Większość października i listopada spędzam w tym roku poza swoim amerykańskim domem. Tegoroczne wybory obserwowałam z Genewy, gdzie uczestniczyłam w spotkaniu poświęconym tematowi, którym zajmuję się od lat, czyli międzynarodowej polityce narkotykowej. Ponieważ nigdy nie korzystam z głosowania korespondencyjnego i zawsze stawiam się osobiście, moja nieobecność w Stanach wyjątkowo mnie uwierała. Tym bardziej że było dla mnie jasne, że to ważne wybory – koszmar, jaki przez ostatnie dwa lata zgotowali nam Donald Trump i republikanie, jest bezprecedensowy.
Planowałam położyć się spać najpóźniej po ogłoszeniu przez CNN pierwszych wyników ze Wschodniego Wybrzeża. Wprawiły mnie w taki stan radości, że jeszcze o ósmej rano siedziałam przed telewizorem z wypiekami na twarzy, śledząc kolejne rezultaty. Zwycięstwo demokratów w obu Karolinach to niesłychany sukces! Po nieprzespanej nocy stawiłam się na drugim dniu konferencji z ogromnym uśmiechem na ustach.
Wchodząc na salę nie mogłam uwierzyć, że panuje tam cisza i że dzień zaczynamy zgodnie z planem, czyli wystąpieniem byłej prezydentki Szwajcarii Ruth Dreifuss. Jest ona znakomitą mówczynią, ale zdziwiło mnie, że nie wspomniała o amerykańskich wyborach.
Spotkanie, zgodnie z agendą, toczyło się dalej, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy moja nieprzespana noc przypadkiem mi się nie przyśniła. Przecież demokraci zdobyli obie izby Kongresu, a wyniki okazały się lepsze nawet od najśmielszych oczekiwań. Kilka dni wcześniej słuchałam podkastu Ezry Kleina w „New York Timesie”. Spełnił się omawiany w nim wariant czwarty, ten uznawany za najmniej prawdopodobny.
Moja ekscytacja musiała poczekać do przerwy, w trakcie której wiele osób cieszyło się razem ze mną i dopytywało o szczegóły. A mnie trudno było wyrazić, jak bardzo ważne są dla mnie te wyniki. Podobnie radość, ulga i wzruszenie towarzyszyły mi po zwycięstwie Baracka Obamy. Bo nie chodzi tu tylko o wygraną demokratów czy republikanów. To sejsmiczna zmiana obyczajowa.
To nie jest zwykłe zwycięstwo demokratów
Wtorkowy wynik można byłoby opisać jako przegraną republikanów tylko w czasach normalnych sporów politycznych i zwyczajnych podziałów ideologicznych. Ostatnie dwa lata nie miały jednak nic wspólnego z normalnością. To nie jest zwykłe zwycięstwo jednej partii nad drugą. To przede wszystkim zwycięstwo człowieczeństwa nad ślepym okrucieństwem. To zwycięstwo wizji państwa troszczącego się o swoich obywateli nad wizją państwa traktującego władzę jako narzędzie dominacji. To zwycięstwo przekonania, że rolą państwa jest służba obywatelom, a nie oczekiwanie, że obywatele i mechanizmy zarządzania będą służyć kilkunastu osobom na szczycie.
Nowe twarze amerykańskiej polityki
Aby wiedzieć, ilu demokratycznych senatorów będzie w Waszyngtonie w styczniu, czekamy jeszcze na wyniki z Alaski i Missisipi. Ale nie liczby są tu najistotniejsze. Nie pokazują one twarzy Keishy Lance Bottoms z Georgii, pierwszej czarnej kobiety wybranej na stanowisko gubernatorki w historii Stanów Zjednoczonych. Nie pokazują pierwszej rdzennej Amerykanki wybranej na stanowisko gubernatorki stanu Nowy Meksyk, Deb Haaland. Nie pokazują pierwszego muzułmańskiego senatora z Michigan, Abdula El-Sayeda, utalentowanego lekarza i znakomitego mówcy, którego religią kilka dni wcześniej Trump i Vance straszyli wyborców. Nie pokazują też twarzy Jasmine Clark, czarnej kobiety z doktoratem wybranej do Kongresu. Nie pokazują twarzy Josha Tureka, który, poruszając się na wózku inwalidzkim, przez wiele tygodni pukał do drzwi wyborców, opowiadając o swojej historii i chorobie, którą wiąże z narażeniem jego ojca na działanie Agent Orange podczas wojny w Wietnamie.
Liczby nie pokazują odwagi i determinacji. Nie pokazują przełamanych barier.
W styczniu 2027 roku J.D. Vance będzie zaprzysięgał nowych senatorów, wśród których znajdą się przedstawiciele grup dotąd niemal nieobecnych w amerykańskim Senacie. Mandaty obejmą osoby o doświadczeniach, pochodzeniu i życiowych historiach, które jeszcze niedawno były w amerykańskiej polityce niemal niewidoczne.
A prawdziwą wisienką na torcie jest zwycięstwo Giny Hinojosy, pierwszej latynoskiej gubernatorki Teksasu. W stanie, w którym jej społeczność przez ostatnie dwa lata doświadczała niesłychanych upokorzeń – dzieci wyrywanych z ramion rodziców zakuwanych w kajdanki przez zamaskowanych funkcjonariuszy ICE, starszych kobiet popychanych i aresztowanych przez imigracyjnych osiłków – ten wynik ma wymiar znacznie większy niż tylko polityczny. Wielu latynoskich wyborców, którzy dwa lata temu dali się uwieść obietnicom Trumpa, tym razem poparło jego przeciwników.
Teksas będzie również reprezentowany w Senacie przez Jamesa Talarico, który przez całą kampanię mówił o chrześcijańskiej miłości, szacunku do drugiego człowieka, solidarności i wzajemnym wspieraniu się bez względu na pochodzenie, orientację seksualną czy kolor skóry – przesłanie odważne w czasach, gdy polityczną normą stało się podsycanie strachu.
W Minneapolis setki naklejek „I Voted” pozostawiono przy miejscach pamięci styczniowych ofiar ICE – Renee Good i Alexa Prettiego. W Houston pojawiły się w miejscu pamięci Lorenza Salgado Araujo, który zginął w lipcu podczas interwencji ICE.
Amerykanie biorą sprawy w swoje ręce
Ciekawe były również decyzje podjęte przez wyborców w referendach stanowych, jakby Amerykanie przestali wierzyć, że rząd federalny bierze pod uwagę ich potrzeby, i zwrócili się ku decyzjom na poziomie stanów. W Nevadzie wyborcy zdecydowali o wpisaniu prawa do aborcji do konstytucji stanu. W Wirginii poparli zapis gwarantujący fundamentalne prawo do wolności reprodukcyjnej, obejmujące również prawo do aborcji w pierwszych dwóch trymestrach ciąży. W Kolorado odrzucili propozycję konstytucyjnego zagwarantowania prawa do polowań i połowów. W Waszyngtonie D.C. i Denver wyborcy poparli zakaz sprzedaży foie gras.
To, co Trump i jego administracja zniszczyli w ciągu dwóch lat, będziemy odbudowywać jeszcze bardzo długo. Nie tylko w Stanach, ale na całym świecie. Nie da się w ciągu jednej kadencji naprawić tak potężnych szkód wyrządzonych demokracji, praworządności i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
Te wybory są czymś więcej niż zwycięstwem demokratów. Są referendum o tym, kim Amerykanie chcą być jako społeczeństwo. Cieszę się, że za tydzień wracam do domu.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!