Felieton

Wszyscy jesteśmy Bogomiłami

Z prawa, czy z lewa, Bogomił zawsze woli raczej nic niż coś.

Janusz Szpotański, słynny „bard PRL-u”, lubił posługiwać się emblematami. Jak każdy dobry poeta myślał konkretem, który w miarę używania obrastał kolejnymi znaczeniami, aż w końcu stawał się takim właśnie emblematem, czyli obrazowym wcieleniem ogólnej idei. Tak powstał nieśmiertelny towarzysz Szmaciak, który nadal nam towarzyszy i długo towarzyszyć nie przestanie; tak powstał Gęg, nieustannie adekwatny podmiot zbiorowy wyobrażający warszawską inteligencję, i wiele innych słów-obrazków, jak choćby Biały Muł, czyli wizja polskiego papieża, który Szpotańskiego jednocześnie fascynował i irytował, tak jak zresztą cały Kościół katolicki, swoją mniej lub bardziej udawaną łagodnością.

Emblematy uchodzą dziś powszechnie za politycznie niepoprawne, więc nie używa się ich w mocno wyblakłej mowie publicznej, ale ciągle okazują się poręcznymi skrótami myślowymi w rozmowach prywatnych – vide „murzyńskość” Radka Sikorskiego, emblemat jaskrawy i ryzykowny, ale mający tę zaletę, że jednym słowem oddający istotę postkolonialnego i peryferyjnego kompleksu Polaków. Założę się, że każdy z nas też się ucieka do takiej ekonomii pojęciowej, i nie ma w tym żadnego wstydu, bo bez niej świat nie dałby się nijak wyrozumieć w swojej nieskończonej złożoności. Ja na ten przykład przejęłam wiele z emblematów Szpota, które zdecydowanie upraszczają mi procesy intelektualne, zwłaszcza w odniesieniu do polskiego życia politycznego, którego właściwie w ogóle nie chce mi się analizować, więc zamiast wdawać się w długie rozważania, mówię sobie po prostu: no tak, Szmaciaki… albo: jasne, czego się innego spodziewać po Gęgu… albo: znowu te cholerne Skotłowane Polusy… W czym wiernie naśladuję samego Szpota, który w niezapomniany sposób wykaszliwał i wychrapywał te gniewne frazy, szarpiąc się z zepsutym od ostatnich dwóch dekad magnetofonem szpulowym, zupełnie jakby był jakimś polskim Krappem pochylonym nad swoimi ostatnimi taśmami.

Tę ostatnią kategorię – „Skotłowany Polus” – Szpotański rezerwował dla tak zwanych Polaków Przeczystych: w odróżnieniu od Szmaciaków i Pejzanów (o których wypowiadał się z pełnym respektu realizmem, w duchu antycypującym Andrzeja Ledera), Polus nigdy nie splamił się istnieniem, które w nieuchronny sposób zmusiłoby go do kompromisu i pozbawiło czystości.

Dla Polusów (zawsze „skotłowanych”, zdezorientowanych, zgubionych w rzeczywistości jak dziecię we mgle) Szpot miał największą pogardę, właśnie z powodu tej iluzji niepokalania, którą dodatkowo pielęgnował w Polusie Biały Muł, nieporadny Papa całego tego przedszkola specjalnej troski, jaką była dla Szpota Polska Patriotyczna. To on jako pierwszy zrozumiał, dlaczego najwyższą świętością Polusa czyli Polokatolika, stał się embrion: ponieważ tylko taka świętość może patronować wspólnocie nienarodzonych, albo narodzonych ledwo-ledwo, z dopiero co rozwartymi błękitnymi ślepkami i z jeszcze nieprzeciętą pępowiną. W imaginacji Szpota Polus miał zawsze rysy zarodkowe: słabo wyodębnione, zlane i bladawe. Taka Polusowa wspólnota nienarodzonych.

