Felieton

Czas religii

W Polsce wszyscy jakby się zmówili i zaczęli rozmawiać o religii. Nie wiem, czy sprowokował to wszystko Janusz Palikot, czy może Krzysztof Varga swoim prowokacyjnym wyznaniem, że jest niewierzący i dlatego krzyż w Sejmie wydaje mu się czymś tak samo obojętnym, jak drewniane gałki przy sejmowych schodach czy wzorki na sejmowych zasłonach. W każdym razie to, czego dziś jesteśmy świadkami, to już nie jakiś nieśmiały postsekularyzm, ale prawdziwy „czas religii” (cyt. za świetnym filmem Marca Bellocchio pod takim właśnie tytułem), o ile nie wręcz Zemsta boga (oczywiście Gilles Kepel). Nie będę ukrywał, że spośród rozmaitych rozmówców bliżej mi do Walzera niż do Michalika i Skworca, bliżej mi do Piątka i Dunin, aniżeli do Vargi, a wreszcie bliżej mi do Kapeli niż do Kolendy-Zaleskiej. I to nie dlatego, żebym nie podzielał niektórych jej wątpliwości wobec aborcji, ale dlatego, że problemem w dzisiejszej Polsce nie jest odbieranie komukolwiek prawa do posiadania własnych wątpliwości, ale raczej danie niektórym prawa do tego, aby mogli rozstrzygać wątpliwości za innych, głównie za inne kobiety, i to przy użyciu bardzo restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, którą w dodatku znaczące siły polityczne, społeczne i parareligijne w tym kraju, czasem ze szczerego przekonania, a czasem z kompletnego partyjnego cynizmu pragną za wszelką cenę docisnąć kolanem do ściany.


Do rozmowy o religii jak zwykle bowiem podczepiła się Kaczka, kompletnie cyniczna w tym akurat wymiarze. Jarosława Kaczyńskiego za wiele rzeczy głupio mi atakować, nawet jeśli to robię. Jednak gdy widzę go w roli obrońcy polskiego katolicyzmu przed prześladowaniami ze strony Platformy Obywatelskiej (Gowina? Niesiołowskiego? Libickiego? Komorowskiego? Brauna-nieustraszonego pogromcy satanistów?), sam dostaję amoku, bo zbyt jednak szanuję religię, żeby oglądać aż tak cyniczne partyjne jej plugawienie przez człowieka, który sam nawet najsłabszego religijnego instynktu nie posiada, nawet jeśli innych talentów i sympatycznych dziwactw drzemie w nim niemało. A najsympatyczniejszym z tych dziwactw jest bez wątpienia szczera miłość Kaczyńskiego do zwierząt. Nie tylko do kotów, ale także do tego jagniątka, które mu kiedyś wręczono na wiecu, i na widok którego naprawdę się totalnie rozmaślił. Ale tak to już jest, że nasza miłość do zwierząt wzrasta wprost proporcjonalnie do narastania naszych wątpliwości wobec przedstawicieli własnego gatunku. No bo tylko pomyślcie, na jednej szali jagniątko i koty, a na drugiej Michał Kamiński, Adam Bielan, Zbigniew Ziobro, Jacek Kurski, Paweł Lisicki… Ja byłbym ostatnim, który akurat za to rzuciłby w Kaczyńskiego kamieniem, bo sam miewam analogiczne z przedstawicielami własnego gatunku problemy. Tylko czemu Jarosław Kaczyński każe się nosić w feretronie, w towarzystwie innych gipsowych figur, jakby w Polsce i bez tego za mało było bałwochwalstwa?


Sami zatem widzicie, jak ten temat wciąga. Wszystkim jednak, których czas religii w Polsce emocjonalnie wyczerpał, dedykuję moją opowieść z Archipelagu (parafraza za Ursulą Le Guin). Tak bowiem będę od tej pory nazywał Wyspy Brytyjskie, gdyż i tutaj mnóstwo jest magii, czasem lepszego, lecz zazwyczaj gorszego gatunku.


Thatcheryzm, zarówno w swej pierwotnej heroicznej formule „Żelaznej Damy”, jak też w swoim dzisiejszym farsowym powtórzeniu „Camerona z Dykty”, zawsze, kiedy mu się społeczeństwo sypie (no bo skoro „nie ma czegoś takiego…”) wyciąga spod stołu kukłę Boga i kukłę patriotyzmu, żeby nimi energicznie pomachać przed licznie zgromadzoną gawiedzią (zarówno Bóg, jak i patriotyzm mogą występować w postaci poważnej, dlatego podkreślam, że w tym wypadku chodzi wyłącznie o kukły). I wówczas w kierunku Falklandów znów płynie brytyjska atomowa łódź podwodna, a w kraju znowu jakiś mocno odczarowany Torys oświadcza dyszkantem, że „Anglii najbardziej zagraża…” nie narastające rozwarstwienia społeczne, nie narastające nierówności w dostępie do edukacji, nie upadek przemysłu, nie brak jakiejkolwiek polityki gospodarczej państwa, ale „…agresywna sekularyzacja”.


Cameron okazał się przynajmniej na tyle oryginalny, że ostrzeżenie przed „agresywną sekularyzacją” kazał wygłosić muzułmance Sayeedzie Warsi (w wyborach do Izby Gmin w 2005 roku przegrała z także muzułmańskim kandydatem Partii Pracy, jednak dzięki swojej karierze w aparacie Partii Konserwatywnej została później mianowana dożywotną członkinią Izby Lordów, baronową Warsi of Dewsbury, a Cameron zaoferował jej w swoim rządzie stanowisko ministra bez teki). W radiu BBC 4 zapytano pewnego biskupa anglikańskiego z Północy, czy jemu także największym zagrożeniem dla religii w Wielkiej Brytanii wydaje się „agresywna sekularyzacja”. Odpowiedział na to (wyjątkowo uczciwie, ale jak w Polsce wiemy, i to nazbyt dobrze, nie każdy kapłan religii miłosierdzia zachowuje się uczciwie, jeśli trafi mu się medialna gratka ostrzeżenia wiernych przed „agresywną sekularyzacją”), że „deklaracja pani minister jest raczej cyniczna, gdyż rząd, w którym sama zasiada sprzyja silnym, zamiast bronić słabych, nie zachowuje się zatem zgodnie ze wskazaniami jakiejkolwiek religii, obojętnie, czy byłoby to chrześcijaństwo, judaizm czy islam”. 


Niezwykły to argument i w dzisiejszej Polsce całkowicie już niezrozumiały. W dodatku, jak stwierdził ten anglikański dziwak (jeśli spojrzeć na niego zdrowym ortodoksyjnym okiem arcybiskupów Michalika i Skworca), „to właśnie pewne minimum sekularyzacji sprawiło, że pani baronowa może nie tylko swobodnie wyznawać muzułmańską wiarę, ale także pełnić funkcję w Izbie Lordów i w rządzie, gdyż parę wieków temu, w zupełnie jeszcze niezsekularyzowanym Zjednoczonym Królestwie, tylko anglikanin mógł zostać wybrany do parlamentu, zasiadać w rządzie, i…” – tu anglikański biskup zakończył w taki sposób, że katoliccy arcybiskupi Michalik i Skworc muszą nim już kompletnie pogardzać – „…nie było to dobre”. Później ten anglikański degenerat (może to nie żaden chrześcijanin, ale mason z listu abp. Michalika albo demoniczny artysta z listu abp. Skworca) dodał jeszcze, aby się całkowicie pogrążyć, że ten poziom sekularyzacji, który aktualnie panuje w Wielkiej Brytanii „oczyścił religię z jej chorych ambicji sprawowania władzy”, w niczym natomiast nie przeszkadza „wielbieniu Boga”, a także „niesieniu pomocy ludziom dotkniętym różnymi rodzajami niesprawiedliwości”. Jest to język tak dalece nieprzypominający języka znacznej części dzisiejszego polskiego Kościoła, że długo nie potrafiłem tych dwóch typów religijności ze sobą uzgodnić. Aż wreszcie zrozumiałem. Skoro arcybiskupi Michalik i Skworc sami są bezsilnymi ofiarami wszechmocnych panów i pań w fartuszkach oraz bezbożnych artystów, trudno się im dziwić, że się na krzywdach własnych skupiają. Z kolei anglikanie z Archipelagu, mimo że w każdej sekundzie padają ofiarą „agresywnej sekularyzacji”, nie są widocznie prześladowani aż tak bardzo, żeby zapomnieć o priorytecie pomocy prześladowanym naprawdę.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.