Felieton

Atawizmy i racje

Kiedy piętnaście lat temu pisałam do „Res Publiki Nowej” esej na temat mojego pokolenia pt. Straceni inaczej, nawet nie sądziłam, że ten żarcik zawiera w sobie tyle gorzkiej prawdy. Wtedy jeszcze wierzyliśmy w perspektywy generacyjne i wydawało się nam – ówczesnym trzydziestolatkom, już nie tak pięknym, ale wciąż jeszcze dziarskim – że, jak to się wyraził jeden ze szczególnie entuzjastycznych przedstawicieli tego pokolenia, mamy istne „diamenty w plecaku”, o których świat po prostu musi się dowiedzieć. Ja, troszkę bardziej sceptyczna, uważałam nas raczej za straconych, choć właśnie „inaczej”, bo już wtedy wydawało mi się, że z radykalnego antykomunizmu mojej generacji nie wyjdzie wiele dobrego, czyli że nie zamieni się on w żaden sensowny system racji, a jedynie przybierze postać politycznego atawizmu. Już wtedy sądziłam, że nasze antykomunistyczne pokolenie, przekonane o swej niewiadomo jak ważnej „roli dziejowej”, skończy na pozycjach równie wyautowanych ideowo jak np. tacy monarchiści albo lefebryści, czyli ultrakonserwatywne frakcje, o których nikt nie myśli na serio.

 

Wszystko się sprawdziło i to jeszcze z nawiązką. „Uogólniony antykomunizm” – termin stworzony niegdyś przez Piotra Semkę, który w ten sposób zapowiadał przejście od antyreżimowego odruchu kolankowego do słusznej teorii wszechrzeczy – okazał się zdecydowanie bardziej zbiorem atawizmów, czyli politycznym odpowiednikiem niepotrzebnych ogonów i wyrostków, niż sensownych, wpartych przepracowanych doświadczeniem racji, które dziś moglibyśmy przeciwstawić Idei Komunizmu, wciąż (niestety) żywej. Kiedy otwieram nowy magazyn, tworzony przez „uogólnionych antykomunistów” mojego pokolenia, pt. „W sieci”, natrafiam od razu na wywiad z mistrzem tej generacji, czyli Ryszardem Legutką, który mówi – a jest to zarazem tytuł tej rozmowy – że „demokracja liberalna ma wiele wspólnego z komunizmem”, co oznacza tylko jedno, że – słowami Goetheańskiego Mefista – „do wytępienia tylko się nadaje”. Jednocześnie jednak otwieram facebook, na którym moi młodsi znajomi o wyraziście lewicowych poglądach życzą sobie na święta „spełnienia marzeń o komunistycznej utopii”: All I want for Christmas is… communism, ten niewinny żarcik z wizerunkiem Mariah Carey krąży sobie w najlepsze po portalach, opatrzony setkami lajków. Ja oczywiście nie lajkuję, właściwie z trudem powstrzymuję się, żeby nie bluznąć i nie popsuć świątecznego humoru bojowej młodzieży. Z jednej strony Legutko ze swoimi atawistycznymi bzdurami, gdzie wszystko, co lokuje się na lewo od stanu natury to komuna – z drugiej radykalny „bunt młodych”, którzy dość już mają tych kombatanckich gadek i marzą o komunizmie choćy na zasadzie pokoleniowej prowokacji, a pośrodku ja z moim wysoce niekomfortowym antykomunizmem, który nigdy nie przekształcił się w przekonujący system racji. Zamiast bowiem strzelać adrenaliną, powinnam móc i jednym i drugim zaserwować traktacik – ten sam w istocie, o rozsądnej wyższości demoliberalizmu nad wszystkimi innymi, jeszcze bardziej wadliwymi formułami społecznymi, ale moją pierwszą reakcją jest afekt: oburzenie, wściekłość; zmięcie gazety i trzask zamykanego w gniewie komputera.

 

Takie są losy doświadczeń, które wydają się zbyt oczywiste. W latach 80., kiedy dorastałam mentalnie, obcowanie ze zgniłą formułą polskiego realnego socjalizmu było czymś tak obmierzłym, że nikt nie potrzebował żadnej teorii, żeby komunizmowi wykrzykiwać głośne i stanowcze NIE. I tak to już zostało: „uogólniony antykomunizm” nigdy nie stał się spójną koncepcją polityczną; od początku poroniony, dziś degeneruje się coraz bardziej, przybierając postać reaktywnych odruchów wobec wszystkiego, co przypomina społeczny projekt, a co „antykomuniści” uparcie piętnują jako wyraz totalitarnej kontroli, przypominającej im autorytaryzm komuny. W rezultacie wyłania się z tego ponury obraz społeczeństwa jako ekonomicznego stanu natury, który łagodzić może tylko jedna norma, norma religijna – ponieważ jest to jedyny rodzaj kontroli, na jaką „antykomunista” gotów jest przystać, odmówiwszy prawa do rządzenia świeckiemu państwu. Przesadna inwestycja w kościół, właściwa temu syndromowi, bierze się stąd, że zgodnie z jego logiką tylko religia – władza święta, powołująca się na sakralną sankcję – może powściągać ludzką „wojnę wszystkich przeciw wszystkim”, podczas gdy jakakolwiek próba narzucenia ograniczeń ze strony świeckich projektów równa się świętokradczej uzurpacji. W myśl tej antropologicznie bardzo pesymistycznej formuły, czysto ludzka „umowa społeczna” nie może nic zdziałać przeciw grzesznej tendencji do popadania w zło i przemoc. Człowieka nie może ograniczyć drugi człowiek – ani w formie umowy, ani w formie prawa – bo i jedno i drugie pozostają tylko konwencjami, a więc łatwymi do złamania fikcjami; jedyną realnością, która nakłada na człowieka normatywną uzdę, jest Bóg i jego boskie prawo, reprezentowane na ziemi przez Kościół.

