć na margines UE, czy przystąpi do budowy centrum wraz z paroma państwami, które – ta uwaga skierowana jest do ludzi lewicy – wszystkie są we wszystkich wymiarach, od ekonomicznych, społecznych, po obyczajowe daleko na lewo od nas (to znaczy daleko w kierunku centrum, czyli na lewo od nas). Czas takiej decyzji nadchodzi, właściwie już nadszedł. Tusk dryfujący w objęciach Pawlaka nie ma potencjału, żeby jakąkolwiek decyzję w polityce europejskiej podjąć, a co ważniejsze zrealizować. Bo go prawicowe zombies zagryzą, a Palikot i Miller mu nie pomogą, bo za co mieliby mu pomóc. Polityka nie znosi rozdawnictwa.


W tej sytuacji Tusk, jeśli przeżyje rozpoczęcie sezonu polowań (a przeżywać umie, w przeżywaniu jest mistrzem), musi poszerzyć koalicję. I żeby nie było wątpliwości, nie chodzi mi o niedawną propozycję Palikota. Palikot oferujący Tuskowi poparcie dla mniejszościowego rządu przynosi jedynie jedwabny krawat, żeby Tuska zadusić. Palikot jako wicepremier zamiast Pawlaka, podobnie. Ale Palikot jako jeden z trzech wicepremierów, obok wicepremiera Millera i wicepremiera Pawlaka (albo jeszcze lepiej, dużo lepiej, wicepremiera Piechocińskiego, ale niestety nie ja wybieram liderów PSL-u, sami się wybierają, więc najpewniej znowu wybierze się Pawlak), jest paradoksalnie dla Tuska bezpieczniejszy.


Zazwyczaj koalicje mniejsze są lepsze od większych i bardziej stabilne. Ale po pierwsze, po wymianie „afera taśmowa”, czyli afera dzieci PSL-u, za „aferę Amber Gold”, czyli aferę syna Donalda Tuska, ta koalicja, mimo że mniej liczna, nie jest ani stabilna, ani wystarczająco silna, żeby rządzić państwem. Może tylko dryfować.

Oczywiście Miller i Palikot wiele by ryzykowali. Mogą Tuska wzmocnić, a siebie osłabić, zamiast Tuska zniszczyć, a siebie wzmocnić. Ryzykują wiele na planie politycznym, ale to – gigantyczne – ryzyko może im przynieść zysk.


Miller już nie wróci do władzy samodzielnej. I nie wywalczy takiej władzy dla swojej formacji. Ale na wicepremiera, odpowiadającego za parę resortów, nie dość, że ma wraz ze swoją formacją wystarczający potencjał, to jeszcze zasługuje. Należy mu się takie zwieńczenie kariery, bo był jednym z najlepszych premierów III RP. Z kolei Palikot zostanie zabity przez konserwatywną większość, która prędzej czy później zastąpi Tuska dryfującego w ramionach Pawlaka. W dodatku coraz więcej ludzi oglądających go wyłącznie w mediach – nie na jego, ale na mediów warunkach –bierze go za błazna. Mając jeden czy dwa resorty, na których mu realnie zależy, udowodni wyborcom – zarówno swoim, jak też przyglądającym mu się dzisiaj z boku – że nie jest błaznem, ale politykiem.


Platformersi musieliby się ścieśnić, w samorządach, w spółkach skarbu państwa. Miller i Palikot też musieliby się zadowolić ograniczoną konsumpcją, ale dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem państwa. I wszyscy to wiedzą. Taka koalicja byłaby zdolna do prowadzenia sensownej polityki europejskiej i osłaniania jej przed gniewem smoleńskiego ludu. Byłaby też bardziej zdolna do rozmów ze związkami zawodowymi, co wobec drugiej fali kryzysu będzie obowiązkiem rządu. Nie musiałaby na związkowców wysyłać ZOMO, Niesiołowskiego czy równie mało subtelnych liberalnych publicystów, co tak czy inaczej wepchnie związkowców w ramiona Rydzyka. Taka koalicja byłaby też w stanie uchwalić ustawę o związkach partnerskich czy in vitro w kształcie przesuniętym nieco bardziej w kierunku centrum od ściany, czyli od Gowina i Żalka. Tusk żonglując pomiędzy swoimi wicepremierami, a swoimi partyjnymi kolegami spragnionymi uznania, mógłby paradoksalnie mieć pozycję silniejszą, nie słabszą. A przede wszystkim prawica smoleńska, prawica abp. Michalika i prawica patriarchy Cyryla I przestałyby być jedynym punktem odniesienia dla ludzi Platformy.


To kompletny idealizm, powiecie. Polscy politycy, jak długo ich znamy, nigdy, prawie nigdy tak się nie zachowywali. W takich kategoriach nie myśleli. Ale wchodzimy w kolejny obszar turbulencji kryzysu. I nadchodzi moment, kiedy możemy zmarnować wszystko, co w obszarze integracji z Zachodem przez ostatnie 23 lata w ogóle nam się udało. Zatem możecie mi zarzucić brak realizmu w ocenie naszych polityków, tyle że przed Polską stoi dzisiaj wybór: realizm albo życie.

 

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.