Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Zwycięstwo demokratów a przyszłości partii. Kto nada kierunek – centryści czy socjaliści?

Wtorkowe zwycięstwo demokratów jest przytłaczające i niepodważalne. Co znaczy dla kierunku partii, jej polityki w Kongresie w drugiej połowie obecnej kadencji Trumpa i wyborów w 2028 roku?

ObserwujObserwujesz
Walka

Już toczy się dyskusja na temat tego, komu demokraci zawdzięczają zwycięską strategię, polegającą na skoncentrowaniu się w kampanii na problemie wysokich kosztów życia. Lewica wskazuje burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego. To Mamdani, mówi lewicowa narracja, miał tchnąć nadzieję w przytłoczoną po zwycięstwie Trumpa w 2024 roku liberalną i lewicową Amerykę. Pokazał, że można przetrwać prawicową wojnę kulturową, oskarżenia jednocześnie o „dżihadyzm” i „skrajną lewicowość”, jeśli skupi się na bytowych sprawach ważnych dla przeciętnego wyborcy i na pozytywnym przekazie.

Czytaj także Niebieskie tsunami: Trump jednak nie będzie płacił wyborcom po 5 tys. dolarów Magdalena Bazylewicz

Nowy demokratyczny fuzjonizm

Zupełnie inaczej widzi to centrowy „The Atlantic”, który zwycięską taktykę z 2026 roku przypisuje liderowi demokratów w Izbie Reprezentantów, Hakeemowi Jeffriesowi. Jeffries jest umiarkowanym demokratą, przedstawicielem partyjnego establishmentu, sceptycznie traktowanym przez polityków związanych z lewym skrzydłem partii.

Kto by nie był ojcem tej taktyki, bez wątpienia zadziałała. Demokraci, zarówno ci umiarkowani, jak i bardziej progresywni, prowadzili kampanię opartą o koszty życia. Była ona w dobrym sensie populistyczna, zwracała się do zwykłych Amerykanów, stawiała w centrum ich trudności. Wskazywała też, kto ponosi za nie odpowiedzialność: nie tylko Trump i jego administracja, ale też sprzymierzeni z nią miliarderzy i wielkie korporacje. O nierównościach, niepokojącym wpływie skoncentrowanego bogactwa na amerykańskie życie społeczne i polityczne mówili też uchodzący za bardziej umiarkowanych demokraci, tacy jak senator-elekt z Iowa Josh Turek czy senator z Georgii Jon Ossoff.

Jak zwrócił uwagę magazyn „The New Republic”, kilku kandydatów do Izby Reprezentantów, cieszących się jednocześnie poparciem Berniego Sandersa i Blue Dog Coalition – grupy gromadzącej najbardziej konserwatywnych demokratycznych deputowanych – było w stanie wygrać w okręgach kontrolowanych wcześniej przez republikanów. Być może to właśnie „psy Berniego” („Bernie’s dogs”) okazały się nową zwycięską formułą, jaka wyłoniła się w tych wyborach. Liberalny publicysta Rotimi Adeoye stwierdził w poście na X, że demokraci być może właśnie odkryli „nowy liberalny fuzjonizm”, łączący gospodarczy lewicowy populizm z centrowym pragmatyzmem.

Kto nada kierunek partii w Kongresie?

Na ile ta fuzja utrzyma się w nowym Kongresie? Kto – progresywni, umiarkowani czy konserwatywni demokraci – będzie nadawał ton partii? Po wtorku obie strony mają powody do zadowolenia i mocne karty w ręku.

Kandydat lewego skrzydła partii, Abdul El-Sayed, wygrał w Michigan. Jego zwycięstwo nie tylko pokazuje, że lewica potrafi wygrywać w „fioletowych” stanach, raz głosujących na republikanów, raz na demokratów, ale też że pieniądze AIPAC i argumenty z „islamizmu” i rzekomego „antysemityzmu”, który niektórym myli się z uzasadnioną krytyką Izraela, przestają działać w amerykańskiej polityce.

Bliższy progresywnemu niż konserwatywnemu skrzydłu partii był także Talarico. Jego wcześniejsze, bardzo progresywne wypowiedzi, np. na temat praw osób trans, nie zaszkodziły mu w kampanii. Talarico wyrażał przy tym progresywne treści językiem odwołującym się do wiary i chrześcijaństwa. Po zwycięstwie wygłosił przejmujące przemówienie, ogłaszając koniec „polityki jako wrestlingu, trollingu i sportu walki”, „koniec polityki nienawiści i konfliktu” oraz początek „polityki miłości”.

