🇺🇸 Rosja chce wykorzystać polityczne osłabienie Trumpa, by skłonić USA do ustępstw w sprawie Ukrainy – mówi ekspertka, tłumacząc propozycję spotkania liderów USA, Chin i Rosji w chińskim Shenzen.
🌍 Hasło „nowej Jałty” jest przede wszystkim rosyjskim narzędziem propagandowym, które ma przedstawiać Putina jako równorzędnego uczestnika światowego koncertu mocarstw.
🇵🇱 Kreml chciałby uzyskać prawo do współdecydowania o Europie Środkowej, przekształcając państwa regionu w formalnych członków NATO i UE, ale faktycznie ograniczonych w suwerenności i zależnych od rosyjskich interesów.
🇨🇳 Chiny nie są zainteresowane szybkim zakończeniem wojny, ponieważ konflikt wyczerpuje zasoby USA i Europy, a jednocześnie pogłębia gospodarcze uzależnienie Rosji od Pekinu.
Michał Sutowski: Dlaczego propozycja spotkania liderów USA, Chin i Rosji w chińskim Shenzen pojawia się właśnie teraz, czyli wczesną jesienią 2026? Czy skojarzenia z „drugą Jałtą” to jest rosyjski spin, jak twierdzą niektórzy eksperci?
Agnieszka Bryc: Z punktu widzenia Rosji mamy czas przesilenia, zbiega się tu kilka kwestii. Po pierwsze, Putin jest po wyborach do Dumy, więc ma nieco większe pole manewru w sprawach krajowych. Równolegle, po drugie, spiętrzają mu się i komplikują sprawy gospodarcze. Rosja bardzo silnie odczuwa skutki sankcji i chce doprowadzić do odwrócenia trendu dociskania śruby – UE przyjęła ostatnio już ich 22. turę. W Rosjanach narasta frustracja z powodu sytuacji, którą generuje wojna. Zakładam, że Putin boi się dojścia przez obywateli do przekonania, że wraca smuta podobna do Jelcynowskich, lichych lat 90., co mogłoby zagrozić stabilności reżimu.
Dlatego dąży do jakiegoś przełomu?
A przynajmniej do jakiejś pieriedyszki, bo nie ma już narzędzi jakiejś bezpiecznej, komfortowej ingerencji w gospodarkę: rząd może co najwyżej podwyższyć podatki i ciąć wydatki, a to przecież wzmoże niezadowolenie. A żeby stłumić takie niezadowolenie, trzeba by albo eskalować konflikt i skupić ludzi wokół flagi, albo zastosować bardziej masowe represje. Na co jeszcze może przyjść czas, ale teraz Putin widzi okno możliwości do uzyskania czegoś od Amerykanów i to okno potrwa mniej więcej od wyborów połówkowych do prezydenckiej kampanii wyborczej w 2028 roku.
Bo USA są uwikłane w wojnę w Iranie?
Wszystko naraz. Przede wszystkim, notowania prezydenta spadają do poziomu krytycznego – jeśli zejdą poniżej historycznego progu 30 procent, to ośmieli nie tylko opozycję, ale i konkurentów w jego własnej partii, bo po prostu Trump zrobi się toksyczny, republikanie zaczną się od niego wyraźnie dystansować.
„Nie znam człowieka”, mówiąc kardynałem Dziwiszem.
Iran to kolejny kamyczek do rosnącego stosu – po niewygranej wojnie handlowej z Chinami i skłócaniu się z kolejnymi sojusznikami, jak nie Kanadą i Danią, to z Wielką Brytanią. Trump, programowo niesłuchający ekspertów, wmanewrował się w wojnę, której nie da się, o ile w ogóle, szybko i spektakularnie wygrać, natomiast koszty jej trwania, choćby poprzez ceny paliw, odczuwają amerykańscy wyborcy. Także ci, którym stosunki z zagranicą na co dzień są obojętne.
A dlaczego to okno możliwości trwa tylko do wyborów?
