Agata Bielik-Robson

UE, Różokrzyż i pelagianizm – czyli rekolekcje paschalne

Odważcie się na odrobinę pelgiańskiej herezji i zróbcie sobie w końcu reformację!

Może niektórzy jeszcze pamiętają, jak kilka miesięcy temu zachwycałam się tu, na felietonowych łamach KP, książką Krzysztofa Mrowcewicza pt. Małe folio. Powodem tego zachwytu był sposób, w jaki Mrowcewicz, profesor z Instytutu Badań Literackich PAN, opowiada alternatywną religijną historię Polski, czyli – co by to było, gdyby w Polsce, kraju bądź co bądź północnym, przyjęło się chrześcijaństwo reformowane, i Polska nie stała się bastionem jezuickiej kontrreformacji, którym jest do dziś. Ten z pozoru ezoteryczny temat wciąż powraca w moich namysłach nad dzisiejszym wzorcem polskości, do którego należy odruchowa niechęć do projektu Unii Europejskiej – dla mnie nie całkiem zrozumiała, ale właśnie dlatego warta nieco głębszej refleksji. Dziś zatem, w ramach rekolekcji wielkanocnych, chciałabym zastanowić się nad tym, czy istnieje związek między „trydenckim wyborem“ Polski, która w wieku XVII postanowiła pozostać twardo katolicka, a obecnym odrzuceniem Unii, która polskiej prawicy, samozwańczo reprezentującej wzorzec polskości, nieodmiennie kojarzy się z obcą, narzucaną przez protestancką Północ reformą tradycyjnego modelu życia – czyli z kolejnym „potopem szwedzkim“, który dobrej i niewinnej Polsce zwalają na głowę kolejne wcielenia „zdrajców Radziwiłłów“. Dawno już mnie w szkole podstawowej nie było, ale jakoś nie sądzę, by cokolwiek w tej historycznej narracji uległo zmianie: obawiam się, że żaden nauczyciel nie wspomni, że „potop“ był nie tylko wojną dynastyczną, ale w istocie bezpośrednim pokłosiem Wojny Trzydziestoletniej, w której Polska, częściowo tylko neutralna, stanęła jednak po stronie katolickich Habsburgów. Legiony lisowczyków, grasujących po Węgrach i Morawach, do dziś pamiętane są przez pogromionych wówczas protestantów ze względu na ich wyjątkowe okrucieństwo i prokatolicki fanatyzm.

U nas zaś, jeśli się o nich mówi, to zwykle z uznaniem dla ich ułańskiej fantazji.

Wydaje mi się, że taki związek istnieje i warto go odsłonić, choćby po to, by entuzjaści Unijnego projektu (a ja się do nich zaliczam) wiedzieli, z jakim oporem mają do czynienia. Mrożkowski żart na temat ideologicznej głębi i odwagi polskiego dysydenta, walczącego ze światowymi siłami komunistycznego wroga, który drżącą ręką wypisuje na klozetowej ścianie – „Generał Franco wam pokaże!” – ma swoje poważne historyczne uzasadnienie. Genialnym skrótem podsumowuje istotę tego egzystencjalnego antyprojektu, jakim jest konsekwentny wybór polskości pojmującej siebie jako formacja ideowa: od przepędzenia Braci Polskich, przez poparcie udzielone habsburgskiej rekonkwiście protestanckiej Europy (na szczęście, nie do końca udanej), opowiedzenie się po stronie post-trydenckiej kontrreformacyjnej katolickości a la Piotr Skarga, zamiłowanie do hiszpańskiej frondy (vide „Fronda“), aż po dzisiejsze rozpisanie kolejnej wojny cywilizacji na protestancką Północ (Bruksela) i katolickie Południe (Watykan). Fronda przeciw Unii wpisuje się tu nie tylko w stosunkowo młodą narrację antykomunistyczną, gdzie Bruksela staje się zastępnikiem Moskwy; wpisuje się także w znacznie starszą i potężniejszą oś opozycji, w której Polska, wierna córa kontrreformacyjnego Kościoła, opiera się szwedzkiemu potopowi i wszelkiemu zatraceniu, jaki się z nim wiąże – postępowości, równouprawnieniu, hasłom emancypacyjnym, oświeceniu, i co tam, panie, chcecie.