Gdyby posłużyć się językiem Lacana (a czemu w końcu nie), to wyszłoby na to, że cała ta Szpotowa imaginacja pracowała na poziomie Porządku Wyobrażonego, czyli głębokiej zbiorowej wyobraźni polskiej wspólnoty, do której rzadko kto ma dostęp, a która więcej tłumaczy niż niejedna uczona diagnoza z Porządku Symbolicznego, bo jest niejako – że się tak poetycko wyrażę – powidokiem Realnego. O czym nie da się mówić, to można od biedy pokazać – jak pouczał Wittgenstein. Te Szpotowe emblematy-obrazy pokazują rzeczy, o jakich żaden ekspert od polskości nigdy się nie zająknie, choćby gęgał bez końca.

Powtarzam to raz jeszcze z głębokim przekonaniem: każdy z nas posługuje się takimi komiksami-emblematami, które dają mu szybki wgląd w naturę społecznej rzeczywistości, lepszy i skuteczniejszy niż całe gadanie – tylko się do tego nie przyznaje publicznie. Ale skoro już zaczęłam ten felieton od Szpotańskiego, to pomyślałam sobie, że się przyznam.

Otóż moim ulubionym emblematem, który ukułam jako wierna uczennica „barda PRL-u”, wykorzystjąc rewizyjnie wszystkie jego techniki twórcze; emblematem, który w genialnym skrócie przedstawia mi kondycję mojego kraju i tego skrawka ziemi, jaki składa się na tę nieszczęsną Europę Wschodnią, jest – tada! – Bogomił.

Kim jest Bogomił – o tym można by długo opowiadać, bo ten to już obrósł w moim mózgu całymi galaktykami sensów. Jest tam i „niesamowita słowiańszczyzna” (cokolwiek to znaczy), i Steven Runciman ze swoją historią bułgarskich manichejczyków, i Gonczarow z włosy na głowie jeżącą opowieścią o Obłomowie, świętym patronie słowiańskich abnegatów, i Wiktor Pielewin z niestrudzoną parodią rosyjskiej duchowości. Tak czy siak, Bogomił uzupełnia się w moim wyobrażeniu z Polusem, jest niejako jego ciemną, niewyznaną, ale prawdziwszą częścią: podczas gdy Polus to wersja idealna przeczystego Polaka, rzymskiego katolika, który widzi siebie elementem świata cywilizacji Zachodu – Bogomił to słowiański Kaliban, zwierzęca, ale i naturalna podstawa Polusowatego pseudo-zachodniego wypindrzenia, które od wieków pozostaje tylko czystą formą i nie przenika do zasadniczo wschodnich psychobebechów polskiej substancji (że się tu odwołam do Witkacego, też niezłego mistrza polskiej emblematologii).

Śmiejecie się? Sami z siebie się śmiejecie. Kto z was raz w życiu nie był Bogomiłem, niech rzuci we mnie kamieniem. Wszyscy – gdzieś tam i jakoś tam – jesteśmy Bogomiłami.

Znawcy i wielbiciele dziejów gnozy europejskiej wiedzą, że bogomilstwo było jedną z sekt tak zwanego manichejskiego chrześcijaństwa, które pleniło się bujnie na terenach średniowiecznej Bułgarii, Bałkanów i Rusi. W swojej wspaniałej książce o gnozie dualistycznej Steven Runciman, któremu dziś tego rodzaju teza nie uszłaby na sucho, określa bogomilstwo krótko i dosadnie jako „idealną duchowość słowiańskich niewolników”. Ze względu na swoją rozproszoną i niezhierarchizowaną strukturę społeczną ludność słowiańska padała od początku łatwym łupem wszelkiego rodzaju najźdźców, którzy ją jako obca władza niewolili. Zdaniem Runcimana manichejskie wyobrażenie Boga jako złego archonta, który stworzył materialny świat pełen cierpienia, doskonale odpowiadało doświadczeniu permanentnej politycznej niesprawiedliwości, wobec której wszelki czynny bunt wydawał się niemożliwy, więc pozostawało tylko bierne wycofanie, nieuczestnictwo i oczekiwanie na Zbawiciela, tego dobrego i obcego anty-Boga, który w końcu może nadejdzie i zmiecie mocą swej gniewnej miłości cały ten leżący w złu świat. Słowiańszczyzna, przepojona duchem gnostyckiej abnegacji (jak twierdzi Runciman, Palea, czyli prawosławna biblia dla ubogich, zawiera więcej gnostyckich apokryfów niż historii kanonicznych), wykształciła więc bardzo specyficzny stosunek do władzy politycznej: zawsze pojmowanej jako obca, z istoty skażona, nienaprawialna i poza zbawieniem, jak sam zły archont. Wolała kultywować wolność niezaangażowania, odpadnięcia, pasywności i wewnętrznej emigracji, gdzie widziała drogą wiodącą ku dobru, ponieważ wszelka kontaminacja, czyli zauczestniczenie w świecie realnym, wiązała się zbyt silnie z ryzykiem przejścia na złą stronę mocy, czyli kolaboracji z Księciem Tego Świata.

