Michał Sutowski: „Uciekajta ludzie, doktory jadą!” to dość popularna rolka w polskim internecie – pokazuje scenę z filmu Noce i dnie, w której mieszkańcy mazowieckiej wsi pod koniec XIX wieku ostrzegają się przed przyjazdem lekarzy. Próbują schować przed nimi swoich chorych, w tym małe dziecko – ze strachu, że zabranie do szpitala oznacza dla nich pewną śmierć. Czy coś podobnego mogło się wydarzyć także po 1945 – w tej Polsce, którą opisuje pan w książce Lekarze prowincjonalni?
Marcin Stasiak: To była oczywiście fikcja literacka, ale można tę scenę potraktować jako metaforę kilku zjawisk, które dało się zaobserwować również kilkadziesiąt lat później, już w PRL. Mamy więc strach i radykalny dystans, ale też wspólnotę lokalną, która trzyma się razem nie tylko dlatego, że ma wspólne interesy, ale też wspólny pakiet wiedzy. W mojej książce znajdziemy co najmniej kilka takich sytuacji, w tym może najbardziej charakterystyczną, z Nowego Targu.
Mieszkańcy Podhala nie chcą szczepień?
Tak, tak zwana „kolumna ruchoma” z próbami tuberkulinowymi i szczepionką przeciwgruźliczą BCG przyjeżdża do lokalnych szkół z Krakowa – to historia z połowy lat 50. – i spotyka się z radykalną wrogością, ocierającą się o rękoczyny. Zaczyna się od burzliwej dyskusji, potem niektóre dzieci odmawiają szczepienia, wiele ucieka – nawet po rynnie z pierwszego piętra, matki stawiają opór, a w jednej ze szkół ojcowie-górale grożą pobiciem medyków.
To są lata 50., kiedy władzy mało kto stawia jawny opór. A tam ludzie krzyczą: na królikach doświadczenia róbcie!
I więcej: „w PGRze krowy sobie szczepcie!”. Kontekst polityczny jest tu bardzo wyraźny, bo bunt jest wymierzony w specjalistów z ich przywiezioną z zewnątrz wiedzą, ale w tle jest państwo – traktowane jako źródło opresji – które tych lekarzy nie tylko przywozi i promuje szczepienia, ale zaczyna też wprowadzać ustawowy obowiązek.
Przy czym mowa tu o gruźlicy, która była najgroźniejszą wtedy chorobą zakaźną.
To był masowy problem społeczny, dość już dobrze zresztą oswojony i znany co najmniej od XIX wieku, który nie ustąpił w dwudziestoleciu międzywojennym, a w czasie okupacji tylko się zaostrzył, oczywiście najbardziej w miastach, w tym w gettach. Tuż po II wojnie światowej zachorowalność i umieralność wciąż była olbrzymia – np. w 1950 roku zmarło na gruźlicę co najmniej 26 tys. osób. Ponad 100 na 100 tysięcy mieszkańców.
To czemu ludzie nie chcą szczepionek? Bo komunistyczne?
Szczepienia BCG – jedyne dostępne – nie były stosowane wszędzie, dyskutowano nad ich skutecznością. W 1929 roku miał miejsce incydent w Lubece, gdzie szczepienia te zakończyły się powikłaniami. Ale ważniejsze moim zdaniem było coś innego – szczepienia w ogóle nie były czymś regularnym w latach 50., nie licząc może tych przeciwospowych, które zaczęły stosować jeszcze państwa zaborcze. Szczepionka na błonicę to połowa lat 50., ta przeciw polio weszła do masowego użycia dopiero na przełomie lat 50. i 60. dzięki zaangażowaniu jej twórcy, Hilarego Koprowskiego, a na tężec jeszcze później. Niemniej tych interwencji medycznych robi się coraz więcej, ale ludzie nie są jeszcze przyzwyczajeni. A do tego zdarzają się odczyny poszczepienne. Zwłaszcza po szczepie francuskim BCG – niezbyt groźne, ale jednak widoczne. To wszystko rodzi opór, przede wszystkim matek, które nie życzą sobie szczepienia dzieci – nie tylko na Podhalu, bo znalazłem relacje o silnym sprzeciwie w jednej ze szkół krakowskich. Gdzie indziej z kolei jacyś traktorzyści odmówili przyjęcia szczepionki na dur brzuszny. No i wreszcie, statystyki szczepień noworodków są bardzo wymowne – przyrost jest systematyczny, ale na pewno nie skokowy. Przymus szczepień pomaga tu stosunkowo niewiele.
