Felieton

Adres do Cesarza

Do tej pory partia Cesarza (parafraza za Ryszard Kapuściński) sięgała od Sierakowskiej po Gowina, od Belki po Żalka, od Huebner po Libickich, od Piniora po Gronkiewicz-Waltz, od Arłukowicza po Niesiołowskiego, od Sasa do Lasa. W tym tygodniu partia Cesarza sięga od Romana Giertycha po Joannę Kluzik-Rostkowską. Nie mówię o Platformie Obywatelskiej, bo w parlamentarnym klubie tej partii Kluzik-Rostkowska była już wcześniej, a Giertych do PO jeszcze nie wstąpił. Mówię o osobistej partii Cesarza, bo tylko ona się liczy, przynajmniej dopóki Cesarz nie zbierze przeciwko sobie wystarczającej liczny wrogów, by go obalili, jak to w cesarstwach bywa.


Nie piszę tu bynajmniej na Cesarza pamfletu, ciągle próbuję uprawiać coś na kształt chłodnej analizy. Wielokrotnie wyrażałem wątpliwości, co do istnienia w Polsce potencjału do wielopartyjności (po roku 1989, bo przed rokiem 1989, a także pomiędzy rokiem 1926 a 1939 było to oczywiste). Pod względem braku potencjału do wielopartyjności dzisiejsza Polska nie różni się zresztą od różnych innych peryferiów naśladujących w różnych innych czasach brytyjski czy francuski parlamentaryzm. Duma z partiami, którym pozwolił istnieć Mikołaj II, Duma z partiami, którym pozwala istnieć Putin, ministrowie cesarskiego dworu ery Meiji umawiający się, że jeden będzie tworzył taką partię, a drugi inną, Bismarck mocno zdystansowany wobec idei wielopartyjności, rozumiejący jednak, że należy parlamentaryzm w Niemczech przynajmniej imitować… wiele było peryferiów, które w różnych epokach ideę demokracji wielopartyjnej naginały do swoich potrzeb. A o ocenie tych mocno nieklasycznych demokracji przez historię rozstrzyga nie fasadowość ich życia partyjnego, ale zdolność lub niezdolność do zmodernizowania własnego kraju.


W Polsce potencjału do wielopartyjności nie ma. „Partia tych, którym się powiodło” i „partia nieudaczników”, „partia zadowolonych” i „partia wkurzonych” to nie są żadne partie w rozumieniu zachodniego parlamentaryzmu. A przecież tylko takie „partie” zdołały wygenerować dwie nasze najbardziej efektowne erupcje „polityczności” po roku 1989, dwie nasze „wojny na górze”, ta pomiędzy Wałęsą i Mazowieckim oraz ta pomiędzy Kaczyńskim i Tuskiem. Polski system partyjny jest też w stanie wygenerować partię władzy (SLD, PiS i PO w chwilach swych tryumfów – partie, do których wstępowali wszyscy, ale tylko na jakiś czas). Zdolność do wygenerowania partii władzy także nie przekłada się jednak na stabilny system wielopartyjny, można nawet powiedzieć, że jest wręcz przeciwnie.


Skoro zatem nie ma w Polsce potencjału na demokrację wielopartyjną, niech rządzi Cesarz, tylko niech rządzi. Niech rządzi tak długo, dopóki jakiś inny Cesarz tego Cesarza nie obali. Niech rządzi i niech cementuje swoją osobistą cesarską partię władzy, bo żadnego innego narzędzia władzy w naszym kraju nie ma. Ja zatem wobec przyszłej nominacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej do rządu nie mam większych zastrzeżeń. Mam tylko jedno związane z tą nominacją życzenie. Niech Kluzik-Rostkowska nie ozdabia jak sympatyczny kwiat kożucha kolejnego cesarskiego expose, obojętnie, czy będzie ono poświęcone ratowaniu polskiej rodziny, czy ratowaniu polskiego rynku pracy. Niech zajmie się czymś nieporównanie poważniejszym, niech rozpocznie rozmowy z Dudą, niech spróbuje odmrozić dialog ze związkami zawodowymi. W przeciwieństwie do posła Niesiołowskiego ona może tego przynajmniej spróbować, o ile oczywiście Cesarz wyposaży ją w odpowiednie pełnomocnictwa.


Do tej pory Cesarz traktował związkowców jak małpy, a posła Niesiołowskiego, świadomie i na zimno, używał jako kija do tłuczenia w pręty klatki, żeby małpy wyły, a zgromadzone przed klatką nowe polskie mieszczaństwo żeby w małpy rzucało ogryzkami jabłek i skórkami bananów. Joanna Kluzik-Rostkowska w roli kija do tłuczenia w pręty klatki ze związkowcami raczej się nie sprawdzi. Przeciwnie, mogłaby w imieniu Cesarza zacząć z Dudą – z którym bardzo długo łączyło ją logo „Solidarności”, a może jeszcze łączy – na poważnie rozmawiać. Po pierwsze, dałoby to szansę na odbudowanie dialogu społecznego w Polsce. Co jest absolutnie konieczne w kontekście kolejnego uderzenia kryzysu (uderzenia nie w Kulczyka i jego charytatywne inwestycje w nigeryjski sektor naftowy, ale w lokalny rynek pracy, w lokalną budżetówkę, w lokalną klasę średnią). Po drugie, gdyby się Joannie Kluzik-Rostkowskiej wyposażonej w cesarskie pełnomocnictwa udało rozpocząć społeczny dialog z Dudą, można by w ten sposób uniknąć scenariusza najgorszego. Może najgorszego nie dla Cesarza, ale na pewno dla roli związków zawodowych w tym umęczonym przez imitacyjny thatcheryzm kraju. Scenariusza, w którym traktowani jak małpy związkowcy zasilą szeregi kolejnych manifestacji Rydzyka i Kaczyńskiego, a ich lider zostanie wepchnięty w czekającą już na niego groteskową formę kolejnego mesjasza polskiej prawicy.

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.