Do progresywnych senatorów wybranych we wtorek trzeba jeszcze doliczyć Penny Flannagan z Minnesoty i Troya Jacksona z Maine, któremu udało się to, co nie udawało się od dawna demokratom: pokonał umiarkowaną republikańską senatorkę Susan Collins, reprezentującą swój stan w Senacie od 30 lat.

Jak na łamach „The New Republic” zauważył Michael Tomasky, zwycięstwa Talarico czy El-Sayeda przeczą uznawanym w demokratycznym establishmencie za oczywiste „prawdom” na temat tego, kto i pod jakimi hasłami można wygrać wybory w „fioletowym” albo „czerwonym” stanie. El-Sayed wygrał Michigan obiecując walkę o powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Ataki próbujące wykorzystać jego wiarę czy imigranckie korzenie zupełnie nie zadziałały, podobnie jak zarzuty pod adresem Talarico, że jest zniewieściałym, niemęskim weganinem.

Czytaj także Czy Kalifornii uda się opodatkować miliarderów? Jakub Majmurek

Aż pięciu nowych członków Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA) zostało wybranych do Izby Reprezentantów, w tym Melat Kiros w Kolorado – pierwsza kobieta z generacji zet wybrana do Kongresu. Jeszcze nigdy w historii w amerykańskim Kongresie nie zasiadało tylu polityków określających się jako socjaliści. Jeśli doliczyć do tego reprezentantów niezwiązanych oficjalnie z DSA, ale najbliższych im ideowo, to „socjalistyczna frakcja” w przyszłej Izbie będzie wynosić około 15 osób.

Z drugiej strony to umiarkowani kandydaci przynieśli zwycięstwo w wyborach do Senatu w takich miejscach jak Ohio, Karolina Północna czy Kansas. Na X krąży zestawienie pokazujące, że największe zmiany w poparciu względem wyborów w 2024 roku zostały „dowiezione” w stanach, gdzie startowali bardziej centrowi politycy – w Karolinie Północnej, Ohio i Kansas, a nie w Michigan czy Maine. Te statystyki są jednak o tyle zwodnicze, że za zmianami w poparciu na poziomie stanu stało wiele czynników i nie da się ich wyjaśnić wyłącznie mierząc stopień umiarkowania kandydatów.

Konserwatywni i centrowi demokraci wyraźnie dają też wyraz poczuciu ulgi, że rozmiary demokratycznej większości sprawiają, iż nie będzie ona zależeć – ani w Izbie, ani w Senacie – od głosu partyjnej lewicy. Z kolei „Jacobin” nawołuje wybranych we wtorek socjalistów, by utworzyli w Izbie swoją własną frakcję w ramach Partii Demokratycznej, tak by jak najbardziej asertywnie walczyć o swój program.

Najgorsze, co może zrobić teraz partia, to pogrążyć się w wewnętrznych sporach. Musi za to pokazać, że potrafi skorzystać z większości, jakiej nie spodziewali się najwięksi optymiści. Konieczne jest rozliczenie korupcji i nadużyć władzy administracji Trumpa, efektywne powstrzymywanie najbardziej szalonych polityk prezydenta, ale także zdolność do przyjęcia ustaw mogących realnie zaradzić problemom zwykłych Amerykanów. Jeśli Trump będzie je wetował, to tym lepiej dla demokratów w 2028 roku.

Czas na kandydata-millenialsa?

W kontekście wyborów w roku 2028 roku na pewno można powiedzieć, że kampania pogrzebała pomysł, by Partia Demokratyczna za dwa lata znów wystawiła Kamalę Harris. Ujawniła przy tym cały szereg nowych talentów politycznych i byłoby szaleństwem kazać im czekać kolejne lata, by wrócić do kandydatki, która odniosła dotkliwą porażkę.

Wiele z nich to przedstawiciele pokolenia millenialsów, zwłaszcza z południa Stanów. Szczególnie mocną pozycję w przyszłych wyborach wydają się mieć Talarico i Ossoff. Ten pierwszy dokonał cudu w Teksasie, drugi nie tylko zapewnił sobie reelekcję, zwiększając poparcie o ponad 8 punktów w Georgii – stanie, który Trump wygrał różnicą ponad 3 punktów procentowych – ale pomógł też wygrać wybory na urząd gubernatorki kandydatce demokratów, byłej burmistrzyni Atlanty Keishy Lance Bottoms. Ossoff objawił się jako charyzmatyczny mówca, świetnie radzący sobie w kampanii i ktoś, kto mógłby powalczyć o zwycięstwo w tych stanach południa, które demokraci uważali do niedawna za bezpieczne.

W ciągu dwóch lat wiele się może zdarzyć. Ale perspektywa roku 2028 naprawdę nie wygląda dziś dla demokratów źle.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x