Felieton

„Pieprzyć Unię?”

Zbiorowa trauma insurekcyjna ogarnia Polaków po raz kolejny, ponieważ bliskość Ukrainy pozwala im przeżywać ich wszystkie własne nieudane powstania.

Z całego serca kibicuję Ukrainie, by przyłączyła się do Unii – zgodnie z tym, czego, jak się zdaje, chce większość protestujących na Majdanie. Piszę – jak się zdaje – bo w istocie nie mam pewności, czy wszyscy tam tej Unii chcą. Nie mówię tu o samych Ukraińcach i ich wielorakich, nie zawsze dla mnie jasnych motywacjach, ale raczej o Polakach, którzy albo na Majdanie tkwią, albo go wizytowali, by zagrzewać do boju ukraińskich braci. Z pozoru wgląda to tak, że wspierają oni prounijne dążenia Ukrainy, w istocie jednak – bo istota zawsze jest inna od pozoru – wykorzystują napiętą ukraińską sytuację do tego, by po raz kolejny dać upust swojej niechęci do Unii. Nie inaczej ma się sprawa z polskimi mediami, które relacjonują wydarzenia na Ukrainie w taki sposób, by niemal zawsze dopuścić do głosu komentarze krytyczne wobec „bierności Zachodu”. Tysiące emocjonalnych wpisów na fejsie wspierają te kampanię, wymyślając Merkel i brukselskiej biurokracji od tchórzliwych kunktatorów, którzy liczą srebrniki w swych brudnych interesikach z Putinem, oddając mu w pacht dzielną Ukrainę.

 

Ostatnio pisałam o polskim patriotycznym układzie domyślnym, który uruchamia się zawsze w sytuacji insurekcyjnej. Gdziekolwiek w bloku wschodnim, od Gruzji po Ukrainę, ludność wychodzi na ulicę i zaczynają się strzelać, Polacy dokonują nagłego resetu: wymazują wszystkie późniejsze programy, które miały ich przyuczyć do życia w znoromalizowanej demoliberalnej rzeczywistości „zwykłych zjadaczy chleba”, i z niejaką ulgą wycofują się na z góry upatrzone pozycje bojowe. „Bić się czy nie bić?” – ależ to chyba jasne: bić się! Żadnego hamletyzowania, które wówczas oznacza tylko zdradzieckie wątpliwości. Tak samo i dziś: zbiorowa trauma insurekcyjna ogarnia Polaków po raz kolejny, ponieważ bliskość Ukrainy pozwala im przeżywać ich wszystkie własne nieudane powstania. A każdy, kto wychyli się z nieco chłodniejszym sceptycyzmem (jak Leszek Miller), natychmiast zostaje obwołany zdrajcą. I gdyby się tak zastanowić głębiej, to w sumie nie jest jasne, czy ogarnięci bojowym entuzjazmem Polacy życzą Ukrainie zwycięstwa; być może, tak jak i sobie, w głębi ducha życzą im tylko „moralnej wygranej” – a wiadomo, co to oznacza w rzeczywistości.

 

Wraz z insurekcyjnym układem domyślnym odżywają też stare klisze zawiedzionych nadziei i resentymentów, zawsze tak samo antyzachodnich: „bierność Zachodu”, „kunktatorstwo Unii”, „obojętność świata” (świat się dowiedział, nic nie powiedział, Janek Wiśniewski padł). Ta mantra nie opuszcza nas od czasów Mickiewicza; kilka lat temu kolejnym Chrystusem narodów, cierpiącym od wyniosłej obojętności światowych mocarzy, była Gruzja – dziś padło na Ukrainę. W polskiej mentalności domyślnej trwa Wieczna Wiosna Ludów (coś w rodzaju Wiecznego Grunwaldu Szczepana Twardocha, gdzie jednak nasi nie zwyciężają), w której gorąca i szczera wola wolności staje naprzeciw nieszczerej i chłodnej kalkulacji interesów. Dzisiaj klisza ta całkowicie przysłania pozornie prounijny wymiar ukraińskich zajść: począwszy od wystąpienia młodych Majdańczyków, którzy wyrecytowali piękną pochwałę walecznych Polaków, jednocześnie oskarżając Unię o to, że nie udzieliła im żadnej pomocy, choć oni się tak do niej garną – po rozliczne głosy w polskich mediach, bynajmniej nie tylko prawicowych, które jednomyślnie utyskują na zbyt zachowawczą albo wręcz całkowicie bezradną politykę Unii. W rezultacie ten Zachód, tak z pozoru upragniony i ukochany, staje się znów łatwą ofiarą peryferyjnych emocji, odczuwanych przez tych, którzy sami nie czują się dość przez Zachód upragnieni i kochani. Tu Polacy i Ukraińcy sekretnie podają sobie ręce w dziwnym afektywnym rytuale: widzicie, nie kochają was – tak samo, jak nas nigdy nie kochali…

 

Trudno jest doradzać rozsądek ludziom w ogniu walki, ale byłoby niedobrze, gdyby ukraiński autentyczny zryw na rzecz akcesu do Unii nie wytrzymał tej próby i zamienił się w rozgoryczony resentyment – zwłaszcza że wbrew antyunijnej propagandzie (w istocie sprzyjającej Putinowi i Janukowyczowi; nie po raz pierwszy się to polskiej prawicy przydarza) zachowanie Unii nie jest wcale aż tak „haniebne”. Sęk w tym bowiem, że „Zachód” (ten mityczny wyższy byt) w ogóle nikogo nie kocha ani nie nienawidzi – tylko faktycznie kalkuluje, i całe szczęście, bo dzięki temu jest tym, czym jest: najbardziej zasobną i bezpieczną częścią świata (nawet jeśli kosztem eksploatacji reszty globu – ale w tę dyskusję nie chcę się dziś wdawać).

