Felieton

Zachodnie importy

Nie ma to jak konserwatyści biadający nad stanem lewicy, polskiej i światowej. Konserwatyści zwykle lamentują, to ich niejako stała kondycja, wpisana w samą istotę ich wiecznie sfrustrowanej zachowawczości, nic więc dziwnego, że wyrażają zatroskanie także tym, co ich zupełnie nie dotyczy, czyli formą myśli lewicowej dzisiaj. Brzmi to zawsze pokrętnie i obłudnie, bo wiele jest w tych lamentach zwykłej Schadenfreude, w istocie wyrażającej prostą radochę, że przeciwnikom politycznym się nie wiedzie. Osobiście nie mam nic przeciwko narzekaniu na dzisiejszy język lewicowy, sama to robię nieustannie, ale – mam przynajmniej taką nadzieję – robię to w dobrej wierze i z przekonaniem (wciąż wzrastającym), że bez zdrowej lewicy sfera publiczna choruje, przesuwając się coraz bardziej i bardziej na prawo. A taka właśnie jest polska sfera publiczna, w niczym nie przypominająca bardziej zrównoważonych systemów demokracji zachodniej; to, co w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii uchodzi za socjaldemokratyczne centrum, u nas figuruje pod nagłówkiem skrajnej lewicy – to zaś, co u nas uchodzi za centrum, tam bez wahania określono by mianem prawicy tradycjonalistycznej.

 

O tym przesunięciu (czy raczej przesuwaniu się, bo mamy tu do czynienia z tendencją ciągłą i nasilającą się) świadczy każde wejrzenie na dowolne forum publiczne. Choćby takie małe forum, jak „Drugie śniadanie mistrzów”, typowo narcystyczno-celebrycki wytwór polskiej „przestrzeni otwartej”, która najchętniej otwiera się na sławy, dla przeciętnych zjadaczy chleba pozostając dość szczelnie zamknięta. Nie chcę się pastwić nad tym programem, w którym pięciu panów (rzadko kiedy kobiety), zwykle ze środowiska aktorsko-reżysersko-artystycznego (czasem jakiś polityk), dyskutuje o tym, co tam, panie, w polityce przy kawie i kremówkach. Choć można by się popastwić, bo jest to dość wyniosła i feudalna formuła, która przywodzi na myśl królewski rytuał spożywania posiłków na dworze Ludwika XIV-ego w przytomności całego dworu.

 

Ale niech tam, bo nie w tym rzecz. Ostatnio jednym z zaproszonych do owego mistrzowskiego śniadania na forum publicznym był Jan Wróbel, powszechnie znany i legendarnie wygadany publicysta konserwatywny, który podjął był temat lewicy w Polsce. I przy ogólnej akceptacji centrowych rozmówców (centrowych, rzecz jasna, w polskim wariancie), powiedział, że polskie środowiska lewicowe w ogóle nie zajmują się kwestiami społecznymi, a interesuje je wyłącznie sprowadzanie do Polski takich „zachodnich importów” jak małżeństwa gejowskie czy feminizm. Drzewiej, powiadał, lepiej bywało; przed wojną, oczywiście, nawet lewica była lepszej jakości, bo dbała o interesy robotników. A teraz to już tylko obce nowinki: awangardowe mody, których jedynym celem jest prowokowanie moralnej większości.

 

To dobrze znany trop, od lat nadużywany przez prawicę, kiedy – z pozornym zatroskaniem – wypowiada się o lewicy. Jan Wróbel go nie wymyślił; też pochodzi on wprost z „zachodniego importu”, czyli z myśli Rogera Scrutona, który dwie dekady temu, na progu światowej wojny kulturowej, w której dziś wszyscy uczestniczymy, stworzył niezwykle wpływową koncepcję Nowej Lewicy jako formacji zdeterminowanej przez jedną podstawową właściwość: oikofobię. Oikofobia, czyli „nienawiść do własnego domostwa“, przeciwieństwo ksenofobii, miało być tym trafnym neologizmem określającym całość nowolewicowych poczynań: nie płyną one z poczucia solidarności i lojalności wobec własnej wspólnoty, której doli chcielibyśmy ulżyć, lecz przeciwnie – z przekory, niechęci i wrogości wobec wszystkiego, co wspólne i powszechne, a co wyznacza nasze intuicyjne rozumienie „domu” (naszego wspólnego domu, Polski).

 

Współczesny lewak zatem bardziej przypomina awangardowego artystę, ruszającego na krucjatę przeciw moralnej większości, niż starego działacza związkowego, który lojalnie utożsamia się z uciśnionym ludem; w jego egotycznej obronie indywidualności więcej jest libertariańskiej swobody niż wiążącego poczucia solidaryzmu z własną społeczną klasą. Ta bardzo sugestywna wizja (podlana także sosem sporządzonym przez amerykańskich neokonów: od Allana Blooma po Irvinga Kristola), została w całości kupiona przez nie-oikofobiczną prawicę, która w ten sposób uzyskała (w swoim mniemaniu) patent na „społeczne zatroskanie“. A o tym, jak dalece skojarzenie to działa w kręgach polskich prawicowców, można się przekonać, sięgając po jej literackie produkcje: Ukryty Bronisława Wildsteina zawiera mrożący krew w żyłach portret zdewiowanego artysty-lewaka, którego wyobcowanie z własnej wspólnoty popycha do sadystycznych zbrodni, zaś ostatnio objawiona Fausteria Wojciecha Szydy powtarza ten sam motyw, tyle że w wersji żeńskiej.

 

Wizja ta jest w istocie tak sugestywna, że trafia do przekonania także części samej Nowej Lewicy, która odkrywa, że tak naprawdę bardziej jest jej po drodze z libertariańskim indywidualizmem; kiedy 20 lat temu wylądowałam w londyńskim Goldsmiths College, hiperawangardowej alma mater Damiena Hirsta (ale i, by już tak całkiem nie potępiać, Damona Albarna z Blur), diagnoza Scrutona wydawała mi się jedyną możliwą do przyjęcia. Teraz jednak tak nie sądzę. Nie dlatego, by mój ogląd Goldsmiths się zmienił (o nie!). Ale dlatego, że po prostu nie opisuje ona właściwie współczesnych praktyk lewicowych, a już na pewno nie środowiska KP (do którego Jan Wróbel pił), które robi wszystko, by wyzwolić się z tego upupiającego stereotypu, w jaki nieustanie wciąga je dyskurs prawicowy.

 

Wydawałoby się więc, że wystarczy tylko zdementować to ciągłe gadanie o lewicowej oikofobii, a opinia publiczna sama w końcu zobaczy, jak jest naprawdę. Nic z tych rzeczy.

 

Prawica nigdy z tego oskarżenia nie zrezygnuje, bo jest on jej bardzo na rękę: może w ten sposób bardzo skutecznie wykopywać rów między działaczami związkowymi a lewicą, jednocześnie mamiąc związki, jak „Solidarność”, widmem swego rzekomego „społecznego zatroskania”, które nigdy nie przekuwa się w żaden prospołeczny czyn. Asocjacja lewicy z tym, co „obce”, „zachodnie“, „sztuczne”, pozbawione zakorzenienia w naturalnych odczuciach wspólnoty, sprzyja jej marginalizowaniu w łonie polityki wciąż jeszcze uprawianej w narodowych ramach. To łatwy i niekosztowny zabieg, którym prawica będzie się posługiwać, nawet jeśli KP nie będzie mówić o niczym innym, jak tylko o podatkach i bezpłatnej służbie zdrowia. Ale też to prawica, niestety, jest teraz hegemonem polskiej sfery publicznej, więc też ona, słowami złotoustego Jana Wróbla, rozdawać będzie karty znaczeń. Jeszcze przez długi czas.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Agata Bielik-Robson

| Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).