Bo nie wiadomo, co będzie potem. Czy J.D. Vance, który byłby bardziej konsekwentnym izolacjonistą, nie takim „włącz-wyłącz”, jak Trump – co byłoby z wielką korzyścią dla Rosji? Czy może jakiś bardziej klasyczny republikanin, a może wręcz demokrata, który zechce ułożyć relacje z Europą partnersko? Dlatego z perspektywy Rosji trzeba maksymalnie wykorzystać czas do następnych wyborów. Skoro się nie udaje na froncie osiągać celów środkami militarnymi, to alternatywą są środki dyplomatyczne, w tym uruchomienie nieformalnych kanałów komunikacji i całego szeregu marchewek, którymi kusimy Donalda Trumpa i jego otoczenie.
Nie USA po prostu?
Rosjanie bardzo trafnie czytają Trumpa, więc kuszą go interesem prywatnym, a nie narodowym, „racją stanu” czy jakimiś układankami geopolitycznymi. Krótko mówiąc, próbują skorumpować jego administrację po to, by naciskając na Ukrainę, doprowadził do jej faktycznej kapitulacji. A jeżeli nie kapitulacji, to przynajmniej pauzy: zawieszenia broni lub zamrożenia konfliktu na takich warunkach, by Rosjanie mogli odbudować potencjał gospodarczy, usamodzielnić się lub wybić na większą autonomię w relacjach z Chinami i na tyle się wzmocni, by móc kontynuować działania zbrojne.
A czy pomysł konferencji „wielkiej trójki” to zabieg PR-owy? Czy możliwe jest rozstrzygnięcie sytuacji w Ukrainie w gronie tych trzech mocarstw?
To jest suflowanie nam języka przez dyplomację kremlowską, trochę jak z pojęciem „kolektywnego Zachodu”. Hasło „nowej Jałty”, do którego Putin powraca nie pierwszy raz, służy kilku celom.
Wizerunkowo rzecz biorąc, takie spotkanie byłoby dowodem – przynajmniej na użytek własnych obywateli – że Putin jest częścią wielkiego koncertu mocarstw, a Rosja jest szanowana. Wprawdzie nie odnosi sukcesów na froncie, ale za to kształtuje świat jako jedna z trzech światowych superpotęg.
Z kolei na użytek zewnętrzny to sygnał, że czas już ustalić nowe reguły gry, nową architekturę bezpieczeństwa. Bo przecież konferencja z 1945 roku, która nam kojarzy się z wrzuceniem Polski do sowieckiej strefy wpływów, dla różnych „rozumiejących Putina” była podstawą udanej stabilizacji systemu światowego. On dlatego podkreśla, że znów potrzebny jest układ, w którym możni, względnie oligarchia tego świata, poukłada ten świat na nowo i uchroni go przez III wojną światową.
I przy okazji rozgraniczy strefy wpływów?
Tak, przy czym możemy założyć, że „wewnętrzna” strefa wpływów Rosji to byłby obszar poradziecki, a ta „zewnętrzna”, jako przedmiot targu, to Europa Środkowa. Czyli my, którzy weszliśmy do NATO po roku 1997.
Tyle że Rosja nie jest równa pozostałym partnerom.
Jasne, ani Chinom, ani USA, ale obraz porozumienia trzech, choćby nierównorzędnych, strategicznych partnerów, którzy decydują za wszystkich pozostałych – to już byłoby spełnienie marzeń. Dlatego to Putin zaproponował spotkanie w Shenzen. Mówił o tym już na początku września, ale nikt nie zareagował, ani Chińczycy, ani Amerykanie. Później próbowali to wrzucić dyplomaci rosyjscy i też nie zagrało. I dopiero teraz, tuż przed uzgodnieniem szczegółów szczytu APEC w Chinach, Rosjanie wprost zaproponowali, że może by na jego marginesie porozmawiać o trójstronnym porozumieniu o Ukrainie bez Ukrainy i o Europie bez Europy.
I co na to pozostałe boki trójkąta?
Jak już się zrobił duży szum medialny, zareagowali Chińczycy: spotkanie wchodzi w grę. Potem Trump, że w sumie dlaczego nie. Ale raz, że może wyjść z tego wielkie nic, a dwa, że nawet jak coś ustalą, to trzeba to będzie wyegzekwować. Europa nie będzie zainteresowana wdrażaniem porozumienia, które zawarto bez jej udziału.
