Agata Bielik-Robson

Manifesty i mementa

„Wreszcie wyszliśmy z jaskini!”, woła entuzjastyczny Latour, a ja się rozglądam i szeptem popsuj-zabawy pytam: kto? gdzie?

Pozwólcie, że pociągnę jeszcze wątek posthumanizmu, który tak rozgrzał ostatnio nasze emocje: na mój ostatni felieton odpowiedział mi Maciek Gdula, Kinga Dunin, a poniekąd (bo nie wprost) także Joanna Bednarek, tłumaczka rzeczonej Rosi Braidotti, o której dzieło, Po człowieku, poszło.

Maciej i Kinga bronili Bruno Latoura i jego pragmatycznego podejścia do polityki natury, które proponuje zupełną rezygnację z pojęcia natury, ponieważ pojęcia te, przeciążone filozoficznie, nie sprawdziły się w demokratcznej praktyce politycznej, więcej jeszcze: powstawały na przestrzeni wieków, od presokratyków po Darwina, po to tylko, by tę praktykę podważać. Manifest Latoura dobrze się więc sytuuje w pragmatystycznej linii Richarda Rorty’ego, który ogłosił „prymat demokracji nad filozofią”, dając tym samym pierwszeństwo spontanicznym odruchom przyłączania i wyłączania nad rozmaitymi teoriami społecznymi, które dla takich praktyk inkluzji i ekskluzji poszukiwały trwałych fundamentów w sferze aksjologii, czyli tak zwanych „niezmiennych wartości”. I tak jak Rorty twierdził, że zachodnia demokracja jest już na tyle silna i pewna siebie, że nie potrzebuje żadnych kapłanów tłumaczących ex cathedra, co jest dobre, a co złe, i odtąd może już zadowolić się uzasadnieniem w stylu this is what we do (bo tak to robimy) – tak Latour sądzi, że nasze interakcje ze światem przyrody są już tak rozległe, że tradycyjny gest humanistyczny, odcinający człowieka od natury, okazuje się już tylko gestem hamulcowym, który nie pozwala nam dostrzec rzeczywistości, czyli tego, co w istocie robimy na co dzień, wchodząc w rozmaite sieci zależności od minerałów, drzew i innych stworzeń. Tak więc jak wedle Rorty’ego demokracja stała się nawykiem praktycznym, który skutecznie zdobywa świat dzięki temu, że już nie martwi się o swoją teoretyczną „czystość” – tak wedle Latoura stary przesąd humanizmu, jakoby ludzie nie należeli do natury, jedynie przeszkadza w trzeźwej reakcji na fakt ludzkiego rozpanoszenia się w świecie przyrodniczym, gdzie żaden ekosystem nie ostał się przed wpływem ludzkiej technologii.

Podczas gdy filozoficzne teorie dbają o czystość pojęciową, sama praktyka, znacznie mniej higieniczna od teorii, w pewnym momencie mówi im, że już żadnych teorii nie potrzebuje. Rorty’ańska demokracja zwraca się więc przeciw filozofii, która ją niby miała fundować, a tak naprawdę tylko podważała (od Platona do Nietzschego) – zaś demokratyczna polityka natury w wydaniu Latoura zwraca się przeciw filozofii natury, która przeciwstawiła przyrodę, królestwo niezmiennych konieczności, humanistycznemu światu człowieka, czyli królestwu wolności.

Rozumiem te pragmatyczne gesty, które działają na zasadzie „drabiny Wittgensteina”, skądinąd jednego z pierwszych konsekwentnych pragmatystów: teorie filozoficzne potrzebne są tylko jako stopnie prowadzące na szczyt, którym jest właściwa praktyka; w chwili, gdy szczyt zostanie osiągnięty, można i należy je odrzucić, właśnie jak zbędną już drabinę albo jak metaboliczny odpad, którego pozostawienie w systemie jedynie grozi zatruciem. Dla Rorty’ego takim szczytem-celem jest pewna siebie praktyka demokratycznej inkluzji, która nie potrzebuje pouczeń „kapłańskiej elity” – dla Latoura zaś, który kontynuuje tę myśl, celem jest nowa stanowcza polityka inkluzji wobec świata przyrody, biorąca pod uwagę wzajemne przenikanie się technologii i ekologii, która nie potrzebuje już starych klasyfikacji dzielących kosmos na naturę i kulturę. Wobec wymogów dzisiejszych praktyk teoretycznych stare filozofie jedynie przeszkadzają – choć jednocześnie obaj pragmatyści gotowi są przyznać, że kiedyś tam były one niezbędne, by narodziły się takie idee, jak demokracja, technologia i, last but not least, etyka. Dziś jednak idee te najdoskonalej wcielają się w żywiołową praktykę – this is how we do it – która dojrzała i okrzepła już na tyle, że może obejść się bez filozoficznych deliberacji.

No i gitara, jak by powiedział Ferdynand Kiepski, tylko że mnie Rorty ze swoim prymatem demokracji nad filozofią nigdy nie przekonał – więc tym bardziej nie przekona mnie Latour.