A co pomaga?
Rozbudowa infrastruktury zdrowotnej, np. izb porodowych na wsiach, a potem gminnych ośrodków zdrowia. Tu poręczna jest koncepcja tzw. władzy logistycznej, czyli widocznego wbudowywania się nowego państwa w życie codzienne, wpisywania się w lokalny krajobraz. Chodzi o to, by ochrona zdrowia nie objawiała się tylko sporadycznym przyjazdem kolumny szczepiącej dzieci, autobusu dentystycznego, w którym studenci medycyny borowali zęby czy nawet grupy lekarzy z okazji „białej niedzieli”, traktowanej przez mieszkańców jako akcja propagandowa.
Bo jak jest to jest sporadyczne, przyjezdne – czyli nieswoje?
W świecie opisywanym w mojej książce dojazdy lekarzy do pacjentów to jest często 30-40 km, a zdarza się – jak w przypadku tej kolumny z Krakowa do Nowego Targu – że i 90 km. Samochód osobowy w początkach PRL to luksus, a porządna droga to też rzadkie dobro. Dobrze, jak gdzieś dojeżdża pociąg, ale przecież nie dojedzie do każdej peryferyjnej wsi. Tuż po wojnie najpowszechniejszym środkiem transportu był wóz z zaprzęgiem konnym, do tego z kołami na żelaznych obręczach, bez opon – trudno było na nim wysiedzieć, a tym bardziej przewieźć osobę ciężką chorą w jakimś minimalnym komforcie.
Czyli nie dość, że nieswoje, to po prostu niedostępne?
W pierwszych latach po wojnie sama wiedza medyczna i naukowa o zdrowiu jest zjawiskiem zewnętrznym wobec społeczności. To się zmienia dopiero wówczas, gdy lekarze, a wcześniej głównie felczerzy, skracają fizyczny dystans: przyjeżdżają regularnie, mieszkają na stałe lub chociaż przez dłuższy czas obok czy pośród mieszkańców. Stają się po prostu członkami tej społeczności.
Powiedzmy jeszcze o felczerach, bo to zawód zanikający.
Kształcono ich do lat 60. w liceach i szkołach felczerskich, a nie w akademiach medycznych. Nie mieli pełnych uprawnień lekarskich, choć części z nich umożliwiono potem ukończenie studiów medycznych. Niemniej pacjenci i tak mówili do nich „panie doktorze”. Kierowano ich głównie do pracy w małych miasteczkach i wsiach, z których często sami pochodzili. Mogli wykonywać badania, przepisywać recepty, przeprowadzać proste zabiegi: opatrywanie ran, unieruchamianie złamań itp. Formalnie nie mogli odbierać porodów. Prawo jednak swoje, a konieczności życia codziennego swoje. W efekcie felczerzy asystowali przy narodzinach niejednego dziecka.
Powojnie to czasy boomu demograficznego.
Tak, a z drugiej strony śmiertelność okołoporodowa nadal jest wysoka, zwłaszcza w latach 40. Dobrą tego ilustracją jest opowieść jednego z moich bohaterów, doktora Bałasza, wezwanego i przywiezionego wozem z zaprzęgiem konnym przez roztrzęsionego męża rodzącej do wiejskiej chaty, w której zastaje już zwłoki kobiety w kałuży krwi. Wokół biega piątka dzieci, szóste – najmłodsze – leży w kołysce. To jest oczywiście sytuacja skrajna, bardzo dramatyczne dla niego wspomnienie, ale też impuls do tego, by w okolicy zbudować pierwszą izbę porodową.
W tym wypadku lekarz zostaje wezwany w ostatniej chwili – i za późno. Czy ludzie w ogóle oczekują, że on będzie dostępny?
