Felieton

Coś pierdolnęło w Maleńczuku

Sylwester Polsatu. I jego najbardziej monstrualny fragment. Wiązanka dyskotekowych przebojów ostatnich 30 lat w wykonaniu Macieja Maleńczuka. Od Makareny po Chłopców radarowców Andrzeja Rosiewicza, którego jak wielu innych niespodziewana mobilizacja, a później klęska ostatniego polskiego powstania/rewolucji 1980/1981 przerobiła z bezpretensjonalnego gierkowskiego wesołka w ponurego, mściwego kombatanta. 

Ale wracając do sylwestrowej estrady Polsatu, o ile Kasia Kowalska czy zespół Volver odprawiali na niej uczciwą estradową chałturę na zupełnie poprawnym, wręcz profesjonalnym poziomie, Maleńczuk – szczególnie w momencie, kiedy za jego plecami przy dźwiękach Chłopców radarowców zatańczył balet milicjantów z pałkami łączących się w kolejnym utworze w pary z dziewczętami w kusych sukienkach – emanował ponurą samopogardą. Na granicy utraty profesjonalnego dystansu do samego siebie. To już nawet nie był realizm groteskowy, który przyjęliśmy kiedyś jako swoje pokoleniowe logo, kiedy okazało się, że wszystkie dyskursy heroiczne są już w tym kraju zajęte. To, co wykonał Maleńczuk w czasie sylwestrowego wieczoru Polsatu, kiedy wszyscy widzowie oczekują rozrywki, to było prawdziwe „pragnienie śmierci” (cyt. za Death Wish od jedynki do piątki), tyle że własnej.

Zawsze powtarzałem, że znakiem rozpoznawczym mojego pokolenia – Manueli Gretkowskiej, Roberta Tekielego, Macieja Maleńczuka, Janusza Palikota, Michała Pawła Markowskiego, Radosława Sikorskiego, Wojciecha Cejrowskiego, Andrzeja Horubały i wielu, wielu innych (ile kieliszków spirytusu można zgasić w czasie jednej imprezy) – była i pozostała zdolność przeżycia. Każdej praktycznie sytuacji, na każdych praktycznie warunkach. Połączona w dodatku z umiejętnością takiego przetworzenia, ugięcia tych „każdych warunków”, żeby z nich zrobić warunki nieomalże własne (w SF to się nazywa terramorfowanie, zaawansowany technologicznie proces, w wyniku którego planeta rozgrzewająca się do 300 stopni w dzień i zamarzająca do -300 nocą, z atmosferą przesyconą trującymi gazami, staje się nieomalże zdatna do życia). Jakiś czas temu Maleńczuk, po wybiciu się na wyższy, estradowy poziom przeżycia, przeprowadził prewencyjny atak na dawną kontestacyjną niszę, którą w ten sposób definitywnie opuścił. Szczególnie swoich dawnych znajomych z Totartu zaczął przy tej okazji traktować jak niszowych krasnali. Przeżyli to boleśnie, ale splunęli w kułak i jakoś tam mu wybaczyli, bo „gdzie nie ma «zakonu», nie ma także grzechu” (chaotyczna parafraza za Pawłem z Tarsu). 

Ja to wszystko rozumiem, duma Maleńczuka wymusiła u niego prewencyjną agresję, kiedy pojawiło się pierwsze ziarenko poczucia winy, które trzeba w sobie po nietzscheańsku zdeptać, żeby nie zamienić się w płaczliwego starca. Ale tym razem coś poszło nie tak. W Maleńczuku jednak coś pierdolnęło i to pierdolnęło na scenie, w czasie uprawiania zawodu. Coś, co przesunęło go prawie poza granicę właściwego mu profesjonalizmu.

A ponieważ Maleńczuka (i wielu innych symboli opatrzonych imionami ludzi, zdarzeń czy miejsc) używam tu wyłącznie do charakteryzowania Pokolenia,  można powiedzieć, że w Pokoleniu coś poszło nie tak. No dobra, żadna to niespodzianka. Zatem będę stopniował: w Pokoleniu poszło coś jeszcze bardziej nie tak, skoro nie może go już zaspokoić nawet estradowy sukces. Pokolenie ma wciąż nowe rezerwy „wkurwu”, pokusy samozniszczenia. Nawet ABR przypatrująca się Pokoleniu z bliska, ale nieco z boku, ma już tego serdecznie dosyć.

Ja jednak, jak zwykle, chcę przypadku Maleńczuka poglądowo użyć do mojej ulubionej performatywnej pedagogiki specjalnej. Zobaczcie młodzi (czyli w Polsce ci przed czterdziestką), ile macie miejsca dla siebie! Moje pokolenie nie stoi wam na drodze ze swoimi instytucjami, z patetycznymi i heroicznymi dyskursami własnego samowyniesienia i samoprzebóstwienia. 

Kiedy my „aż do końca miłości” (cyt. za Leonard Cohen Dance me to the End of Love, 1984) odtańczamy swoje realistycznie groteskowe Makareny i Chłopców radarowców, wy macie wolne pole. Nie oddajcie go „Frondzie”, nie oddajcie go „44”, nie oddajcie go braciom Karnowskim. Ale my – nieco starsi od was – nie jesteśmy dla was ani przeszkodą, ani wrednymi, zawistnymi, śmiertelnymi wrogami (taką mam przynajmniej nadzieję), jak dla nas nasi starsi byli i zostaną.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.