2 listopada Die Linke, Zieloni i SPD oficjalnie rozpoczęły negocjacje koalicyjne w Berlinie. Jeśli zakończą się sukcesem, niemiecką stolicą po raz pierwszy będzie rządzić koalicja pod przewodnictwem Die Linke, a kandydatka tej partii Elif Eralp może zostać burmistrzynią miasta będącego zarazem krajem związkowym.
Wizja przejęcia władzy w stolicy przez koalicję „lewackich radykałów” spędza sen z powiek przedstawicielom liberalno-konserwatywnego mainstreamu. Wzmożenie moralne udzieliło się również Ulfowi Poschardtowi, publicyście Die Welt. „Upadek niemieckiej stolicy to zaledwie uwertura do upadku całego kraju” – obwieścił już w tytule opublikowanej na łamach Onetu filipiki pod adresem zgubnego triumwiratu lewaków.
Sytuacja w Berlinie poruszyła także sumienie konserwatywnej części społeczeństwa. Prezes bawarskiej CSU Markus Söder zagroził zerwaniem umowy dotyczącej finansowania stołecznych funkcji Berlina. „Ekstremistyczna, antydemokratyczna, a przede wszystkim antysemicka polityka nie może być dodatkowo wynagradzana” – grzmiał 22 września.
Skąd wzięły się zarzuty o lewacki radykalizm, nietrudno odgadnąć. Die Linke już w nazwie deklaruje przynależność do lewej strony sceny politycznej, a do wyborów szła pod hasłami wywłaszczenia koncernów mieszkaniowych oraz wprowadzenia rygorystycznego limitu czynszów. Oskarżenia o „wspieranie islamskiego terroryzmu” spadły na ugrupowanie z kolei za otwarte podejmowanie tematu solidarności z Palestyńczykami.
Die Linke zajmuje w tej sprawie wyważone stanowisko: kandydatka na burmistrzynię Elif Eralp potępiła okrzyki „yalla yalla ,intifada” i „death, death to the IDF” jako „absolutnie niedopuszczalne”. Jednak przyszła deputowana partii z okręgu Neukölln Vanessa Emde odważyła się użyć hasła „Freiheit für Palästina” (niem. wolność dla Palestyny). To wystarczyło, aby liberalno-konserwatywny mainstream przypiął Die Linke łatkę „skrajnych dżihadystów”.
Zanim jednak Die Linke zdążyła zasiąść za stołem negocjacyjnym, weszła w konflikt z częścią własnego zaplecza społecznego. 8 października wraz z potencjalnymi koalicjantami – SPD i Zielonymi – podpisała deklarację, zgodnie z którą „prawo Izraela do istnienia jest niepodważalne”. Część propalestyńskiego elektoratu odebrała ten krok jako zdradę.
Już 10 października około 3500 osób przeszło ulicami berlińskiej dzielnicy rządowej, protestując m.in. przeciwko poparciu dla definicji antysemityzmu IHRA, wyrażonemu w deklaracji. Z kolei 31 października, podczas nadzwyczajnego zjazdu berlińskiej Die Linke, około 80 osób demonstrowało pod hasłem „Wybrani dzięki Palestynie. Zdradzeni dla Senatu” (niem. „Gewählt für Palästina. Verraten für den Senat”), zarzucając kierownictwu partii odejście od propalestyńskich postulatów.
Podczas zjazdu Die Linke 31 października Vanessa Emde, deputowana wybrana w Neukölln, protestowała wraz z propalestyńskimi aktywistami przeciwko kierownictwu własnej partii. Wcześniej wyjaśniała na Instagramie, że podpisała deklarację koalicyjną wyłącznie z lojalności partyjnej, ponieważ nie uznaje „prawa państw do istnienia”. Kierownictwo frakcji zakwestionowało możliwość dalszej współpracy z Emde, a SPD i Zieloni czasowo wstrzymali rozmowy. Decyzja w sprawie jej przyszłości w partii ma zapaść 6 listopada.