Ten bohater to ciekawy, ale dość typowy przypadek: w 1946 roku przyjeżdża do pracy do małego szpitalika za Chełmem, 20 kilometrów od sowieckiej granicy, gdzie trwają jeszcze niemal regularne walki podziemia. Jest zima i przez trzy tygodnie nikt tam nie przychodzi, nie ma żywej duszy. Można powiedzieć, że to przez zimę i zaspy, ale problem był głębszy. Kiedy w końcu tam trafił, trochę przypadkowo, jakiś człowiek, a on mu skutecznie pomógł, to powoli zaczęli się zjawiać następni.
Lekarzowi nie ufa się z zasady?
Jak mówiłem, to o tyle trudne, że przez pierwsze lata oni zazwyczaj dojeżdżają z większego miasta, przyjmują wizyty przez dzień czy dwa w tygodniu w lokalnym ośrodku zdrowia – jak już powstanie. A nawet kiedy są na miejscu, zdobycie zaufania to długi proces. W pamiętnikach z dwudziestolecia międzywojennego powtarza się wątek lekarza, a najczęściej felczera, który zdobywa uznanie mieszkańców przez to, że wyleczył konia, krowę albo drób. Inwentarz to cenny element gospodarstwa, więc wdzięczność jest autentyczna, a skoro ktoś pomógł zwierzęciu, to łatwiej uwierzyć, że potrafi pomóc też człowiekowi.
Po wojnie to też tak działa?
Dość naturalnie tak, bo zasięg pomocy weterynaryjnej jest jeszcze mniejszy niż lekarskiej – człowiek z jakimś wykształceniem medycznym to dla chłopa, któremu krowa zachoruje, domyślny i często jedyny dostępny adres. Inna sprawa, że na terenach wiejskich w pierwszych dekadach Polski Ludowej wielu potencjalnych odbiorców pomocy lekarskiej musi za usługę zapłacić.
Ile to kosztuje? W książce podaje pan tragikomiczny przykład, kiedy przedwojenna lekarka mówi chłopskiej rodzinie o konieczności leczenia wszystkich na chorobę weneryczną. I wylicza koszty takiej rocznej kuracji na tysiąc złotych – a oni mają tylko trzy złote zamiast czterech, które należą się za samą wizytę…
Tak, bardzo często zresztą płaciło się barterem – jajkami czy np. gęsią, bo gotówka była na wsi dobrem wyjątkowo rzadkim. W PRL to były oczywiście dużo mniejsze kwoty. Wyszczególnione są na przykład w zarządzeniu ministra zdrowia z 1960 roku. Wizytę domową felczera wyceniano na 20 zł, a lekarza – 50. Koszt „wypełniania ubytku z leczeniem” wynosił 40 zł, a zszycia dużej rany lub nastawienia złamania – 60 zł. Dla porządku: przeciętne wynagrodzenie w PRL wynosiło wtedy około 1,5 tysiąca miesięcznie.
Oczywiście mięso pozostawało cenną walutą, zwłaszcza w czasie kryzysów. W pracy Eweliny Szpak Chory człowiek jest wtedy, jak coś go boli. Kulturowa historia zdrowia i choroby na wsi w Polsce Ludowej jest anegdota o tym, jak po udanej interwencji medycznej zadowolony z efektu rolnik przyprowadził lekarzowi mieszkającemu w mieście krowę pod blok – bo chciał się odwdzięczyć.
Wieś była wyłączona z powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych aż do czasów Gierka?