 

Pierwszym myślicielem, który doszedł do takiego wniosku i wypowiedział go wprost (bo, rzecz jasna, wielu było takich wcześniej, jak choćby św. Tomasz, ale ten maskował jeszcze swoją kościelną teorię władzy sporą dozą hipokryzji), był Joseph de Maistre, autor niesławnej Pochwały kata, który w swej otwarcie redukcyjnej wizji religii i Kościoła katolickiego może spokojnie uchodzić za intelektualnego patrona pokolenia „uogólnionych antykomunistów” (w tym kontekście na redukcję de Maistre’a często powołuje się Cezary Michalski, który zna tę generację jeszcze lepiej ode mnie). De Maistre także w tym sensie nadaje się na duchowego patrona antykomunizmu, że jedynym doświadczeniem, która nadaje sens jego koncepcji, jest trauma rewolucji francuskiej: przeżycie rozpętanej przemocy, która wybuchła, kiedy, jak mówi de Maistre, „człowiek wziął sprawy w swoje ręce”, zapominając o wyższych sankcjach winy i kary. Akwinata, choć sam konserwatywny do imentu, uważał jeszcze (a przynajmniej tak mówił), że ziemskim wcieleniem boskiej władzy jest miłujący ludzkość kapłan; de Maistre natomiast obnażył samo sedno tych nie-ludzkich rządów, wskazując na ich właściwego reprezentanta, jakim jest Kat. To kat bowiem obdarzony jest najpotężniejszą sakrą, ponieważ ma świętą licence to kill. Podczas gdy kapłan nadzoruje, kat karze, tym samym nadając owej kapłańskiej superwizji rangę najwyższego autorytetu, pana życia i śmierci.

 

Gdyby poskrobać każdego polskiego „uogólnionego antykomunistę”, u spodu wylazłby de Maistre, prawdziwy mistrz „teologii politcznej”, która z religii uczynił odczarowane narzędzie społecznej kontroli (by użyć terminu Carla Schmitta, kolejnego ulubieńca tego obozu). A dlaczego piszę o tym w lewicowym dzienniku Krytyki Politycznej? Bo chciałabym, aby to następne pokolenie, które wkrótce (oby jak najszybciej) zastąpi nasze w polskiej sferze publicznej, zrozumiało, co tu jest tak naprawdę grane, czyli skąd bierze się tu tak silna deprecjacja polityki świeckiej, połączona z tak silną aprecjacją polityki religijnej, czyli, innymi słowy – „teologii politycznej”. Osoby nie znające meandrów „uogólnionego antykomunizmu” może dziwić, że jego wyznawcy z najwyższym sceptycyzmem śledzą każdy przejaw władzy świeckiej i państwowej (od unijnych regulacji brukselskich po każdą najmniejszą ustawę rządową), z absolutną zaś pokorą przyjmują każdy nakaz kapłański, który pozostaje poza dyskusją, na starej zasadzie Roma locuta, causa finita. Obyczaj liberalny zaklada, że krytyka powinna rozkładać się równo: każda instytucja władzy mniej lub bardziej formalnej powinna jej podlegać w tym samym stopniu. Tymczasem syndrom antykomunistyczny całkowicie zaburza tę równowagę. Po traumatycznym przeżyciu tej kulminacji społecznego projektu, jakim był komunizm, człowiek „antykomunistyczny” jest dogłębnie przekonany, że wszelkie zło pochodzi tylko od człowieka – wszelkie zaś dobro, jeśli w ogóle, pochodzi tylko od Boga. Jeśli w apogeum wielkiego projektowania Maksym Gorki mógł powiedzieć: „człowiek, to brzmi dumnie” – to w czasie kaca, jaki nastąpił po klęsce, człowiek „antykomunistyczny” już tylko szuka schronienia w fałdach habitu Wielkiego Inkwizytora.

 

Taką lekcję odebrała po komunizmie polska wspólnota; nie lekcję proliberalną, która otwarłaby ją na akceptację demokratycznej umowy społecznej (bo ta tylko od człowieka pochodzi), lecz lekcję z de Maistre’a, która spod ludzkiej krytyki wyjęła tylko jedną instytucję – Kościół. O komunizmie młodzież więc może tu sobie jedynie pomarzyć, jak o podarku od świętego Mikołaja. Zanim bowiem Polacy nauczą się choć trochę znów wierzyć w socjalizm lub tylko socjaldemokrację (czego im życzę), muszą zacząć wierzyć w samodzielne dzieła ludzkie, niewspomagane na każdym kroku przez prawodawczą transcendencję. A do tego jeszcze droga bardzo daleka.


***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Agata Bielik-Robson

| Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).