Nie Palestyna, lecz mieszkalnictwo
Jak zauważył na łamach Krytyki Politycznej Tomasz Kurianowicz, Die Linke zawdzięcza sukces przede wszystkim kampanii skoncentrowanej na codziennych problemach berlińczyków. W badaniu Wahlen e.V. aż 53 proc. ankietowanych wskazało mieszkalnictwo jako jeden z dwóch najważniejszych problemów miasta, a 23 proc. – transport publiczny.
Do zwycięstwa partii przyczyniła się również bezprecedensowa mobilizacja oddolna. Kandydaci Die Linke pukali do drzwi mieszkań, rozmawiali z ludźmi i pytali o ich codzienne troski.
Dla kierownictwa Die Linke wejście do rządu jest jednak przede wszystkim szansą na realizację programu społecznego. Wśród ustaleń z potencjalnymi koalicjantami znalazły się między innymi ograniczenie wzrostu czynszów oraz przygotowanie ustawy o uspołecznieniu dużych koncernów mieszkaniowych. Nie obyło się bez ustępstw. „Zdobyliśmy 25,7 proc. głosów, ale to nadal nie jest 50 proc. Właśnie dlatego potrzebne są nam kompromisy” – tłumaczyła w rozmowie z „taz” Kerstin Wolter, współprzewodnicząca berlińskiej Die Linke.
Berlińskie wybory na pewno nie były referendum w kwestii stosunku do Palestyny. Wątek bliskowschodni był jednak wyraźnie obecny w kampanii. O potrzebie wsparcia berlińskiego ruchu propalestyńskiego otwarcie mówiła Martha Kleedörfer, kandydatka do Izby Deputowanych z okręgu Mitte, która zdobyła mandat.
To szczególnie istotne w kraju, w którym krytyka Izraela wciąż pozostaje tematem tabu. Kolejni niemieccy przywódcy podtrzymują niewzruszone poparcie dla Izraela, a 31 proc. broni konwencjonalnej importowanej przez ten kraj pochodzi właśnie z Republiki Federalnej. „Opowiadamy się za bezpieczeństwem i istnieniem Izraela – to lekcja płynąca z Zagłady i część niemieckiej tożsamości” – powiedział 7 października kanclerz Friedrich Merz, który wielokrotnie mówił o „prawie Izraela do istnienia” i przedstawiał ten kraj jako „jedyną demokrację na Bliskim Wschodzie”.
Po 7 października 2023 roku izraelskie flagi są regularnie wywieszane przed budynkami administracji publicznej. W tym roku, w rocznicę ataku Hamasu, w barwach izraelskiej flagi podświetlono Bramę Brandenburską. W przestrzeni publicznej miasta próżno szukać godnego symbolu solidarności z Palestyńczykami, którzy kolejny rok z rzędu doświadczają w Gazie ludobójstwa.
Tymczasem Berlin pozostaje największym skupiskiem Palestyńczyków w Europie. Mieszka ich tutaj co najmniej 40 tysięcy. W rzeczywistości liczba ta jest dużo wyższa – w statystykach nie uwzględnia się choćby osób z izraelskim paszportem czy przybyłych z innych krajów.
– Kiedy patrzę na Bramę Brandenburską podświetloną na niebiesko i biało, nie widzę w tym gestu żałoby – mówi Majed Abusalama, dziennikarz i aktywista pochodzący z Dżabaliji w Palestynie. Dzień przed naszą rozmową IDF zamordował w Strefie Gazy jego wujka. – Widzę w tym symbol poniżenia największej społeczności palestyńskiej w Europie. Ten gest przypomina nam, że nasza żałoba nie ma w Niemczech prawa istnieć.
Jedność, sprawiedliwość, wolność. Nie dla Palestyńczyków
Represje wobec Palestyńczyków i osób solidaryzujących się z nimi wykraczają jednak daleko poza sferę symboli. Według danych Senatu Berlina między październikiem 2023 a majem 2025 roku w Berlinie odbyły się co najmniej 674 demonstracje solidarności z Palestyną. Interwencjom policji wielokrotnie towarzyszyły oskarżenia o nadmierne użycie siły. Podczas manifestacji „Palestinian Blood Is Not Worthless” w październiku 2024 roku organizacja Palästina Spricht udokumentowała przypadki pobicia demonstrantów, w tym złamania nosa i żebra.