Rolnicy z gospodarstw indywidualnych tak, choć to nie było zerojedynkowe. Pewne świadczenia były dostępne bezpłatnie – leczenie ostrych chorób zakaźnych, w tym hospitalizacja, tutaj był wręcz ustawowy obowiązek. Za darmo była też opieka medyczna dla dzieci do czternastego roku życia oraz dla kobiet w ciąży i w połogu. Z czasem to rozszerzano. Najważniejszą zmianę przyniosła ustawa z 1959 roku o leczeniu gruźlicy, która zagwarantowała rolnikom indywidualnym bezpłatne leczenie gruźlicy, także w sanatoriach. Tylko nie wszyscy od razu mieli świadomość, że coś jest bezpłatne. Nie każdy potrafił w ogóle rozpoznać swoje potrzeby zdrowotne – czytałem wspomnienia stomatologa sfrustrowanego, że nikt do niego nie przychodzi leczyć zębów. Doświadczenia z przeszłości też nie zachęcały: lekarz, a już zwłaszcza szpital sprzed wojny, kojarzyły się nie tylko z płaceniem nieraz nieosiągalnych dla ludzi kwot, ale też z cierpieniem i groźbą śmierci. Bo przecież – tak jak u Marii Dąbrowskiej – w szpitalu, gdzie zwykły człowiek trafia w zupełnej ostateczności, kroją człowieka po kawałku, a potem się często umiera.
W II Rzeczpospolitej lekarzy było mało. Rozumiem, że po II wojnie światowej jeszcze mniej?
Tak, to po części wynikało z ogólnych zapóźnień cywilizacyjnych, po części z bardzo elitarnego modelu szkolnictwa wyższego. Wojna i okupacja przetrzebiły z kolei inteligencję, a już szczególnie tę pochodzenia żydowskiego – w efekcie wskaźnik liczby lekarzy spadł z i tak dramatycznie niskiego 3,7 na 3,2 na 10 tysięcy mieszkańców.
I w tych warunkach państwo podejmuje decyzję, że będzie się ich kształcić naprawdę dużo – bo może socjalistycznego dobrobytu szybko nie da się zbudować, ale przynajmniej tę podstawową opiekę zdrowotną państwo musi ludowi zapewnić. Ale czy da się dobrze i szybko wykształcić tak wielu lekarzy? Te studia są elitarne obiektywnie, z racji programu i wymagań, a nie tylko restrykcji korporacji zawodowej. Inaczej mówiąc: czy to masowe kształcenie lekarzy po wojnie trzymało poziom?
Na ten temat wiemy mało, bo relacje pochodzą głównie od byłych studentów i studentek – odsetek tych ostatnich rósł, bo po wojnie nastąpiła silna feminizacja branży, nie tyle ze względów emancypacyjnych, co z racji pauperyzacji ekonomicznej zawodu. Tak czy inaczej, ton tych wspomnień jest zazwyczaj idealizujący czasy własnej młodości i trochę kombatancki, gdy chodzi o trudności – ludzie piszą o przynoszeniu własnych krzeseł na wykłady, dziurawych dachach sali wykładowych i niedogrzanych akademikach czy o jednym egzemplarzu obcojęzycznego podręcznika na całą grupę i ręcznym przepisywaniu skryptów.
Władze wprowadziły tzw. lata zerowe, czyli de facto kursy przygotowawcze do studiów – była zatem świadomość, że nie wszyscy nowi kandydaci mają wystarczające umiejętności, by zajmować się medycyną.
Było to również wykorzystywane przez młodzież z jak najbardziej inteligenckich domów – ukrywano fakt, że ma się maturę, by tą drogą, przeznaczoną z zasady dla młodzieży robotniczej, łatwiej dostać się na studia. Tak czy inaczej, danych, które bezpośrednio świadczyłyby o poziomie nowych studentów na tle tych przedwojennych, zapewne nie znajdziemy, ale wiele wskazuje na to, że o jakość nauczania dbały przedwojenne kadry.
Bo studentów z rodzin robotniczych i chłopskich na uczelnie ściągnąć można, ale profesorów już niekoniecznie, bo nie ma skąd?
Kadry profesorskie są przedwojenne, bo inne być nie mogą – profesora ani nawet adiunkta państwowym dekretem się nie wyczaruje. Skoro wykładowców kształconych w II Rzeczpospolitej, a nawet przed I wojną światową, było mało, to byli na wagę złota. Oni gwarantowali pewną transmisję etosu, co się zresztą zbiegało z oczekiwaniami wielu studentów i ich rodziców – że choć ludzi studiuje więcej, to ten kierunek powinien zachować nimb elitarności.