W perspektywie pragmatycznej nie ma między nami sporu: wszyscy chcemy, by na łące istnienia rozkwitł milion różnych kwiatów, a byt zwany Człowiekiem przestał się na niej szarogęsić, bo jego imię dziś już nie brzmi tak dumnie. Ja jednak sądzę, że pragmatyzm w kwestiach etycznych okazuje się koniec końców za słaby. Rorty’ańskie this is what we do jako jedyne wsparcie dla etyki troski, solidarności i przyjaźni międzygatunkowej (którą jak najbardziej popieram) wydaje mi się zbyt wątłe, bo też to, co dziś widzimy – czyli raczej zdziczenie ludzkości niż jej moralne wysubtelnienie – woła o jakiś wyrazistszy sprzeciw. Nie wątpię w dobre intencje posthumanistów, ale intencje to mało, zwłaszcza kiedy nic nie przemawia za ich progresywnym optymizmem. „Wreszcie wyszliśmy z jaskini!”, woła entuzjastyczny Latour, mając na myśli i tę jasknię dosłowną (że niby postęp technologiczny, natura już nie zagraża itd.), i tę jasknię platońską (że niby powszechna edukacja i nikt już nie siedzi przykuty łańcuchem do mamiących iluzji), a ja się rozglądam i szeptem popsuj-zabawy pytam: kto? gdzie?

Ludzkość, jak zwykle, pogrążona obłędzie, w Beckettowskim worstward ho!, z tysiącem wciąż na nowo odżywających mamideł nacjonalistycznych, fundamentalistycznych, sekciarskich, wciąż chora na swoją główną chorobę, czyli – jak nauczał Kierkegaard – „chorobę na śmierć”. Natura wciąż jej zagraża, tak jak zagrażała od wieków, ponieważ w naturze choruje się i umiera. I pomimo wszelkich wysiłków dzisiejszej biopolityki, by rozpoznanie to zobojętnić, świadomość cierpienia i śmierci – faktu oczywistego, a jednak nieznośnego – powraca i przebija się przez każdy środek znieczulający.

W moim świecie mentalnym, należącym do już zmierzchającej epoki, ten prosty namysł egzystencjalny jest podstawą wszystkich najważniejszych rozstrzygnięć: próba, jaką człowiek podjął, by wyrwać się ze świata natury i stworzyć etykę nie opartą na naturalistycznym prawie powstawania i ginięcia, była pierwszym odruchem sprzeciwu wobec konieczności cierpienia i umierania. Nie wynikała, jak przekonują mnie dziś posthumaniści, z „demonizowania natury” albo pychy usiłującej przejąć władzę nad światem; choć te zjawiska dołączyły się do pierwotnego odruchu, on sam wydaje mi się nadal ważki i właściwy. W chwili, kiedy ten jak najbardziej naturalny bieg rzeczy przestanie budzić w nas protest, przestaniemy być ludźmi – i być może o coś takiego posthumanistom chodzi, ale ja wolałabym nie dożyć tego spełnienia.

Jestem bowiem pewna, że cała ta etyczno-demokratyczna praktyka troski, o jakiej mówią Rorty i Latour, jest możliwa tylko wtedy, kiedy utrzymamy humanistyczne napięcie między „tym, jak jest”, a tym, by użyć znanych słów Kanta, „czego możemy oczekiwać”.

Całkowita zgoda na zgranie się z naturalistycznym „rytmem przemijania”, z biologicznym cyklem narodzin i zgonu, oznacza, że zniknie różnica oddzielająca byt od powinności, Sein od Sollen. Etyka jest bowiem żądaniem, roszczeniem wobec świata – a u spodu tego roszczenia tkwi egzystencjalny ból istoty chorującej na śmierć.

Patos? A jakże. Nie mam nic przeciwko. Dzisiejszy pragmatyczny dyskurs posthumanistyczno-biopolityczny wystrzega się rejestru patetycznego, tak jak wytarł ze swojego słownika wszystkie idee natury egzystencjalnej. Dziś już nie potrzeba Koła Wiedeńskiego, by wydać wojnę egzystencjalnej metafizyce, bo ta zanika sama z siebie, stając się tylko „głupstwem” w zmrużonych oczach Ostatniego Człowieka, który wynalazł biopolityczne szczęście. Dziś patos Witkacowskich „uczuć metafizycznych” jest więc już tylko konserwatywny: „Obstawanie przy prymacie antropologii – przywiązanie do mitu człowieka jako «zwierzęcia mówiącego», «chorego zwierzęcia» czy «zwierzęcia pragnącego» – jest dziś gestem konserwatywnym. Bronić «człowieczeństwa» to z konieczności skazywać się na paranoiczny lęk przed naturą (czy to obecną w ludzkim zwierzęciu, czy w świecie materialnym, czy w dziedzinie znaturalizowanej biopolityki), zawsze grożącą wdarciem się na teren polis”.

Tak pisze Joanna Bednarek w minimanifeście otwierającym nowy numer „Praktyki Teoretycznej” poświęcony posthumanizmowi. Przyznaję się bez bicia: nie wiem jak państwo, ale ja obstaję. Obstaję przy przywiązaniu do mitu człowieka jako zwierzęcia chorego na śmierć, które dlatego też pragnie – chce czegoś innego niż świat powstawania i ginięcia, w który został wrzucony – i dlatego też mówi (bo o czym innym niż o tym pragnieniu lepszego świata miały sobie i innym opowiadać?). Ale jednocześnie nie godzę się, by ten gest obstawania uchodził za konserwatywny. Nie widzę bowiem nic progresywnego w idei zaniku pragnienia, której jedyną konsekwencją wydaje mi się bierna i milcząca zgoda na biopolityczny koszmar świata społecznego wyobrażonego na kanwie biologicznego cyklu „od kołyski aż po grób”.

Choć faktycznie, jedną mam cechę wybitnie konserwatywną: nie znoszę w ogóle wszelkiego rodzaju manifestów, ponieważ tchną mdłym konstruktywistycznym optymizmem, i nad ten gatunek przedkładam zdecydowanie mementa. Pragmatystom i posthumanistom przypominam więc, całkiem świadoma niewczesnego patosu – memento mori.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Bielik-Robson
Agata Bielik-Robson
Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).
Zamknij