Interwencje policji dotknęły także berlińskich uczelni. Sam byłem świadkiem jednej z nich 7 maja 2024 roku na Freie Universität Berlin. O odbywającej się demonstracji propalestyńskiej dowiedziałem się dopiero w momencie ogłoszenia ewakuacji głównego kampusu. Przybyli na miejsce policjanci kierowali obelgi i groźby przemocy również pod adresem osób nieuczestniczących w proteście, w tym mnie.
Protesty na berlińskich uniwersytetach pacyfikowano m in. pod pretekstem ochrony bezpieczeństwa żydowskich studentów. Pytanie o bezpieczeństwo żydowskich studentów nie jest jednak bezzasadne. W lutym 2024 roku żydowski student Freie Universität, Lahav Shapira, został ciężko pobity przez kolegę z uczelni. W pierwszej instancji sąd uznał antysemicki motyw ataku, jednak w postępowaniu odwoławczym nie udało się go udowodnić. Sprawca został skazany za brutalne pobicie.
Tymczasem w środowiskach demonstrujących solidarność z Palestyną obecność Żydówek i Żydów nie jest niczym nadzwyczajnym. Hasła takie jak „Not in my Jewish name” czy „Never again for everyone” często pojawiają się na transparentach propalestyńskich demonstrantów.
– Kiedy państwo zatrzymuje Żydów rzekomo po to, by chronić życie Żydów, oznacza to, że coś poszło bardzo nie tak – komentuje Abusalama.
– Znam kilku żydowskich towarzyszy i towarzyszki, którzy trafili do szpitala w wyniku doznanej przemocy – mówi Nathaniel Flakin, historyk, dziennikarz i aktywista propalestyński mieszkający w Berlinie – Tak właśnie działa niemiecki system: bije prawdziwych Żydów, żywych, oddychających ludzi, w imię ochrony Żydów hipotetycznych, mitycznych, takich, którzy istnieją wyłącznie w wyobraźni niemieckich elit..
Wielu palestyńskich aktywistów padło ofiarą zastraszania ze strony niemieckich służb. W takiej sytuacji znalazł się także Abusalama po tym, jak podczas jednej z demonstracji w listopadzie 2023 roku publicznie wezwał do rozliczenia Niemiec ze współodpowiedzialności za ludobójstwo w Gazie. Abusalama postuluje zakończenie współpracy wojskowej z Izraelem oraz postawienie osób dokonujących zbrodni wojennych przed sprawiedliwym sądem – nawet jeśli znajdują się na terenie Niemiec. Według Abusalamy policja zinterpretowała jego słowa jako możliwą zapowiedź przemocy. Sam aktywista uważa, że sposób, w jaki potraktowano jego wypowiedź, jest przejawem profilowania rasowego.
– Po pierwszej masowej demonstracji przyjechało do mojego domu ponad 20 policjantów – wspomina. – Zapytali, co miałem na myśli, mówiąc o „konsekwencjach”. Czy moja organizacja, moi ludzie albo ja sam planujemy „coś zrobić”? Jeśli Palestyńczyk domaga się sprawiedliwości, to policja zawsze traktuje jego słowa jako wezwanie do przemocy. To rasizm systemowy. Kiedy moja córka widzi na ulicy policję, ogarnia ją przerażenie. Pamięta zapach gazu i niemieckich policjantów atakujących na jej oczach niewinnych mężczyzn. Miała wtedy trzy i pół roku.
Doświadczenia Abusalamy pokazują również, jak trudno części palestyńskich mieszkańców Berlina odnaleźć własne doświadczenie wojny w języku niemieckiej debaty publicznej. Spór nie dotyczy wyłącznie politycznych gestów, lecz także słów, którymi wolno opisywać działania Izraela. W 2025 roku Melanie Schweizer została wyrzucona z federalnego Ministerstwa Pracy. Oficjalnie – z powodu naruszenia obowiązków ustawowych wynikających ze statusu urzędniczki państwowej. Według samej zainteresowanej była to kara m.in. za używanie przez nią brzydkiego słowa na „l” w kontekście operacji IDF w Gazie.