Istotą tej prawdziwej Jałty było porozumienie mocarstw, które wygrywały wspólną wojnę i kontrolowały, choć w różnym stopniu, sytuację. W obszarze swoich zainteresowań Związek Radziecki kontrolował ją niemal całkowicie, bo Armia Czerwona w lutym 1945 zbliżała się do Odry. Współczesna trójka nie miałaby środków nacisku?
Gdyby Chiny zechciały zatrzymać tę wojnę, to mogłyby szybko powstrzymać Rosję przed dalszą agresją, za sprawą wpływu na finanse, całą gospodarkę Rosji i jeszcze technologie wykorzystywane na polu walki.
Ale nie chcą.
Bo w interesie Chin jest wiązanie Zachodu, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych jako głównego oponenta, konfliktem na wschodzie Europy. To świetna okazja do wyczerpywania sił i zasobów przeciwnika, nawet jeśli po objęciu urzędu Trump wycofał się z finansowego wsparcia dla Ukrainy, a broń i sprzęt wojskowy dostarcza jej odpłatnie na koszt Europy, bardziej więc wyczerpuje go wojna w Zatoce Perskiej.
Tak czy inaczej, Chiny pieką dziś dwie pieczenie na jednym ogniu: Putin poprzez własną głupotę strategiczną wepchnął Rosję w głębokie uzależnienie i przekształcił swój kraj w taki duży Hezbollah, czyli narzędzie proxy większego mocarstwa do wiązania wrogów konfliktem. W efekcie wojna w Ukrainie wiąże i głównego oponenta, i głównego klienta Pekinu. Oponent traci zasoby i uwagę, a klient – a tak naprawdę przecież konkurent geopolityczny – kanibalizuje własną potęgę.
Tylko jeśli Chiny chcą, by Europa i USA uwikłały się w konflikt w Ukrainie jak najdłużej, to już Rosja chciałaby, żeby Stany Zjednoczone się z niego… wywikłały.
Interes długofalowy Rosji i Chin nie jest tu spójny: Pekinowi zależy, by utrzymywać Rosję na powierzchni. Ma być na tyle silna, by trwała w wojnie i pogrążała się w zależności od sąsiada, ale na tyle słaba, żeby jej spektakularnie nie wygrała i nie nabrała zbytniej asertywności. Obecna Rosja jest znakomitą stacją paliw, dostarczycielem żywności i surowców dla przemysłu drzewnego, a o asymetrii sił doskonale świadczy choćby stan negocjacji w sprawie gazociągu Siła Syberii 2, które są w impasie – bo Chiny żądają od Rosji cen podobnych do tych na rynek krajowy.
Czyli za pół darmo. A po co do tego Shenzen miałby jechać Donald Trump?
Trump nie myśli w kategoriach „nowej Jałty”, bo jego nie interesuje strategia państwa, tylko geszeft, inaczej mówiąc: doraźna kapitalizacja układu biznesowego. Jak się myśli w krótkim horyzoncie, to można rozmawiać z każdym, dlaczego więc nie porozmawiać o zatrzymaniu tej wojny tu i teraz, w Shenzen.
A na czym ten układ biznesowy by polegał?
Rosjanie zaoferowali wielomiliardowy deal, z którego mogliby czerpać korzyści przyjaciele Trumpa, rodzina Trumpa i wielcy donatorzy kampanii wyborczej Trumpa. Ma on dwa filary. Pierwszy to możliwość przejęcia spółki Nord Stream 2 AG. Zainteresowany jest biznesmen amerykański Stephen P. Lynch, który przez ponad 20 lat robił w Rosji biznesy właśnie na takich „zagrożonych”, a więc i przecenionych aktywach, jak np. szwajcarski oddział Sbierbanku. Teraz on i jego firma lobbingowa próbują sprzedawać historię o rurociągu w stylu Merkel: tu nie ma żadnej geopolityki, czysty biznes, Amerykanie będą zarządzać, Europa dostanie znów tani gaz, trzeba handlować a nie wojować, itp.
