Felieton

Cejrowski i Makłowicz (walka o duszę mieszczaństwa)

Dwa programy podróżniczo-kulinarne. W jednym Cejrowski podejmowany sfermentowanym zacierem przez wodza środkowoamerykańskiego indiańskiego plemienia pokazuje polskiemu Sarmacie jako „naturalny” model do naśladowania „rodzinę na swoim” składającą się z wodza i jego siedmiu żon przynoszących mu zacier, masujących stopy i próbujących jeszcze zapanować nad stadkiem kilkudziesięciu niemowląt i dzieci, z których większość wkrótce umrze mimo bezsilnej troski swoich matek. Ale to dla wodza nie problem, bo któryś z jego synów na pewno przeżyje i zastąpi go w kierowniczej funkcji pilnowania, żeby wszystko w plemieniu zostało po staremu (ten typ polityczności w każdym plemieniu istnieje). Ferdynand Kiepski oglądając ten program zawoła z fotela, w którym zaległ z piwem Mocny Full: „zobacz Halinka, to jest życie, jeden facet i siedem żon, które mu gorzałę przynoszą”. Tyle że Halina Kiepska odpowie inaczej, niż mają prawo odpowiadać swojemu mężowi żony męskiego role model z podróżniczego programu Cejrowskiego: „Ferdek, ty to jednak durny jesteś”.


Na sąsiednim kanale Makłowicz w Holandii. I nie obchodzi mnie wcale, co mówi o gotowaniu. Pociąga mnie raczej jego szczery zachwyt kulturą materialną holenderskiego mieszczaństwa. Widz jego programu może się dowiedzieć, że ten kraj wielokrotnie mniejszy od Polski jest trzecim na świecie eksporterem żywności i drugim eksporterem pomidorów nie będących nawet warzywem „naturalnie” holenderskim, bo zostały kilkaset lat temu przywiezione do Europy z Ameryki, i to przez Hiszpanów. W Holandii nic zresztą nie jest „naturalne”. Tulipany zachwyciły Holendrów w Azji, nawet słynne wiatraki (maszyna powietrzna użyta przed maszyną parową jako odnawialny napęd holenderskiej rewolucji przemysłowej wcześniejszej od rewolucji przemysłowej angielskiej) podpatrzyli u Arabów. Rzeczy, które inni mieli w rękach, ale nie bardzo wiedzieli, co z nimi zrobić, Holendrzy oszlifowali do błysku w swoich „czasach wielkiej imitacji”. Nawet ten czy inny lokalny monoteizm dopiero w rękach amsterdamskiego Żyda Spinozy stał się oszlifowanym diamentem uniwersalnej religii etycznej. Wolter lubił mawiać (a Makłowicz powtarza za nim lejąc miód na moje serce starego oświeceniowca), że Bóg może stworzył świat, ale Holandię na pewno stworzyli sami Holendrzy. Istotnie, 75 procent terytorium wydarte morzu, reszta wydarta katolickim królom Hiszpanii.


Wszyscy dzisiejsi mieszczanie holenderscy byli kiedyś chłopami. Wyruszali w świat w poszukiwaniu swojej szansy, osuszali nawet pola dla polskiej szlachty. Ale w sarmackiej Polsce czuli się trochę dziwnie, opisywali ją później jako miejsce tyleż obfitujące w naturalne dary, co pełne głębokiego społecznego zepsucia. Docierający do kraju Sarmatów holenderscy mennonici nie mogli już wówczas zrozumieć samej idei pańszczyzny, ustroju faktycznie niewolniczego, z którego pogrążający się właśnie w kontrreformacyjnym katolicyzmie Sarmaci ciągle byli dumni (nawet ci, którzy dawno już „swoich” chłopów przepili, zastawili, sprzedali).


W Holandii chłopi już wtedy byli obywatelami. Polscy chłopi też muszą się nimi stać, bo inaczej żadna modernizacja się w Polsce nie dokona. Dokona się w najlepszym razie podbój wsi przez miasto, a w najgorszym zemsta wsi na mieście. Dzięki komu jednak społeczna emancypacja wsi może się dokonać? Ta materialna już się dokonuje, pieniądze z Unii jednak na wieś dotarły, a z otwarcia unijnego rynku polskie rolnictwo korzysta sprawniej niż polski przemysł.