Piszę, że Bogomił jest ciemnym, niewyznanym aspektem Polusa, ponieważ jest to inna wersja nienarodzenia. Wiedziony swoją wiarą w niezbawialność świata, Bogomił odmawia aktu narodzin: kurczowo trzyma się łona, z którego nie chce wyjść na „zimne i trzeźwe światło dnia”, najchętniej – jak Obłomow, obły, embrionalny i idealnie bezczynny – pozostałby w stanie prenatalnej pasywności.

Bogomilstwo sprzyja więc bardzo szczególnej formie słowiańskiego matriarchatu, w którym matki opłakują dzień narodzin swoich dzieci jako początek nieszczęścia i każdy przejaw emancypacji latorośli (jeśli taki w ogóle następuje) opatrują lamentem, bo przecież tylko w łonie miała się ona dobrze.

Życie jako wezwanie do aktywności, do uczestnictwa w świecie, do zaangażowania, to tylko iluzja i pokusa, która nieuchronnie zakończyć się musi porażką. Wiek męski, wiek klęski.

Dlatego polityczne wybory Bogomiła są zawsze negatywne: Bogomił, jak inny manichejski bohater stworzony przez Melville’a, czyli skryba Bartleby, zawsze tylko „wolałby nie” (czyż wydana przez Grzegorza Jankowicza antologia tak zwanych głosów młodego pokolenia pod tym właśnie tytułem nie jest tu genialnym potwierdzeniem, podobnie jak tejże generacji charakterystyczne uwielbienie dla Giorgio Agambena, którego cała teoria sprowadza się do powtórzenia gestu bogomilsko-katarskiej abnegacji?). Nie chce autostrad, olimpiady zimowej w Krakowie, kolejki kursującej na lotnisko Chopina w Warszawie (vide Jan Śpiewak i jego ruchy, czy raczej bezruchy miejskie), ani w ogóle żadnej rzeczy należącej do całego tego podejrzanego zespołu zła, którzy zwolennicy archonta nazywają modernizacją.

Z prawa, czy z lewa, Bogomił zawsze woli raczej nic niż coś. Że zacytuję kolejnego klasyka bogimilskiej retoryki, niedoszłego kandydata na prezydenta, Krzysztofa Kononowicza, którego niesłusznie posądzano o niedorozwój, bo nikt tak jak on, nie wyraził tej zasady równie dobitnie: „Najlepiej, żeby niczego nie było” („żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było bandyctwa, żeby nie było niczego”: no bo, rzecz jasna, byt jako taki z istoty swojej bandycki być musi). Taka właśnie jest bogomilska wizja naprawy Rzeczypospolitej i nieważne, czy się ją będzie nobilitować Melville’owskim I’d prefer not to..., czy się ją pozostawi na poziomie bardziej rodzimej ekspresji. Sprowadza się ona tak czy tak do bezruchu, bierności, wycofania i abnegacji, które – wbrew pozorom i deklaracjom – nigdy nie staną się strategią zbiorową, bo nie ma w nich ani społecznego wymiaru ani nawet odrobiny strategiczności.

Uznajcie mnie za nieuleczalną zapadniczkę (którą istotnie jestem), ale zaprawdę powiadam wam: dopóki nie zwalczymy w sobie Bogomiła, dopóty nie przeciśniemy się przez to ucho ugielne, przez które wiedzie droga do cywilizacji. Jakiejkowiek cywilizacji.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Agata Bielik-Robson

| Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).