Rozumiem, że dzisiaj ta rura mogłaby faktycznie pójść za grosze…
Oczywiście, za to po zniesieniu sankcji jej wartość radykalnie by wzrosła. Drugą marchewką jest odsprzedaż Amerykanom, m. in. Exxonowi, Toddowi Boehly’emu, synowi Stephena Witkoffa – ale też przyjaciołom Jareda Kushnera i Ivanki Trump z saudyjskich i katarskich funduszy kapitałowych – ponad 90 procent zagranicznych aktywów Łukoila. A ich wartość, tzn. pól naftowych w środkowej Afryce, kilku rafinerii na Bałkanach i sieci stacji benzynowych w USA szacowana jest na ponad 20 mld dolarów. Amerykanie dostaliby je zapewne taniej, tylko że biznes ma sens, jeśli usunięte zostaną bariery formalno-prawne…
Czyli zniesie się sankcje?
Tak, przy czym Trump nie może tego zrobić ot tak, potrzebuje podkładki, czyli np. zawieszenia broni lub jakiegoś porozumienia, które pozwoliłoby mu pokazać, że właśnie zakończył wieloletnią wojnę. Dlatego na spotkanie trójki w Shenzen – lub gdziekolwiek indziej, gdyby się odbyło – nie pcha go żadna wielka polityka czy idea porządku międzynarodowego, tylko szansa na dużą transakcję.
Ale gdyby taki układ, czysto hipotetycznie, się udał – to już z chińskiego punktu widzenia niekoniecznie dobrze. Skoro Amerykanie mają być uwikłanie w konflikt z Rosją w Europie, to chyba Pekin wolałby, żeby się z Putinem nie dogadali i nie uwalniali swych sił i zasobów, żeby je przenieść na Pacyfik…
Nawet oszołomiony biznesowym sukcesem Trump nie musi być skłonny, według mnie, żeby zaraz dawać Rosjanom wszystko, czego tylko zażądają w Europie – to byłby przedmiot dalszej gry i negocjacji. Inaczej mówiąc, Rosjanie musieliby się jeszcze bardziej postarać. USA mogą oczywiście wycofać dużą część wojska z Niemiec, dalej ciąć koszty i zwalniać personel, ale to jeszcze nie oznacza likwidacji baz, które mają przecież charakter strategiczny. I nie chodzi tylko o Rammstein, ale także nasze Redzikowo, które służy przecież do obrony przeciwrakietowej Stanów Zjednoczonych przed atakami balistycznymi z kierunku Bliskiego Wschodu.
A co z postulatem, który pojawia się raz po raz w debacie – że długofalowo Rosjanie by chcieli, żeby NATO to wróciło do stanu, formalnie lub realnie, jak sprzed 1997 roku, czyli bez infrastruktury Sojuszu na wschód od Łaby? Skoro Amerykanie Redzikowa nie będą chcieli oddać, to jest sprzeczne z ich oczekiwaniami…
Pamiętajmy, że Putin myśli w kategoriach historycznej Rosji, czyli Rosji ze strefą buforową w Europie Środkowej. Realia są jednak takie, że Rosja nie jest w stanie przekształcić naszego regionu w blok z czasów zimnej wojny, innymi słowy – zamienić np. Polski w nowy PRL. Dlatego gra toczy się o to, by przekształcić Europę Środkową w pas, nawet nie ziemi niczyjej, tylko pas krajów formalnie natowskich i unijnych, ale zawsze drugiej kategorii.
To znaczy?
Wyizolowanych, wyautowanych, na papierze będących członkami tych instytucji, ale zmuszonych zawsze liczyć się z tzw. wrażliwością interesu rosyjskiego. Takie wydaje mi się obecne marzenie Putina i tego rodzaju maksymalistyczne żądania są artykułowane wobec Amerykanów. Z oczekiwaniem, by to oni przymusili Europejczyków do pogodzenia się z sytuacją – w tym do zaprzestania pomocy Ukrainie, skoro same ograniczenia w dostępie do starlinków i starshieldów nie wystarczają, by wymusić na niej kapitulację.