Refleksje te naszły mnie po lekturze dwóch, pozornie zupełnie ze sobą nie związanych tekstów: wywiadu z Antonim Dudkiem, jaki przeprowadził dla Dziennika Opinii Cezary Michalski – oraz znanej książki Frances Yates, niestrudzonej badaczki postępowych tradycji ezoterycznych, na temat „różokrzyżowego oświecenia“ (czytałam ją dla przyjemności, ale także z powodów zawodowych, bo pracuję właśnie nad projektem badającym rozmaite hermetyczne uwarunkowania myśli Hegla, gdzie mnie przypadła rola prześledzenia wpływu, jaki na Hegla wywarła późno-kabalistyczna doktryna Izaaka Lurii, najprawdopodobniej zapośredniczona właśnie przez tak zwane „Manifesty Różokrzyża“, krążące między Pragą, Śląskiem a Nadrenią na początku wieku XVII-ego). Otóż w wywiadzie z Antonim Dudkiem jest taki pełen radosnej satysfakcji fragment o tym, że „Europa dogorywa“, razem z całym tym głupio-postępowym projektem, jaki do poronionego życia powołała – który brzmi niemal dokładnie tak samo, jak te liczne prohabsburgskie pamflety na pohybel pokonanym protestantom, jakie przytacza w swojej książce Frances Yates. Dokładnie ten sam rys wrogości, jaki wierni hiszpańskim Habsburgom katolicy odczuwali wobec Nowej Ery (wszak po niemiecku „nowoczesność“ to Neuzeit, mistyczny new age zapowiadający nastanie braterstwa wszystkich ludzi), pojawia się w nieprzejednanej niechęci Antoniego Dudka do Unii, dla którego – i w tym jest on reprezentantem całej polskiej prawicy – protestancka północna Europa pozostaje od wieków obszarem kulturowo obcym.

To samo starcie: najpierw w wieku XVI-ym, kiedy działa się reformacja; potem w wieku XVII-ym, kiedy odbyła się katolicka rekonkwista; i teraz, kiedy polski katolicyzm znów czuje się zagrożony przez obcą egalitarną myśl (jedyną zmianą na mapie jest pojawienie się bieguna republikańskiej Ameryki, którą polska prawica anektuje do swojego obozu, nie całkiem niesłusznie, zważywszy na zdziczenie tamtejszego protestantyzmu). Oda do radości Schillera nie przypadkiem stała się hymnem UE, bo w poetycki sposób przetwarza manifesty różókrzyża: „wszyscy ludzie będą braćmi, kiedy twój przemówi głos“. Tak samo nie przypadkiem muzykę do niej podłożył Beethoven, w którego operze pt. Fidelio przewija się tajemniczy motyw trąbki – dalekiego zewu wolności i braterstwa – będący jawną aluzją do trąbki, jaką dzierży w dłoni tytułowa Chwała z pierwszego znanego tekstu bractwa, Fama fraternitatis (z podtytułem: „odsłonięcie tajemnicy bractwa najszlachetniejszego porządku różokrzyża“). 

