Felieton

Global Playboy

Dawniejsze czasy antropologicznego optymizmu dziś, z samego dna „zemsty Boga”, ukazują się jako epoka optymizmu zupełnie szalonego.

Korespondencja duchowego bikiniarza. Oto moje buty na słoninie i skarpetki w paski. Kafeteria przy Ponte Vecchio. Jakaś dziewczyna zapina rower przy barierce śpiewając półgłosem do siebie i innych, zatem może także i do mnie, popowy kawałek po włosku. Ciałem w raju Florencji (wiem, wyłącznie „flanerskiej”), duchem w piekle Polski („realnej”?). W piekle dzisiejszym, w piekle historycznym. Mimo że tak bez trudu pozuję na globalnego playboya – chyba tylko po to, aby wkurwić wyborców Pawła Kukiza z ich hipsterskimi „siłą i honorem” – tak naprawdę nigdy nie zobaczę tego, na co patrzę. Przecież dwie najważniejsze kobiety mojego życia, nie licząc żyjących, to paradygmatyczne gnostyczki: Simone Weil i Emily Dickinson (śmieszne, że tak naprawdę zawdzięczam ją Maleńczukowi, który „jednak nie zagłosował na Kukiza”, w przeciwieństwie do Kazika i Muńka, choć oczywiście „pociąga go irracjonalizm Pawełka”).

Oddalony jak podmiot liryczny wiersza Zbigniewa H. od tajemniczo uśmiechniętej damy o całą „wytopioną przepaść”. W dodatku bez usprawiedliwienia (Zbigniew H. też go nie miał, jak to bez trudu ustaliła autorka Pana od poezji), które mogłoby być inne niż moja własna biografia. A ona mnie raczej oskarża i obciąża winą. Podróże polonistów korzystających z okazji. Ze stypendiów i wziątek. Żrę ostrygi i antrykota w dzielnicy łacińskiej, bo Norwid umarł z głodu i wkurwu w Domu św. Kazimierza. Piję zimne piwo w kawiarni przy Ponte Vecchio, bo Brzozowski umarł tutaj na suchoty (i z wkurwu). Groteskowe alibi, bo przecież nie dodaliśmy nic do tego, co oni zrobili. Nie zmieniliśmy nic, czego im zmienić się nie udało. W każdym razie ja nic nie dodałem, może nawet odjąłem, pieniąc się i miotając po ringu zwanym Polską, od bandy do bandy. W dodatku, jak pisze Zbigniew H. w swoim wierszu: „mieli przyjść wszyscy / jestem sam”.

Sny i jeszcze raz sny, „sweet dreams” i koszmary. Tamta piosenka Eurythmics z początku lat 80.

„Some of them want to use you / Some of them want to get used by you / Some of them want to abuse you / Some of them want to be abused… Sweet dreams are made of this / Who am I to disagree…”). Kończąca epokę przegranej rewolucji antropologicznej lat 60. (hippie!) i 70. (disco!). Rozpoczynająca – nie, żeby Annie Lennox i David Stewart tego chcieli, ale przecież nie mogli przemilczeć tego, co widzieli i przeczuwali – antropologiczną kontrrewolucję lat 80., 90., dwóch pierwszych dekad XXI wieku (czy ona kiedyś, kurwa, się skończy!?). Moje życie rozpoczynające się na tamtej granicy, choć nieporównanie bardziej przechylone w mrok. Dawniejsze czasy antropologicznego optymizmu, dziś, z samego dna „zemsty Boga”, ukazujące się jako epoka optymizmu zupełnie szalonego. „Król dni ostatnich”, nierealny rok rządów anabaptystów w Münster, dopóki biskup na czele zbrojnych nie odzyskał miasta. Dziś lata 60. i 70. powracają do nas już tylko w formie dobrodusznych pamfletów Mike’a Myersa („Groovy, baby, yeah!” Austina Powersa albo holenderski perwert Golden Member dokazujący na wrotkach przy wtórze „And that’s the way, uh-huh uh-huh, I like it”).

 

Tyle zostało z rewolucji sześćdziesięcioósmaków. I z Y.M.C.A. Village People. Poza oczywiście ostrzegającym przed „lewacką gnozą” skrzeczeniem Allana Blooma (przynajmniej neokon poważny) i Rogera Kimballa (neokon groteskowy), a w Polsce Legutki, Lisickiego, Terlikowskiego… (ta litania upadku nie ma końca, asymptotycznie zbliża się do dna piekła, lecz nigdy go nie osiąga, co raz pojawia się na tej asymptocie nowy punkt… Marcin Dominik Zdort).

Złudny raj przegranych mesjanistów (ukrzyżowany Jezus, pokonany przez śmierć, którą obiecał pokonać, Sabbataj Cwi zmuszny do apostazji przez sułtana, którego miał zastąpić już tutaj na ziemi, a przed nim Tomasz Münzer,  a po nich Allen Ginsberg). To wszystko daleko za nami, a może także daleko przed nami, gdzieś za horyzontem. Na razie Ragnarök „zemsty Boga”, Ragnarök nowego średniowiecza. Po upadku polityk – państwowych, europejskich, wyrosłych z „wielkiej narracji Oświecenia” – rządy globalnych korporacji i sekt („katolicyzm” Hosera i ks. Oko nie jest żadnym z trzech monoteizmów, tak samo jak fundamentalizm tego czy innego mułły to tylko hipernowoczesna instrumentalizacja religii, libidinalne folgowanie własnym „tożsamościowym” interesom, przyjemnościom, lękom).