Jak jednak byłaby możliwa emancypacja polskiej wsi z radiomaryjnego katolicyzmu żerującego na lęku, bo inny katolicyzm na polską wieś prawie dziś nie dociera? O czym wie każdy, kto odwiedza regularnie wiejskie kościoły i w większości z nich widzi wyłożoną bibułę przestrzegającą przed Brukselą oraz rodzimymi zdrajcami ojczyzny i krzyża. Ja zauważyłem, bo oko mam w tej dziedzinie wyspecjalizowane, że do wiejskich parafii dotarł nawet Robert Tekieli ze swoją heroiczno-merkantylną walką z satanizmem, Harrym Potterem, jogą i psychoterapią. Część polskiej prawicy i część polskiego Kościoła karmi zatem polską wieś duchowym śmietnikiem, ale kto nakarmi ją chlebem nadziei i emancypacji?


Lepper z populistycznego watażki próbował się zmieniać w negocjatora wiejskich interesów i wiejskich symboli, aż załatwił go Kaczyński – politycznie i z pomocą służb. Sam mając wsi do zaproponowania – szczególnie odkąd stracił władzę – wyłącznie wspólne z o. Rydzykiem wychowywanie do lęku. PO w swoim mieszczańskim rdzeniu o wsi najchętniej by zapomniało, ale budzą się w środku nocy z jakiegoś koszmaru krzycząc „krus! krus! krus!”. W Platformie tylko Gowin powtarza od zawsze, że sojusz PO i PSL powinien być czymś więcej, niż tylko cynicznym dealem dwóch aparatów partyjnych. Powinien być cywilizacyjnym i społecznym sojuszem reprezentowanego przez PO nowego polskiego mieszczaństwa z reprezentowaną przez PSL tą częścią wsi, która pragnie się wybić. Trochę jest to u Gowina podszyte realną społeczną wrażliwością, którą niestety ideologiczny thatcheryzm Pokolenia JPII/JK-M tłumi w nim i usprzecznia, a częściowo nadzieją, że wsparta przez oportunistyczno-klerykalną część aparatu PSL (nie jest to całość tego aparatu, który historycznie i współcześnie z wiejskim Kościołem także ma na pieńku) konserwatywna frakcja PO frakcję liberalną „czapkami zakryje”.


Palikot jest w tym kontekście ciekawy ze swoją obsesją „budowania fabryk”. Przede wszystkim na wsi, bo sam uważa się dzisiaj za upgrade’owaną wersję Andrzeja Leppera. „Budowania fabryk”, czyli użycia rządowych agencji, bardziej precyzyjnego wykorzystania środków unijnych, wzmocnienia zespołów producenckich (dobrowolnej wersji dawnych spółdzielni czy PGR-ów), żeby polskie jabłka, pomidory, mleko i mięso trafiały na europejski rynek w formie wysokoprzetworzonej. Pozwoliłoby to zatrzymać na wsi ogromną część zysku zabieranego dziś przez globalne korporacje handlujące żywnością. Ale w ten sposób można by na wsi odbudować także kapitał społeczny, którego zresztą sam Palikot w swojej polityce wielkomiejskiej, sejmowej i piarowskiej nie zawsze bywa najlepszym symbolem. Zresztą jak ktoś nie lubi Palikota, to są też rozsądni PSL-owcy, choćby Kalinowski.


Polska wieś już dzisiaj nieźle sobie radzi, mimo że jest rozbita społecznie, a duchowo obsługiwana przez cyników i szarlatanów. Gdyby potrafiła odbudować swój kapitał społeczny, moglibyśmy naprawdę stać się drugą Holandią lub choćby Holandią na podium. Tym bardziej, że znajdującego się w zasięgu ręki rozwojowego potencjału polskiej wsi nie musimy wydzierać morzu ani okupującym nas katolickim królom Hiszpanii. Na razie jednak muszę słuchać polityków i publicystów, którzy zastanawiając się „co może porwać Polaków”, wymieniają Smoleńsk, wrak, „antyrosyjskie łupki” albo „asertywne” targanie się po szczękach z Brukselą, Berlinem i Moskwą. I wtedy wiem na pewno, że oglądają Cejrowskiego, a nie Makłowicza.

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.