Na dźwięk tej trąbki dusza kontrreformacyjna zwija się ze wstrętu, jak diabeł od święconej wody, bo niesie on ze sobą wszystko to, co jej wydaje się największą herezją ery nowożytnej, a co historia Kościoła określa mianem pelagianizmu. Pelagiusz, dzielny brytyjski mnich z IV-ego wieku, jeszcze w okresie patrystycznym zarysował różnicę między chrześcijaństwem północnym a rzymskim katolicyzmem, wówczas reprezentowanym przez Augustyna. Pelagiusz został ekskomunikowany, ponieważ głosił doktrynę niezgodną z dogmatyką katolicką, której punktem głównym był sprzeciw wobec idei grzechu pierworodnego. Inspirując się teologią rabiniczną, z którą zetknął się w Palestynie, Pelagiusz głosił powszechną wolność od grzechu, którą katolicyzm rezerwuje wyłącznie dla Marii: wedle Pelagiusza wszyscy rodzimy się niepokalani i nie dziedziczymy odstępstwa pierwszych rodziców, które niczym tragiczne brzemię na zawsze obciąża „ludzkość, ród Kaina“. Ta optymistyczna doktryna odżyła w czasach reformacji i choć ani Luter ani Kalwin w końcu nie przyjęli jej oficjalnie, zachowała się w reformacyjnej ezoteryce, której najdoskonalszym wyrazem są właśnie manifesty różokrzyżowców. To inne, radośniejsze i pełne radykalnej nadziei chrześcijaństwo wierzy, że człowiek nie pochodzi od grzesznego i upadłego Adama, lecz od samego Adama Kadmona kabalistów, którego kosmiczne ciało leży u podstaw gmachu wszechświata – człowiek jest więc dumnym mikrokosmosem, stworzonym, by poznawać tajemnice natury i przetwarzać ją na własny obraz i podobieństwo. Wczesnonowożytny wysyp utopii – od Tomasza Moore‘a, przez Campanellę, po Nową Atlantydę Francisa Bacona – istotnie pokazuje, że ludzkość na moment poczuła się bezgrzeszna: zrzuciła z siebie ciężar tragicznej winy, która przyginała ją do ziemi, i oddała się optymizmowi projektu. I nawet jeśli ten optymizm nieco przygasł z upływem wieków, to dziś nadal żyjemy w świecie projektu, którego ostatnim dokonaniem jest kreacja ponadnarodowego kolektywu politycznego pod nazwą Unia Europejska. Pomysł na Europę zjednoczoną i wolną od nacjonalistycznej segregacji pochodzi bowiem także z rzeczonej Famy. Wieszczy ona nadejście „Europy brzemiennej, która porodzi piękne i silne dziecko,“ którego bractwo RC widzi się ojcem chrzestnym.

Koniec końców wszystko więc sprowadza się do Pelagiusza i jego konfrontacji z Augustynem – i to jest główna teza moich paschalnych rekolekcji.

Sobór trydencki, w całości poświęcony odcinaniu katolicyzmu od nauczań teologów reformacyjnych, nie przypadkiem zajął się w pierwszym rzędzie potwierdzeniem doktryny Augustyna, która unieruchamia ludzkość w potrzasku i marazmie grzechu pierworodnego. Ten trydencki klimat towarzyszy katolicyzmowi po dziś dzień; „płodne łono Bestii“ (a Bestią protestanci nazywali Watykan) wciąż wyrzuca z siebie kolejne kontrmanifesty, przypominające człowiekowi, że z prochu pochodzi i w proch się obróci, a wszystko, co w tym życiu zaprojektuje i stworzy, to jedynie marność i cywilizacja śmierci. To nie jest walka jednego projektu z innym kontrprojektem, lecz walka pelagianizmu, który wierzy w możliwość projektu, z augustynizmem, który w żaden projekt z istoty swojej nie wierzy. Katolicyzm trydencki nie ma nam bowiem do zaoferowania nic oprócz obietnicy złożonej w tym właśnie duchu przez de Maistre’a: że nad nami zawsze będzie czuwał kat. Kat oraz Wielki Inkwizytor, którzy wspólnie zadbają o to, by wszelki podejrzany agitator dobrej nowiny zgnił w więzieniu.

Pytanie na koniec, nieuchronne a ciekawe zarazem: czy polski katolik musi być tak wiernie, aż do bólu, trydencki? Niemal cała tradycja polskiego katolicyzmu istotnie zmierza w tę stronę – i stąd jego odruchowa niechęć do Unii jako wykwitu obcej umysłowości iluminatów i masonów, czyli wiekich architektów cywilizacji śmierci. Ale nawet ta formacja, wydawałoby się tak absolutnie okopana na pozycjach winy, grzechu i pokory, które narzuca swoim wiernym, jest tylko historyczna, a więc, wbrew pozorom, nie wieczna. Wielokrotnie już namawiałam Polaków, by odnowili swoje chrześcijaństwo w duchu neoreformacyjnym (to, moim zdaniem, lepsza opcja niż prosty sekularyzm), więc powtórzę to jeszcze raz: odważcie się na odrobinę pelgiańskiej herezji i zróbcie sobie w końcu reformację! 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Bielik-Robson
Agata Bielik-Robson
Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).
Zamknij