– Porozumienie napisane jest dobrze znanym nam językiem liberalnych pominięć. Słowo „ludobójstwo” nie pojawia się w nim ani razu – mówi Abusalama. – To trochę tak, jakbyśmy nie chcieli uznać Zagłady. Gdybym mówił o niej wyłącznie w kategoriach „cierpienia narodu żydowskiego”, „traumy” czy „zniszczenia społeczności i jej majątku”, byłoby to zdradą wobec Żydów. A ja nie chcę zdradzać żydowskiej społeczności, jej historii i pamięci ani umniejszać ludobójstwu, którego doświadczyła. Właśnie dlatego domagam się takiej samej uczciwości w odniesieniu do Gazy. To ludobójstwo transmitowane na żywo i trzeba je nazywać po imieniu.
Kto ma prawo mówić w imieniu niemieckich Żydów?
Po 7 października 2023 roku w Berlinie odnotowano liczne incydenty antysemickie, w tym napaści fizyczne. 18 października 2023 roku podjęto próbę podpalenia budynku należącego do żydowskiej społeczności. W lutym 2025 roku mężczyzna ciężko ranił nożem hiszpańskiego turystę przy pomniku Pomordowanych Żydów Europy. Według śledczych napastnik kierował się motywacją antysemicką. Odnotowywano także przypadki oznaczania domów gwiazdami Dawida. Trudno się dziwić, że takie wydarzenia budzą lęk wśród żydowskich mieszkanek i mieszkańców Berlina.
Mainstreamową debatę zdominowała narracja o bezprecedensowym odrodzeniu antysemityzmu nad Renem. „Nigdy po 1945 roku antysemityzm nie zalał naszego miasta tak otwarcie, jak po barbarzyńskich atakach Hamasu z 7 października” – stwierdził 9 grudnia 2023 roku burmistrz Berlina Kai Wegner. „W coraz większej liczbie miast naszego kraju istnieją w praktyce no-go zones dla Żydówek i Żydów” – ogłosił w 2024 roku kanclerz Friedrich Merz.
Wzrost liczby zgłaszanych incydentów potwierdzają raporty Federalnego Związku Ośrodków Badań i Informacji o Antysemityzmie (RIAS). W 2025 roku odnotowano 8725 przypadków. To ponad trzykrotnie więcej niż w 2022 roku, gdy zarejestrowano 2610 incydentów. Dane obejmują zdarzenia o różnym charakterze – od gróźb i obelg po przemoc fizyczną.
Kontrowersje budzi jednak sposób kwalifikowania niektórych wypowiedzi jako antysemickich. Jednym z kryteriów stosowanych przez RIAS jest odniesienie do Izraela. W 2024 roku przypisano je do 68 proc. incydentów. Kategoria obejmuje zarówno wypowiedzi skierowane przeciwko Żydom ze względu na ich rzeczywisty lub domniemany związek z Izraelem, jak i niektóre formy radykalnej krytyki izraelskiego państwa (np. nazwanie Izraela „państwem apartheidu” czy okrzyk „Izrael nie istnieje”).
Nie jest przecież tajemnicą, że Żydzi w Niemczech od wieków doświadczali prześladowań i uprzedzeń. W średniowieczu dzielono ich na „złych” talmudystów i „dobrych” kontrtalmudystów. W czasach narodowego socjalizmu za niegodne życia uznano wszystkie osoby żydowskiego pochodzenia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ponad 80 lat po Zagładzie niemieckich Żydów nadal dzieli się na lepszych i gorszych.
– Niemieckie elity uznają kogoś za Żyda i przyznają mu prawo do autentycznego reprezentowania żydowskiego głosu tylko wtedy, gdy ta osoba jest syjonistą – stwierdza Flakin. – Niemieckie elity zaakceptują więc Żydów pod warunkiem, że ci zadeklarują: „Tak, jestem Żydem, ale tak naprawdę nie należę do tego miejsca. Mój dom jest gdzie indziej.
Podobne doświadczenia opisuje Scott Grabell, żydowski aktywista antysyjonistyczny, który od 14 lat mieszka w Berlinie.
– Dla bardzo wielu Niemców, zwłaszcza dla niemieckich elit, jestem niewidzialny – mówi. 13 października policja aresztowała go za eksponowanie flagi Izraela, w której gwiazdę Dawida zastąpiono wizerunkiem bomby. – Nie jestem prawdziwym Żydem. Jestem tylko lewicowym ekstremistą.
Przypadki wykluczania żydowskich krytyków Izraela nie ograniczają się do pojedynczych interwencji policji. 25 października 2026 roku Jüdisches Museum w Berlinie zakończyło współpracę z przewodniczką Udi Raz. Powodem był jej propalestyński aktywizm i używanie określenia „apartheid” w odniesieniu do sytuacji Palestyńczyków. Według Diaspora Alliance aż jedna czwarta przypadków deplatformingu artystów w Niemczech w 2023 roku dotyczyła Żydów otwarcie krytykujących Izrael.
W listopadzie 2023 roku Saarlandmuseum odwołało wystawę Candice Breitz. Wśród podawanych powodów znalazły się jej rzekome związki z ruchem BDS oraz „brak potępienia Hamasu”.
Czy niemieckie społeczeństwo wyciągnęło odpowiednie wnioski ze swojej mrocznej przeszłości? Słuszny postulat walki z antysemityzmem i ochrony żydowskiego życia został w Niemczech w dużej mierze zastąpiony bezwarunkowym poparciem dla państwa Izrael. W pewnym sensie antysemickie schematy myślenia przeniesiono też na Palestyńczyków i ich sojuszników. Demonstracje propalestyńskie odruchowo interpretuje się jako zagrożenie dla Żydów, a samych Palestyńczyków stygmatyzuje jako ekstremistycznych rewolucjonistów.
– Utożsamianie Izraela czy syjonizmu z narodem żydowskim jest w istocie powielaniem antysemickiego stereotypu – tłumaczy Flakin. – Nawet przyjęta przez Niemcy problematyczna definicja antysemityzmu IHRA stwierdza, że obarczanie wszystkich Żydów odpowiedzialnością za działania państwa Izrael stanowi jasny przykład antysemityzmu.
– Państwo Izrael nie ma nic wspólnego z narodem żydowskim jako całością ani z judaizmem – przypomina Grabell. – Żydzi są zróżnicowaną społecznością, żyjącą na całym świecie. Izrael reprezentuje tylko Izraelczyków.
Nie wszystko stracone
– Złożona przez trzy partie deklaracja, że „prawo Izraela do istnienia jest niepodważalne”, to przysięga lojalności – ocenia Abusalama. – Zanim w ogóle mogli zacząć rozmawiać o mieszkalnictwie, czynszach czy szkołach, musieli najpierw zadeklarować wierność niemieckiej „racji stanu”. To mówi nam wszystko o tym, gdzie w Niemczech przebiegają granice dopuszczalnej debaty politycznej i kto zostaje poza nimi.
W wywiadzie udzielonym 26 października 2026 Eralp przyznała, że sama odczuwa lęk przed propalestyńskimi demonstrantami. Jej obawy wyszły na jaw po tym, jak „Der Spiegel”opublikował wewnętrzne adnotacje, które polityczka i jej współpracownicy omyłkowo pozostawili w odesłanej do redakcji wersji wywiadu.
– Jestem głęboko rozczarowany kierownictwem Die Linke – mówi Abusalama. – Nasze społeczności wzięły na siebie ciężar walki o tę partię. Prowadziliśmy kampanię, podczas gdy nasi bliscy w Gazie byli wyciągani spod gruzów. Gdy tylko pojawiła się pierwsza szansa na zdobycie władzy, kierownictwo poświęciło to zaufanie na rzecz niemieckiej „racji stanu”. Na tym właśnie polega zdrada: byliśmy mile widziani jako wyborcy, ale nie jako osoby stawiające konkretne żądania. Nigdy nie miałem dużych oczekiwań względem kierownictwa partii – pokładam ją w szeregowych działaczkach i działaczach, dzięki którym to zwycięstwo było w ogóle możliwe. Die Linke pozostaje jedyną partią, którą możemy próbować zmieniać od środka – i będziemy rozliczać ją z jej działań.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!