I, jak rozumiem, powołać jakiś uległy wobec Moskwy rząd, ewentualnie uczynić z Ukrainy państwo upadłe i w pełni kontrolowane. To byłby pierwszy krok?
Tak, a drugim byłaby ta strefa buforowa w Polsce i krajach bałtyckich przypominająca kondominium, na podobnej zasadzie, jak np. po 2001 w Azji Centralnej. Amerykanie potrzebowali wtedy pomocy rosyjskiej, by prowadzić operację w Afganistanie, więc w Uzbekistanie i Kirgistanie pozwolono im wynająć bazy poradzieckie do celów tankowania samolotów i okresowego stacjonowania żołnierzy. Tutaj byłoby podobnie: biznes owszem, baza być może też, ale nie byłoby ćwiczeń natowskich ani stacjonowania żołnierzy z innych krajów NATO. Tak rozumiem cele Putina: żeby Europa, zwłaszcza Środkowa, została takim porzuconym partnerem USA.
Skoro jako Polska nie mamy wpływu na to, co pomyśli i zrobi Putin, a tym bardziej – co zrobią Chińczycy, to na kogo i na co w ogóle mamy wpływ? Co możemy robić? Względnie, poprzez kogo?
Możemy przeczekać. Po wyborach połówkowych Trump zapewne będzie kulawą kaczką, choć jeszcze nie wiemy, czy na jedną, czy obie nogi. Z pewnością nie będzie tak samodzielny, jak przez pierwsze dwa lata, choć zapewne będzie przez to tym bardziej chciał się wybić w polityce zagranicznej. I przy okazji dopiąć jakiś duży deal. To znaczy biznes, który ustawiłby na pokolenia dynastię Trumpów, a może i przy okazji pomógł wizerunkowo Partii Republikańskiej.
W Iranie „wielkiego, wspaniałego” dealu raczej nie będzie.
Zapowiada się, że Iranu łatwo nie da się złamać, stąd naturalnym kierunkiem jest Ukraina, jako wciąż zależna od USA – poprzez Starshield opłacany przez Waszyngton, do obsługi nawigacyjnej sprzętu ZSU oraz poprzez dane wywiadowcze. Według mnie Kijów samym Amerykanom nie da się złamać, dlatego Trump będzie próbował naciskać na Europejczyków, by zaczęli odkręcać sankcje na Rosję, pozwolili uruchomić bałtycki gazociąg. A żeby to osiągnąć, będzie stosować metody zbliżone do rosyjskich: rozbijać spójność wewnętrzną Europy.
Jak?
Przez wspieranie opcji prorosyjskich i różnych tzw. partii pokoju; będzie pokazywał lobby przemysłowemu, że powrót do interesów z Rosją to świetny pomysł. I będzie wywierał presję na kraje, które są skrajnie uzależnione od USA w sferze bezpieczeństwa, takie jak Polska, którym tak bardzo zależy np. na zbudowaniu stałej bazy. Żebyśmy zamknęli usta i odwrócili wzrok, choćby milcząco przyzwalając na reset z Rosją.
To się może udać?
To jest pytanie, czy słabszy niż dotąd Trump może nagiąć Europejczyków, którzy jednak odrabiają pracę domową. Nie tylko się obiektywnie zbroimy – kraje wschodniej flanki, Skandynawowie, również Niemcy – ale przepracowujemy kwestię samodzielnego myślenia o bezpieczeństwie. Ja to widzę nawet w Polsce: atmosfera w kręgach eksperckich jest zupełnie inna niż kilka lat temu. Dyskusje o tym, czy baza amerykańska to wystarczająca gwarancja bezpieczeństwa nie są już tematem tabu.
**
Agnieszka Bryc – specjalistka zajmująca się polityką zagraniczną Rosji oraz bezpieczeństwem na Bliskim Wschodzie, adiunkt w Katedrze Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, przewodnicząca Rady Ośrodka Studiów Wschodnich, współpracująca z Kolegium Europy Wschodniej.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!