Kończę zimne piwo. Mój własny bunt kwiatu przeciw korzeniom, z którego szydzę zazwyczaj. Przewracam kolejne kartki niekończącej się szczęśliwie książki Gershoma Szolema o Sabbataju Cwi (970 stron razem z indeksem nazwisk). List Petera Serrariusa, chrześcijańskiego millenarysty z Amsterdamu, do Johannesa Dureusa, chrześcijańskiego millenarysty w Bernie (uciekł tam z Anglii, gdzie chciano go spalić), napisany w samym apogeum żydowskiej rewolty Sabbataja Cwi skierowanej przeciwko zdradzie rabinów, biskupów i mułłów wobec Jahwe, Jezusa, Mahometa… „Podobno pojawiła się armia dziesięciu zaginionych plemion Izraela, wyszli z głębokiej pustyni, zdobyli już Mekkę i idą na Jerozolimę. Jeśli moje doniesienia z wiarygodnych źródeł w Palestynie okażą się prawdą, oblicze znanego nam świata zupełnie się zmieni. Ja odliczam już dni do Końca…”.

„Jeśli moje doniesienia z wiarygodnych źródeł w Palestynie okażą się prawdą…”. Jaki fajny, subtelnie ukryty oksymoron. Zatem nawet chrześcijańscy millenaryści z XVII wieku uginali się pod brzemieniem zasady rzeczywistości. Co dopiero ja, dzisiaj. Jakże jednak brudny, syficzny, wulgarny jest na tle tamtego mesjanizmu – uniwersalnego, wspaniałego światła – dzisiejszy „polski narodowy mesjanizm” (a także „rosyjski narodowy mesjanizm”, „węgierski narodowy mesjanizm”, „żydowski narodowy mesjanizm”, „palestyński narodowy mesjanizm”…). A każdy z nich posmoleński, martyrologicznie jęczący, a jednocześnie okrutny dla samego siebie i innych. To właśnie kontemplacja wszystkich tych dzisiejszych „narodowych mesjanizmów”, kontemplacja „pism i zachowań” Kaczyńskiego, Lisickiego, Karnowskich, Zaremby, Ziemkiewicza, nawet Horubały… uczyniła mnie ostatecznie ezechielowymi „wysuszonymi kośćmi”, konserwatywnym neurotykiem przepełnionym wyłącznie martwą ostrożnością i lękiem. Choć „Bóg mi świadkiem” (o ile jest tam jakiś Bóg, do cholery, Puk! Puk!), że miałem zadatki na mesjanistę i apokaliptyka. „Odliczającego dni” (cyt. za Peter Serrarius) do jakiegoś lepszego Końca, do jakiegoś nowego Jeruzalem, w dodatku tutaj, na Ziemi, a nawet konkretnie na „Tej Ziemi”.

Na lotnisku we Florencji wywęszyła mnie sympatyczna młoda suka, owczarek alzacki, sądząc, że to świetna zabawa, bo parę dni wcześniej zapaliłem trawę w Christianii (jeszcze jeden nagrobek millenarystycznej rewolty). Włoski Celnik smutno zapytał „what did you smoke, when…” – a kiedy mu odpowiedziałem, co, kiedy i gdzie, puścił mnie wolno, nawet bez osobistej. Takie są zalety rządów socjaldemokracji w kraju UE. Na bramie Christianii od wewnętrznej strony, opuszczających to miejsce żegna świeży napis „teraz wchodzicie do Unii Europejskiej” – w domyśle – do tej krainy wielowymiarowej opresji. Gdyby jednak ten kopenhaski skansen antropologicznej rewolucji nie znajdował się na skandynawskich rubieżach Kryształowego Pałacu UE, ale w Indonezji albo nawet w Teksasie, już by go nie było. A żywe eksponaty powędrowałyby do celi śmierci albo do stanowego więzienia.

Jeśli wyłącznie takie rzeczy pamiętam z Florencji i ze wszystkich innych moich tras, to znaczy, że nie podróżuję w poszukiwaniu „śladów piękna”, ale wyłącznie śladów władzy, z bedekerem Michela Foucault, a nie Rolanda Barthes’a przy sobie…

Przerywam bieg własnych myśli. Wkładam metalowy pręt w szprychy bez przerwy zrzędzącego w mojej głowie automatonu. Wielkie Stop. Zademonstrowałem wam ten kawałek wyłącznie dlatego, żebyście wiedzieli, jeśli was to interesuje w ogóle, jeśli choćby jednego, jedną z was… w jakiej się znajduję przestrzeni, jak bardzo pojebanej, tu, przy Ponte Vecchio. W przestrzeni nie mniej pojebanej niż wasza.

 

**Dziennik Opinii nr 138/2015 (922)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej