Agata Bielik-Robson

„Morfina”, albo psychoanaliza polskości

Kiedy redakcja Dziennika Opinii zwróciła się do współpracowników o wybór ulubionej książki roku 2012, moja pierwsza myśl padła na powieść Philipa K. Dicka, którą warto było uhonorować już choćby dlatego, że była ostatnią z tych jeszcze przez mnie nieprzeczytanych z niemal setki, jaką Dick wytworzył w ciągu swego długiego i pełnego paranoi życia. Wraz z lekturą Klanów z księżyca Alfy skończyła się dla mnie wieloletnia przygoda z Dickiem, tak długa jak właściwie cała moja mentalna biografia, kiedy to mój umysł przebudził się do zagadnień metafizycznych w wieku lat dwunastu za sprawą „żółtych kartek” magazynu „Problemy”. Clans of the Alphane Moon to część serii alfańskiej, w której opisane są losy pewnej oderwanej od reszty ludzkości kolonii, która niegdyś była „planetą psychiatryczną”, ale wskutek utraty kontaktu z cywilizacją usamodzielniła się i wytworzyła klanowy system polityczny oparty na klasyfikacji chorób psychicznych; mamy więc maniakalnych Mannsów, depresyjnych Depsów i wizjonerskich Skitzów, a wszyscy, tak jak ich stwórca Dick, cierpią na ostrą paranoję. I choć wydawałoby się, że w ten sposób ugruntowana polityczna norma musi zakończyć się katastrofą, system nie tylko trwa, ale jeszcze całkiem skutecznie odpiera ataki tak zwanych „normalsów”. Czyli – zupełnie tak jak w Polsce, gdzie odchył psychiatryczny od dawna stanowi normę, choć może nie tak koniec końców skuteczną, jak w wizji Dicka.

 

Potem jednak stwierdziłam, że skoro już Dick naprowadził mnie na to skojarzenie – polskiej polityki z postpsychiatrycznym syndromem alfańskich klanów – to powinnam raczej wybrać książkę, która robi to samo Polakom, co Dick uczynił Amerykanom. Chodzi o Morfinę Szczepana Twardocha. Autor ten zaczynał od sci-fi, pomieszanego z fikcją polityczną (tu zwłaszcza Wieczny Grunwald). Kiedy Dick „psychiatryzuje” znane sobie społeczeństwo, na dobre i na złe (na dobre o tyle, o ile sam jako dumny z siebie paranoik w pełni partycypuje w amerykańskiej psychozie) –Twardoch opisuje „polskość” jako przede wszystkich symptom psychiatryczny.

 

Akcja Morfiny toczy się w roku 1939 w zajętej przez Niemców Warszawie, gdzie klęska staje się katalizatorem ujawniającym wszystkie dewiacje, odchyły i szaleństwa, jakie współtworzą ów jedyny w swoim rodzaju syndrom zwany „polskością”. Bohater, Konstanty Willemann, o osobowości upłynnionej niczym tytułowa morfina, nieustanie oscylującej między figurami żeńskimi i męskimi, Polską a Niemcami, bezosobowym „się” i osobowym (choć rzadko) Ja, miota się w grząskiej, lepkiej, onirycznej rzeczywistości, która przypomina upiorne łono, z jakiego nie sposób wyjść i narodzić się naprawdę: łono-grób (womb-tomb), jak mawiał Samuel Beckett, podobnie jak Twardoch przerażony żeńsko-chtonicznym charakterem tej strasznej Wielkiej Matki, którą była dlań „irlandzkość”. Warto także przypomnieć, co o Irlandii mówił mistrz Becketta, James Joyce, porównując ją w Portrecie artysty z czasów młodości do „szalonej maciory, która pożera własne dzieci”. Tak sprawę „polskości“ widzi również Twardoch: synowie Polski nie mogą się narodzić, nie mogą w pełni zaistnieć i nabrać jakiejkolwiek tożsamości (Willemann do końca jest niczym, ani Niemcem, ani Polakiem, ani facetem, ani babą, ani Ja, ani nie-Ja). Na zawsze pozostają w łono-grobie tej na wpół rzeczywistej, na wpół fantastycznej macierzy zwanej „polskością”, która im zabrania upodmiotowienia.

 

Podczas więc gdy Dick wykrywa we wpółczesnej sobie Ameryce jeden podstawowy rys psychiatryczny: psychozę paranoidalną, czyli swojego rodzaju eksces podmiotowości – Twardoch polskie szaleństwo sprowadza do narcyzmu pierwotnego, a więc do jej patologicznego braku. Jest to bowiem stan całkowitej zależności od matki, który Freud umieszcza na samym początku rozwoju psychicznego, przestrzegając nas, że jeśli aspirujemy do jakkolwiek pojętego zdrowia umysłowego, musimy ten stan opuścić, bo tylko wtedy możemy w ogóle stać się czymś. Twardoch, także na poziomie stylu, znakomicie imituje udręki wiernych synów polskości, którzy utkwili w stadium pierwotnego narcyzmu – w tym zwłaszcza bolączkę nieistnienia.  „Jest tylko ciemna, czarna, pulsująca substancja ukryta pod cienką skórą tego świata”, do której Konstanty powraca w wieńczącej książkę scenie śmierci, choć właściwie nigdy nie żył, bo nigdy go nie było.

 

To upiorne wrażenie niebytu (czy, jak to kiedyś określił Robert Tekieli, nibytu) wzmaga sama fabuła, oparta na Matce nocy Kurta Vonneguta, opisującej fikcyjne losy nazistowskiego pisarza, który w swoim mniemaniu był amerykańskim agentem, tyle że w żaden sposób nie potrafi tego udowodnić, bo wszelki ślad po jego „kontakcie” zaginął. Konstanty, tak samo, zostaje zwerbowany na użytek podziemnej organizacji wywiadowczej, która nakłania go do tego, by wyrobił sobie niemiecki papiery, po czym, kiedy już Niemcem się staje i naraża się tym samym na hańbiący zarzut o zdradę, nie ma już nikogo, kto mógłby wykazać jego patriotyczną motywację. I tak jak w Matce nocy wszystko w końcu pochłania tytułowa noc, tak i tu wszystko w koncu grzęźnie w farsie nibytu.

 

I prawica, i lewica mają kłopot z tą w gruncie rzeczy apolityczną książką (a może raczej metapolityczną, bo schodzącą głębiej, ku analizie samych warunków egzystencjalnych, które – od biedy – można określić terminem Petera Sloterdijka jako „psychopolityczne”). Krytycy z prawa, choć wyczuwają fascynację, z jaką Twardoch opisuje polskość (sam mocno zakorzeniony w swojej alternatywnej śląskiej tożsamości), czują jednak, że w jego groteskowym realizmie coś jest nie halo i że książka ta nie jest przykładną „powieścią prawicową”, z której mógłby czerpać natchnienie polski patriotyzm. Z kolei Jakub Majmurek w swojej recenzji Morfiny zarzucił autorowi, że w jego obrazie polskości zabrakło „lewicowych dążeń do emancypacji”.

 

Ale o jakiej emancypacji może być mowa, jeśli nie dokonuje się ów pierwszy i podstawowy akt wyjścia: eksodus z matczynego łona? Bez tego wzorcowego wyzwolenia każdy język emancypacyjny skazany jest na pustkę i brak oparcia. Z książki Twardocha wyłania się jednak pewna lekcja, także dla lewej strony. Jeśli bowiem lewicy marzy się reforma polskości, to musi ona plnąć na wierzchnią skorupę politycznych dyskursów i zstąpić do egzystencjalnych głębi: do tej „ciemnej pulsującej substancji”, w której kłębią się niewyróżnicowane ludzkie nie-do-podmioty, z jakich dopiero należałoby uczynić odrębne jednostki. 

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Bielik-Robson
Agata Bielik-Robson
Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco