Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Jak spadać, to z wysokiego konia, czyli wielki tydzień Kosiniaka-Kamysza

Po klęsce w głosowaniu za zniesieniem dwukadencyjności w samorządach zszokowany szef PSL zapowiada referendum w sprawie dwukadencyjności w Sejmie. Mocne słowa jak na posła z 15-letnim stażem otoczonego Józefami Zychami, ale cóż – chyba bierzemy?

ObserwujObserwujesz
Walka

Jak w porach roku u Vivaldiego zmienia się światło w zwróconych na przyszłoroczne wybory oczach Władysława Kosiniaka-Kamysza. Jeszcze w sobotę wicepremier jako ten, który nie pali za sobą mostów, mógł liczyć w przyszłości na fotel premiera. Oczywiście, jak to bywa z publicystyką Michała Kolanki, hipoteza była raczej obojętna na rzeczywistość: trzy lata po wejściu do Sejmu w ramach Trzeciej Drogi PSL i Polska 2050 notują takie poparcie, że nawet po całkowicie dziś nieprawdopodobnym połączeniu sił nie zdobyłyby progu nawet dla partii, nie wspominając o koalicji. Niestety, ostatnie dni jeszcze bardziej utrudniły realizację napoleońskiego gambitu, który narodził się w głowie autora „Rzeczpospolitej”.

Czytaj także Odbicie Trybunału Konstytucyjnego jedyną szansą na czasową liberalizację aborcji? Galopujący Major

Na złość Tuskowej mamie

Oto bowiem najpierw 10 sprawiedliwych z PSL zostało przekabaconych do zagłosowania za delikatną korektą czarnosecinnego prawa aborcyjnego. Z perspektywy jakiejkolwiek przyzwoitości to bardzo niewiele, tym bardziej, że 14 innych ludowców zagłosowało przeciw, ale wystarczyło, by ustawę przyjąć. Ceną za to, jak przewidywał Galopujący Major, miało być poparcie koalicji rządzącej dla zniesienia dwukadencyjności w samorządach – czyli dla pomysłu, w którym Kosiniak-Kamysz zdawał się upatrywać szans na okiełznanie wściekłych dołów i przykrycie faktu szorowania o sondażowe dno. Plan, jeśli taki był, spalił jednak na panewce, bo partnerzy koalicyjni nie spieszyli się podarować ludowcom nieco wyborczego paliwa.

W głosowaniu przegranym przez zwolenników zniesienia wprowadzonej w 2018 roku przez rząd Zjednoczonej Prawicy dwukadencyjności politykom KO nie narzucono dyscypliny partyjnej. Zabrakło jednak niewiele – a te trzy głosy, które mogły zaważyć na sukcesie PSL, wyjechały do Indii, gdzie premier Tusk zabrał też świeżo namaszczonego na wicepremiera ministra finansów, Andrzeja Domańskiego. Rozgoryczony Kosiniak wypomniał zresztą koalicjantom tę absencję tuż po głosowaniu. A jednocześnie, spektakularnie wystrychnięty na dudka przez premiera i całkiem śmiechu wart, zapowiedział referendum w sprawie wprowadzenia dwukadencyjności w parlamencie.

Niezwykły to pomysł lidera PSL – partii, w której znaczną część reprezentacji sejmowej i senackiej stanowią politycy dziarsko służący narodowi grubo ponad dwie kadencje. Ale o tym pomyśle na odmrożenie sobie uszu na złość mamie-Tuskowi słyszeliśmy już wcześniej – między innymi podczas posiedzenia Rady Naczelnej PSL 10 października. I choć niebywale smutne jest wyobrażenie sobie, że wraz z wprowadzeniem dwukadencyjności prawdopodobnie znikną nam z horyzontu tacy polityczni tytani jak Marek Sawicki, Urszula Pasławska czy sam Kosiniak, który w Sejmie siedzi od 15 lat – jestem gotowy przełknąć łzy i podpisać się pod pomysłem na takie referendum.

46 lat klasowego betonowania aborcji

Pokazanie w czwartek miejsca w szeregu Kosiniakowi przez Tuska miało też aspekt symboliczny, nieco przegapiony przez większość komentatorów, a pewnie i samych zainteresowanych. Rzecz w tym, że głosowanie nad dwukadencyjnością odbywało się w czasie ogólnopolskich protestów Czerwona kartka za aborcję. Antyaborcyjni talibowie pokroju Tomasza Terlikowskiego już przewidują, że nawet te marne 10 osób z PSL, które poparły dekryminalizację aborcji, może kosztować PSL poparcie ultrakonserwatywnego elektoratu. I choć z lewicowej perspektywy partia zrobiła naprawdę niewiele dla ucywilizowania prawa po długich i męczących latach, kiedy robiła wiele, żeby je zabetonować, to jeszcze zabawniejszy jest aspekt naprawdę rodzinny.

Czytaj także Adam Michnik i „ukąszenie katolickie”. 50 lat temu KOR wypchnął prawa kobiet poza dyskurs polityczny Marcin Kościelniak

Jak odnotował w Aborcji i demokracji Marcin Kościelniak, ciemnogrodzkie prawo antyaborcyjne nie zostało wprowadzone w Polsce wraz z ustawą z 1993 roku – było wprowadzane konsekwentnie od 1989 roku dzięki katolickim lekarzom i prawnikom, blisko współpracującym w tej sprawie z hierarchami Kościoła katolickiego, z prymasem Glempem na czele. Pierwszym takim rozwiązaniem było rozporządzenie, za sprawą którego skierowanie na aborcję w placówkach publicznych zostało uzależnione od zaświadczeń internisty, dwóch ginekologów i konsultacji psychologicznej. To sprawiło, że rewolucyjna zdobycz PRL-owskich rządów, czyli transklasowa dostępność aborcji, stała się przywilejem tych, które stać było na leczenie w placówkach prywatnych. Autorem rozporządzenia był ówczesny minister zdrowia i opieki społecznej, Andrzej Kosiniak-Kamysz. Ojciec Władysława.

Konsekwencje tamtej decyzji odczuwamy do dziś i będziemy odczuwać jeszcze latami, a może już zawsze. Bo choć wręczenie czerwonej kartki za aborcję odbyło się w strugach deszczu w większości dużych miast w Polsce, to na szczęście wielkomiejskie kobiety mogą dziś już z grubsza gwizdać na panów Kosiniaków i ich medialnych pomagierów. Niechcącym (dzieci) dzieje się relatywnie niewielka krzywda, a prawo przynajmniej w zakresie wsadzania do więzień jest raczej martwe. Legalna Aborcja deklaruje pomoc w 120 aborcjach dziennie, co przy mniej niż tysiącu „legalnych” jest imponujące – i chwała aktywistkom.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że wyrok trybunału Przyłębskiej i ultrakonserwatywne narracje wokół aborcji zasługują na zniesienie i zapomnienie, a kobiety z wielkich miast i ich sojusznicy mogą domagać się tego z dowolnie wulgarnymi przyśpiewkami, jakie im się cisną na usta. Tym bardziej, że jestem jak najdalszy od bagatelizowania problemów osób, które w wielkim mieście ledwo utrzymują się na powierzchni, więc samo miejsce zamieszkania nie zmienia ich sytuacji ekonomicznej, lekarek prześladowanych przez nawiedzonych radykałów czy tych kobiet, które nawet aborcji nie planowały, ale wymagały jej nieprawidłowy rozwój płodu lub zagrożenie życia. Niektóre zapłaciły za to najwyższą cenę.

Jednak dostęp do aborcji jest dziś bardziej uwarunkowany lokalnie i klasowo niż np. karanie za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. W Warszawie nawet mając 10 g marihuany twoje postępowanie zostanie umorzone następnego dnia, na prowincji możesz wpaść w koszmar wieloletniej walki sądowej – ale, inaczej niż w przypadku aborcji, wymiar sprawiedliwości przynajmniej zdaje sobie sprawę z tych uwarunkowań.

W tym, że klasowy aspekt aborcji został wymazany, duża zasługa ZSL, PSL i dwóch rozciągniętych na półwiecze Kosiniaków, wielkomiejskich lekarzy, którzy niezmiennie (starszy jeszcze do 2021 roku był szefem małopolskich struktur ludowców) udają, że chodzi im o jakieś wartości, a nie o poparcie biskupów i komplikowanie życia wiejskim kobietom. Bo przecież rozwodzący się i schodzący politycy PSL z Warszawy czy z Krakowa nie budzą się z krzykiem na myśl, że ich żony i kochanki nie będą mogły usunąć ciąży w razie przypału.

Czytaj także Polska jak w 1938: blady strach, głupia polityka i modły do najświętszej panienki Łukasz Łachecki

Referendum za zniesieniem dziadersów

Dlatego przyjemnie było zobaczyć, jak Tusk zaprzęga część PSL do głosowania w sprawie aborcji i od razu zostawia Kosiniaka na lodzie. Nie było w tym wielkiej myśli państwowej, była za to niewielka satysfakcja z przeczołgania dla publiczności, jak to w polskim parlamencie. Co prawda nie jest do końca jasne, skąd akurat na prawicy takie umiłowanie dla dwukadencyjności – przeciw jej zniesieniu głosowali politycy PiS, Rozwoju Plus i Korony Brauna – to jednak idea przetrwała i zdaje się promieniować na inne dziedziny życia politycznego. Naukowcy piszą już o plotkach, jakoby nawet granty Narodowego Centrum Nauki ograniczyć do maksymalnie dwóch na osobę – to moim zdaniem też nie do końca uświadomiony efekt takiego promieniowania.

Dlatego choć idea dwukadencyjności nie przekonuje mnie zawsze i wszędzie i choć pozostaję niechętny większości politycznych pomysłów Kosiniaka, począwszy od pionierskiego szczucia na rozbijających się drogimi samochodami Ukraińców, na ustanowieniu 2027 rokiem Andrzeja Boboli i Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej skończywszy, ideę referendum w sprawie dwukadencyjności posłów, podkreślę jeszcze raz – wyjątkowo popieram i jej kibicuję. Wielkomiejskich prawicowych radykałów na pasku Kościoła i zagranicznych organizacji ekstremistycznych udających reprezentantów ludu mamy w Polsce dostatek. Jeśli dwukadencyjność w parlamencie zdmuchnie kilku z PSL i (głosującego przeciw „liberalizacji” aborcji Szymona Hołownię) – Polska wytrzyma.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x