Szybkie kariery i awanse zdarzały się wśród praktyków – ja opisuję przypadki, kiedy tuż po wojnie student trzeciego roku zostawał ordynatorem dwóch oddziałów, a świeży absolwent akademii medycznej kierował całym szpitalem. Tu decydowała konieczność, braki kadrowe. Były to też rozwiązania doraźne, pozwalające – jak na przykład w pierwszej historii – etatowemu ordynatorowi wyjechać na urlop, na który nie mógł sobie normalnie pozwolić, bo po prostu nie miał go kto zastąpić.
W pana książce najważniejszym miejscem akcji nie jest ani wieś, ani duże miasto, tylko miasteczko – dlaczego?
Pisząc Lekarzy prowincjonalnych odtwarzałem realia funkcjonowania prowincjonalnej inteligencji w PRL, a ta grupa zawodowa rzadko osiedlała się na wsi. Miasteczko było natomiast przestrzenią usług świadczonych ludności, np. w ośrodku zdrowia, w którym pracowali ci lekarze, pielęgniarki, dawniej też felczerzy, a obok działały pozostałe instytucje. Był jeszcze jeden powód: trochę z przekory chciałem wyjść poza dychotomię miasto-wieś, dominującą w opisie tamtej epoki.
Nowe-stare, wschodzące-zanikające?
Tak, gdy pisze się o mieście w PRL, to o metropolii wznoszonej z gruzów i zasiedlanej przez nowych mieszkańców, ewentualnie o ośrodkach przemysłowych rosnących przy wielkich fabrykach, jak Nowa Huta, Kraśnik, Zambrów czy Puławy. To są miejsca, których wehikułem wzrostu jest industrializacja, a racją bytu – produkcja. Moja historia jest raczej o miejscach, których racją istnienia są usługi dla ludności, bo przemysł, o ile w ogóle istnieje, jest w zaniku. Trochę jak w filmie Ziarnika Miasteczko, z czarnej serii polskiego dokumentu drugiej połowy lat 50. Tam mieszkańcy raczej wyjeżdżają niż przyjeżdżają, a rzemiosło i handel padają – za sprawą bitwy o handel i upaństwowienia, ale też rosnącej produkcji masowej. Do tego w czasie wojny wymordowano ich ludność żydowską, która to rzemiosło i handel w dużej mierze organizowała. W efekcie status tych miejscowości jest bardzo chwiejny – często mają stary, jeszcze średniowieczny układ urbanistyczny, prawa miejskie potraciły w czasach carskich i nie wszystkie odzyskały je później.
A jednocześnie przyciągają ludzi z okolicy?
Tak, bo ludzie ze wsi muszą dość regularnie o to miasteczko zahaczyć. Teoretycznie mogą pojechać, jeśli nie do Warszawy czy Krakowa, to do Rabki czy Otwocka, gdzie dostaną specjalistyczną pomoc. Tyle że to wyprawa często na setki kilometrów, a dostanie się tam jest wyjątkowym błogosławieństwem, a nie oczywistością. W codziennych sytuacjach różne potrzeby zdrowotne mogą jednak zaspokoić w ośrodku zdrowia czy w izbie porodowej – dlatego miasteczko pełni funkcję kotwicy dla całej społeczności, trochę analogicznej wobec kościoła parafialnego.
I w ten sposób ci inteligenci są pasem transmisyjnym rewolucji medycznej, a tym samym modernizacji społecznej?
To jest bardziej skomplikowane. Także dlatego, że niektórzy wielkomiejscy inteligenci – jak jedna z moich bohaterek, która przed II wojną światową studiowała nawet w Bolonii – traktują pobyt na prowincji nieomal jako zesłanie. Tej konkretnej lekarce – Krystynie Modrzewskiej – pochodzącej z Warszawy, już nawet Lublin jawił się jako miasto strasznie prowincjonalne, a co dopiero mówić o Bełżycach, gdzie przez kilka lat praktykowała. O ile w dużym czy nawet średnim mieście wojewódzkim lekarz niewątpliwie należał do nowej klasy hegemonicznej – inteligencji, która wyznaczała standardy dobrego stylu życia i która do mniej wykształconych, nie tylko pacjentów, ale też np. felczerów mogła mówić z góry – o tyle w tych małych miasteczkach ci ludzie wchodzili w przestrzeń, gdzie realizacja tej hegemonii była dużo trudniejsza. Gdzie musieli ciężko pracować na swój autorytet i na to, by ich wiedza przebiła się jako obowiązująca czy w ogóle przydatna człowiekowi.
