Felieton

Elektoraty i ich politycy

Po doświadczeniach z Tuskiem, Kaczyńskim, Palikotem, Millerem… nasuwa się jeden wniosek – jeśli chcesz odzyskać orientację w polskiej polityce, poznać jej dzisiejszy maksymalny potencjał, obserwuj nie polityków, lecz elektoraty. Polski współczesny polityk może się do swego elektoratu dostosować, może mu schlebiać, może go nawet zdradzić, ale rzadko próbuje z nim polemizować, przemawiać mu do rozumu, pracować z nim w jakkolwiek sposób. Nie ryzykują tego ani Kaczyński, ani Tusk, ani Palikot czy Miller.


Obserwowanie polskich elektoratów uczy, że lud jest podzielony i nie dąży do żadnej jedności. Nawet w liberalnej demokracji tak ubogiej i płytkiej jak nasza, żaden kandydat żadnej Jednej Polski nie wygrywa wszystkich wyborów w pierwszej turze. W tej sytuacji cieszy mnie wzrost elektoratu Palikota, nawet teraz, kiedy po „wzmocnieniu Gibałą” stało się jasne, że Ruch Palikota raczej już lewicą nie będzie. Nawet jednak ten liberalny w większości elektorat Palikota, z pewnymi nawet objawami neoliberalnego zdziczenia, i tak pozostaje nieco na lewo (czyli bliżej centrum) od elektoratu PO-PiS-u, który już od siedmiu lat zacementował polską politykę w miejscu znajdującym się nieco na prawo od „Gazety Wyborczej” i nieco na lewo od „Uważam Rze”. A naprawdę nie jest to miejsce, w którym chciałbym, żeby polska polityka znajdowała się wiecznie.


Nie współcześni politycy, ale elektoraty ustalają jednak to miejsce, w którym znajduje się centrum, skąd – zgodnie z wielokrotnie przywoływanym już tu przeze mnie bon motem generała de Gaulle’a – „rządzi się Francją”, Polską i każdym innym krajem, nawet Rosją Putina.


Cieszy mnie, że elektorat SLD nie maleje, bo poza nostalgikami PRL-u są tam również ludzie o lewicowych poglądach. Cieszy mnie utrzymywanie się elektoratu PO, bo choć czasami bywa tępy, egoistyczny i krótkowzroczny, choć łatwo go było przez lata obsługiwać czysto instrumentalnym antykaczyzmem (sam mieszczę się gdzieś na jego pograniczu, więc wiem, o czym mówię), to był jednak pierwszą politycznie zorganizowaną siłą polskiego mieszczaństwa, a mieszczaństwo jest w Europie siłą zarazem modernizacyjną (w granicach prawa, rozsądku i niebywałej wprost ostrożności), jak też stabilizującą (dopiero jak europejskie mieszczaństwo wybierze populizm, Europa zginie). Cieszy mnie, że kurczy się elektorat posmoleńskiej prawicy, bo uważam, że wraz z nakręcającymi go publicystami i celebrytami jest on największym zagrożeniem dla Polski.


Bardzo chętnie będę się spierał o trafność tej diagnozy. Ale tylko o ocenę elektoratów, a nie polityków, bo politycy w Polscy są bierni. Nie kreują niczego, żerują tylko na istniejących elektoratach (wyjątkiem był Palikot, który swój elektorat wyżarł jak głodny rekin wygryza spory kęs z tyłka wieloryba, ale czy będzie z nim „pracował”, czy tylko obiecywał mu to, czego jego elektorat pragnie, czyli „obniżenie danin” i „redukcję państwa”, to też nie jest pewne). Dlatego ciekawsze jest analizowanie elektoratów, a nie ich liderów. A nawet głosowanie na elektoraty, a nie na ich przypadkowych dość reprezentantów. Elektorat posmoleński, który omal nie dał Kaczyńskiemu prezydentury, był moim wrogiem politycznym w stopniu dużo większym niż Kaczyński.

 

Były tam realne krzywdy społeczne, były tam symptomy wykluczenia i nierówności, niesprawiedliwości polskiej transformacji, które zupełnie zrozumiale kierowały ku temu elektoratowi sympatię lub choćby zainteresowanie wielu lewicowców (ja jednak sentymentalnym lewicowcem nie jestem, jestem twardym i niestety trochę bezlitosnym zwolennikiem budowania ideowych i instytucjonalnych fundamentów pod wszelką przyszłą politykę ponadnarodową jako jedyną siłę mogącą zrównoważyć siłę globalnego rynku… itp., itd., „modernizacyjna litania”). Wszystkie te symptomy realnej społecznej krzywdy zostały jednak w głowach „pisowskiego ludu” połączone z martyrologiczną łatwizną, z zemstą Boga (typem religijności najbardziej ohydnym), z cynizmem prawicowych celebrytów medialnych nawracających się na widok tłumu ze zniczami. Zostały też zmistyfikowane do tego stopnia, że teraz obsługujący ten elektorat posłowie, kiedy udaje im się np. zablokować prywatyzację Lotosu, zrywają się z sejmowych krzeseł krzycząc „precz z komuną!”, mimo że po przeciwnej stronie sali sejmowej z podobnym entuzjazmem zrywają się posłowie SLD i Ruchu Palikota. Poziom zmistyfikowania świadomości „ludu pisowskiego”, a przez to jego kompletnej nieprzydatności dla wszelkiej innej polskiej polityki niż tylko najbardziej tępy populizm, sprawia, że zachowania Kaczyńskiego, Dorna, Kurskiego, Hofmana czy Ziobry obserwuję wyłącznie dlatego, że chciałbym wiedzieć, czy dla swojego elektoratu, z którym tak naprawdę próbuję politycznie walczyć i politycznie się spierać, są oni darem czy raczej kamieniem u nogi (Kaczyński był i wciąż jeszcze niestety pozostaje darem, podczas gdy reszta, Ziobro ze swoim dzieciaczkiem i publiczną obietnicą następnych, Kurski ze swoją szybką limuzyną, Dorn ze swoim ciętym językiem, Hofman ze swoich wyuczonym chamstwem… są tylko obciążeniem albo czymś zupełnie nieistotnym).

Elektorat PO jest tak samo odpowiedzialny jak Tusk za to, że politykę w Polsce udało się na całe siedem lat zamknąć do kompletnie wyjałowionej klatki z napisem „obrona demokracji przed Kaczyńskim i Czwartą Rzeczpospolitą”. Kiedy polityczna walka dwóch prawic – PO i PiS – przybrała formę boksu bez reguł, to właśnie kibolska akceptacja dwóch prawicowych elektoratów pozwoliła tej nowej formule zawładnąć polską polityką.  

Ma trochę racji Miller, kiedy mówi, że wśród wyborców Palikota jest wielu bogatych antyklerykałów, ale powinien się też zastanowić, kim jest on sam i jak definiuje swoich własnych wyborców. Jeśli zablokowany teraz tytaniczną wojną Palikota z Millerem 30-procentowy elektorat „nieco na lewo od elektoratu PO-PiS-u” kiedyś się realnie politycznie przebudzi i zorganizuje, ten kraj będzie inny niż jest teraz, i – mówię to jako nielewicowiec, a jednak to mówię – będzie lepszy niż jest dziś, kiedy jedyny politycznie przebudzony i zorganizowany elektorat to elektorat prawicy, który rzucił już wszystkie swoje intelektualne rezerwy na front rządzenia Polską i okazało się, że są to rezerwy mizerne.

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.