 

Unia też ma swoje obliczenia, których musi dokonać; między innymi musi się dowiedzieć, na ile prounijne dążenia Ukrainy są rzeczywiste, a na ile silny jest ukraiński nacjonalizm.

 

Z perspektywy polityków unijnych nacjonalizmy są dziś dla Unii największym niebezpieczeństwem, także wewnętrznym. Nic więc dziwnego, że Unia przygląda się Ukrainie ostrożnie, zaniepokojona ruchami, które sami przytomni Ukraińcy, jak choćby Oleksij Radinsky, nazywają wprost „rodzimym faszyzmem” (choć zdaję sobie sprawę, pisząc to, że Oleksij by się ze mną nie zgodził; przekonywałby raczej, jak to robi w swoim ostatnim felietonie, że wiadomości o udziale Prawego Sektora w ukraińskiej rewolucji są mocno przesadzone, a ponadto wygodne dla chcącej zachować bierność Europy). W brytyjskich mediach wiele jest sceptycznych komentarzy tego typu, wskazujących na analogie między nacjonalizmem ukraińskim i nacjonalizmami odradzającymi się w Europie, które wszystkie, bez wyjątku, mają antyunijny charakter. Pytanie o to, na ile deklarowana prounijność Majdanu skrywa rzeczywiste antyunijne postawy, jest więc całkowicie uprawnione.

 

To samo pytanie zadaję sobie, obserwując polskie reakcje. Kiedy kilka miesięcy temu, zaraz po tym, jak Ukraińcy zebrali się na Majdanie po raz pierwszy, część polskich publicystów prawicowych, jak dotąd raczej nieznanych ze swojego entuzjazmu dla Unii, zaczęła na znak poparcia podpisywać się na fejsie w ukraińskim alfabecie – byłam zupełnie zdezorientowana. Na początku myślałam, że to wcale nie ukraiński alfabet, tylko zwykła cyrylica, i że w ten sposób chłopcy udzielają poparcia Putinowi, który właśnie co ogłosił, że Rosja stanie się Trzecim Rzymem, czyli nowym konserwatywnym biegunem świata kultywującym tradycyjne wartości (tu entuzjazm dużej części naszej rodzimej konserwy był całkiem szczery: w końcu nikt tak pięknie nie popędził gejów i Femenu jak imperator Putin). To wcale nie żart: to właśnie wydawało mi się całkiem logiczne. Jednakże w Polsce człowiek myślący skazany jest na wieczne wyobcowanie. Polska prawica, z całym PIS-em i okolicami, istotnie wsparła Ukraińców w ich walce o przyłączenie się do Unii.

 

Teraz już jednak wiem, że był to tylko pretekst to tego, by całą tę rzekomą prounijność wykręcić na realną antyunijność. Hasło krewkiej Victorii Nuland z amerykańskiego Departamentu Stanu – „Pieprzyć Unię!” – stało się sloganem przewodnim całej tej prawicowej akcji poparcia, w której wyszły na jaw stare, nigdy nieprzepracowane, kolonialne zapędy Polski wobec Ukrainy.

 

Pieprzcie Unię – przyłączcie się do nas! My się wami zaopiekujemy, jak to już drzewiej bywało. Nie ufajcie Tuskowi i Sikorskiemu, bo to tylko „unijne pachołki” – zaufajcie nam, bo razem zwycięsko ruszymy na Rosję.

 

Dokładnie ten sam schemat uruchomił się kilka lat temu w przypadku Gruzji: wszak po dziś dzień legenda smoleńska niesie wieść o zamordowanym prezydencie, który – „pieprząc Unię”, a wraz z nią wszelkie racjonalne kalkulacje – zagroził potędze Rosji.

 

A tymczasem na Ukrainie trwają rozmowy dające nadzieję na zaprzestanie dalszej wojny domowej; rozmowy w dużej mierze zainicjowane przez polski rząd, któremu w międzyczasie dostało się, tak jak i Unii, za bierność, obojętność i ogólny brak zainteresowania.

 

 

Czytaj także:

Myrosław Marynowicz: Czego Ukraina może oczekiwać dziś od Zachodu?

Michał Sutowski, Ukraińcy nie wybaczą nam obojętności

Paweł Pieniążek, Majdan twardo się broni

Wasyl Czerepanyn, Europejczycy, zbuntujcie się razem z Ukrainą!

Do premiera Tuska: Protestujący na Ukrainie oczekują egzekwowania europejskiego prawa [list]

Zobacz także:

Fotorelacja Agaty Kubis: Kijów-Warszawa, wspólna sprawa

Kijów, dzień żałoby. Fotorelacja Pawła Pieniążka

 

Bio

Agata Bielik-Robson

| Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.