To jest chyba jakiś paradoks, że w państwie – nominalnie – robotników i chłopów, którym rządziła partia „robotnicza”, przynajmniej z nazwy, hegemonem był wciąż inteligent i tylko na głuchej prowincji musiał swą hegemonię negocjować…
To jest zjawisko, o którym pisali Rafał Smoczyński i Tomasz Zarycki w Totemie inteligenckim: długa rewolucja społeczna, inaczej niż twierdzi Andrzej Leder, zaczęła się jeszcze w wieku XIX, a umocniła w dwudziestoleciu międzywojennym – wynosząc inteligencję do rangi tej klasy, która wytycza kierunek rozwoju. Paradoks polega na tym, że PRL przynosi nie tyle zerwanie, ile przyspieszenie tej tendencji: owszem, to jest nowa inteligencja z awansu, który zawdzięcza często socjalistycznemu państwu, ale figura oświeconego pana jest żywa. Na to się nakłada fakt, że projekt komunistyczny jest, mimo wszystkich zastrzeżeń i wypaczeń, projektem na wskroś oświeceniowym, oczywiście w wersji odgórnej i autorytarnej.
A czy fakt, że to jest państwo autorytarne, zdolne do brutalnych nieraz represji, sprzyja niesieniu oświecenia w lud?
Zależy pod jakim względem. Od lat 50. niemal do końca PRL-u mamy nakazy pracy dla personelu medycznego, więc można absolwenta studiów czy szkoły medycznej wysłać na prowincję, do miejsca, które z jego perspektywy jest gdzieś „na końcu świata” i dokąd niekoniecznie udałby się z własnej woli. Oczywiście to nie zawsze działa…
Opisuje pan przypadek, kiedy młody lekarz dostaje przydział na wsi, widzi sytuację na miejscu – ośrodek zdrowia to cztery ściany z dziurawym dachem, a jeszcze mąż pacjentki próbuje go pobić – więc zabiera się stamtąd natychmiast. W urzędzie mówi, że odpracuje tę pańszczyznę gdziekolwiek indziej, ale w tamto miejsce wołami go nie zaciągną.
Faktycznie, tym bardziej że władze na miejscu czasem nie potrafiła zapewnić nie tylko gabinetu z prądem i kanalizacją, ale też najważniejszego – przyzwoitego lokum. Również dlatego, choć to przecież państwo autorytarne, nakazy pracy są często przedmiotem negocjacji, no i oczywiście – to słowo w PRL kluczowe – „załatwiania” przez znajomości w resorcie i pomniejszych urzędach, rekomendacje promotorów, niewykluczone, że i przez łapówki. Trudno mówić o skali zjawiska, ale wiemy np. ze stenogramów posiedzeń wyjazdowych resortu zdrowia, że w województwach nieustannie toczono dyskusję o brakach kadrowych i często przewijał się wątek: nie pomagają nawet nakazy pracy. A dysproporcje między dużymi i małymi ośrodkami utrzymywały się przez cały okres PRL.
A gdzieś ten przymus i odgórna presja działają?
Odgórna była decyzja o masowym kształceniu nowych kadr; po pewnym czasie było ich na tyle dużo, że mimo oporów dużo lekarzy i pielęgniarek w końcu się na prowincji pojawiło. Druga rzecz, to wspomniana władza logistyczna – prędzej czy później zbudowano te ośrodki zdrowia, a ich obecność w miasteczku czy nawet wsi jakoś zakotwiczała lokalnie politykę ochrony zdrowia wraz z całym pakietem nowej, naukowo podbudowanej wiedzy. Przez instytucje łatwiej było wcielać ją w życie. No i wreszcie kontrola przekazu, czyli monopol na prasę i cenzura, pozwalała na spójną politykę informacyjną, np. w kwestii chorób zakaźnych czy standardów opieki nad dzieckiem. Co, oczywiście, nie zawsze działało – vide wspomniany przypadek szczepień w Nowym Targu – bo też brak swobody dyskusji i różne przymusy nie budowały zaufania do państwa i jego emisariuszy.
