Felieton

Olimp w ogniu

Tak jak jeszcze przed chwilą miałam nadzieję, że wielkiej afery nie będzie i rząd mimo wszystko się utrzyma, tak teraz nie daję łajbie żadnych szans.

Z Anglii do kraju wracamy już za tydzień, ale tak jak zwykle cieszę się, że spłynę znów na ojczyzny łono, tak teraz zaczynam mieć wątpliwości. W ojczyźnie bowiem znów zapanowała nasza mała destabilizacja: najprawdopodobniej jakiś urażony były pracownik tajnych służb, które obecna ekipa rządząca pozbawiła chleba, postanowił się zemścić i wszystkich ponagrywał (jakoś nie sądzę, na razie przynajmniej, by mieszały się w to obce wojska, choć z Rosjanami nigdy nie wiadomo). No i mamy „zamach stanu”. Tusk w opałach, Sienkiewicz w jeszcze większych, a opozycja już się cieszy na obalenie rządu. Media publikują kolejne ankiety, z których wynika tylko jedno – że większość Polaków nie ma pojęcia, w co się pakuje, bo z jednej strony aż 48% życzy sobie, by rząd natychmiast podał się do dymisji, ale tylko 25%, czyli z grubsza połowa „oburzonych”, chce, żeby następnym premierem był Jarosław Kaczyński. Co natomiast chodzi po głowie pozostałym 23%? Zapewne niewiele: ot, taka odruchowa reakcja emocjonalna, gut reaction na szalejącą po kraju histerię. Media, jak to media, tylko podgrzewają atmosferę, bo – jak się zawsze tłumaczą – mają przecież obowiązek informować. Tymczasem poziom emocji ociera się już o lincz i tylko nieliczni, którzy realnie boją się powrotu PISu do władzy, bo wiedzą, że byłaby to dla Polski katastrofa, usiłują nieco gasić nastroje, przerażeni kolejnym nadchodzącym kataklizmem na miarę afery Rywina.

Ja się zdecydowanie pod tymi głosami podpisuję, bo tak jak nie przepadam za obecnym rządem Tuska, tak też nie widzę dla niego w tej chwili żadnej alternatywy. Każdy następny rząd będzie jeszcze bardziej wychylony na prawo, jeszcze bardziej arbitralny i decyzjonistyczny, jeszcze bardziej prokościelny, jeszcze dalej od Europy. Niestety, nic się w polskiej polityce nie zmieniło od roku 2010, kiedy w wyborach prezydenckich trzeba było – z zaciśniętymi zębami – zagłosować na Komorowskiego, żeby nie wygrał Kaczyński. Tkwimy nadal w tym samym ponurym układzie domyślnym i choć duża część polskiej nieprawicy jest już znużona tym szantażem (ja także), to zasada rzeczywistości okazuje się nieubłagana. Jeśli nie utrzyma się to mniejsze „zło konieczne” – czyli Tusk ze swoją „miękką” opcją konserwatywną – to wydarzy się zło naprawdę realne, po którego nadejściu z opozycji lewicowej i centro-lewicowej nie zostanie nic.

Jednocześnie jednak kiedy to piszę – dokładnie w tej chwili, gdy po odwaleniu kolejnej porcji egzaminów z teologii filozoficznej nalewam sobie lampkę wina i zasiadam z laptopem w ogródku, by rozkoszować się rzadkimi tu promieniami popołudniowego słońca, a zarazem zająć się niecierpiącymi zwłoki sprawami polskiego państwa – to oto państwo postanowiło najwyraźniej dokonać spektakularnego samobójstwa i wszystkim naocznie pokazać, że minister Sienkiewicz jednak miał rację, określając je słynnym już dictum: „ch…j, dupa, i kamieni kupa”. Z wnętrza domku dochodzi mnie potężne larum: Czarek podkręcił TVN24, które relacjonuje sceny z zajęcia redakcji „Wprost” przez „niezależną prokuraturę”. Przerywam więc pisanie felietonu i idę oglądać. I wszystko we mnie po prostu opada. Tak jak jeszcze przed chwilą miałam nadzieję, że wielkiej afery nie będzie i rząd mimo wszystko się utrzyma, tak teraz nie daję łajbie żadnych szans.

Wszyscy już znają te fakty, więc ich nie będę po raz kolejny sprawozdawać. Całą tę absurdalną akcję można tylko podsumować parafrazą z Talleyranda: to gorzej niż zbrodnia, to błąd.

Błąd katastrofalny w skutkach, bo jeśli Tusk miał jeszcze przedwczoraj jakąś część medialnego środowiska po swojej stronie, to dziś jest ono zjednoczone przeciw niemu w imię dziennikarskiej solidarności, obejmującej teraz w niewzwykłej koalicji i Gargias, i Olejnik, i Wrońskiego.

Gdyby nie to zajście w redakcji „Wprost”, wszystko jeszcze być może dałoby się odwrócić. W końcu inkryminowana rozmowa Sienkiewicza z Belką naprawdę nie zawiera nic aż tak bardzo szokującego: w Polsce już nawet dzieci nie wierzą, że mowa publiczna polityków pokrywa się z prywatną, która istotnie obfituje w poręczne „skróty myślowe”. I jak słusznie zauważył w TOK FM Jacek Żakowski, obaj panowie omawiają z zaangażowaniem sprawy państwowe i „nic nie chcą dla siebie” – co zważywszy na standard innych niesławnych nagrań, stanowi pewne interesujące novum. Pierwsze posunięcie Tuska było więc niegłupie: zignorować treść nagranych rozmów i skupić się na skandalicznym fakcie samego nagrywania, nielegalnego i zagrażającego suwerenności państwa. Ale już wykonanie planu, rozpoczęte od ataku na posłańca przynoszącego złe wiadomości, to zupełna katastrofa. Bo kiedy na zbiorową histerię władza odpowiada równie histerycznie, to znaczy, że żadna z niej władza; że jako elita rządząca nie ma już legitymacji do rządzenia, czyli, jak sama etymologia podpowiada, do „zaprowadzania porządku”. Jeśli daje się tak łatwo sprowokować do bijatyki, to równie dobrze mogłoby jej nie być.

Co niestety nie zmienia mojej wcześniejszej diagnozy: każda następna władza będzie tylko gorsza (dużo gorsza). Nie mam żadnej nadziei na bardziej pozytywny obrót spraw.

Czytaj także:

Edwin Bendyk, Cała władza w ręce prasy

Józef Pinior: Nowy rząd albo orbanizacja

Maciej Gdula, Tuskowi lekko nie będzie

Cezary Michalski, Wunderwaffe Tuska albo jego koniec

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Agata Bielik-Robson

| Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).