Poprzedniemu państwu też nie za bardzo ufano. II Rzeczpospolita miała na wsi twarz nie tylko nauczyciela, ale też np. poborcy podatkowego.
Bo państwo to bardzo długo jest czymś nie tylko opresyjnym, ale i zewnętrznym – mówiąc wprost, miejskim i wielkomiejskim. Mówiłem już o kolumnach szczepiennych czy „białych niedzielach”, na które zdarzało się, że nikt nie przychodził, bo np. w żniwa wszyscy pracowali w polu. Kiedy jednak lekarz osiedlał się w pobliżu, a potem powstała izba porodowa, gdzie kolejne kobiety rodziły dzieci bez chorób i powikłań – to budowało się przyzwolenie społeczne i poczucie, że warto z tego korzystać. To był zresztą niebywały skok modernizacyjny w medycynie: wskaźnik porodów odbywających się w instytucjach ochrony zdrowia wzrósł od trzydziestu paru procent po wojnie do ponad 90 proc. pod koniec lat 60.
To chyba więcej niż na Zachodzie.
A przynajmniej w niektórych krajach Zachodu, na przykład w Holandii czy Niemczech Zachodnich. Była tam na pewno mniejsza presja na poród instytucjonalny, co wynikało z tradycji – wizyt lekarskich przyjmowanych w domu, ale też wyjściowej definicji problemu. W powojennej Polsce chodziło o to, żeby wyciągnąć kobiety rodzące z warunków domowych, bo dobre warunki do porodu łatwiej zorganizować w jednej izbie porodowej we wsi niż zagwarantować higienę w domu, gdzie czasem ludzie śpią na słomie, a lekarz musi owinąć dziecko we własny fartuch. To też była pozostałość po okresie międzywojennym – ci wszyscy inteligenci po medycynie znali przecież statystki umieralności noworodków i matek w okresie połogu, a likwidację tego problemu traktowali wręcz jako misję. Przy czym znów, tu przymus słabo by się sprawdzał, bo też państwo było za słabe, żeby wyegzekwować obowiązek od wszystkich matek – dlatego stawiano na kształtowanie nawyków różnymi metodami.
Na przykład nawyków, by niekoniecznie korzystać z usług znachorów i tzw. babek? Opisuje pan dość przerażające przypadki błędów przy porodach wynikających z niewiedzy medycznej i kończących się śmiercią lub uszkodzeniem ciała matki…
Jeśli chodzi o tzw. babki, to rzeczywiście jako zjawisko masowe właściwie znikają za sprawą upowszechnienia izb porodowych, natomiast zjawisko znachora nie zniknęło nawet do dzisiaj, tylko zmieniło funkcję – z lekarza pierwszego kontaktu do cudotwórcy. We wspomnieniach lekarzy z późniejszych dekad PRL czytamy, że rozmaici uzdrowiciele to nie jest już żadne zjawisko wiejskie, tylko jeżdżą do nich ludzie z miasta, ze wszystkich warstw społecznych – jak do słynnego Clive’a Harrisa, „bioenergoterapeuty” z Wielkiej Brytanii, który w latach 70. i 80. przyjmował setki tysięcy chorych, między innymi w kościołach. O ile tuż po wojnie popularność znachorów wynikała po prostu z ich dostępności, fizycznej i kulturowej, swojskości i słabej dostępności lekarzy, o tyle z czasem dostęp do nowoczesnej medycyny ograniczył ich funkcje. Już nie leczyli ran ziołami ani nie nastawiali złamań, natomiast często byli ostatnią instancją i źródłem nadziei dla zdesperowanych ludzi, którym PRL-owska służba zdrowia nie mogła zaoferować ratunku.
Pisze pan, że część potrzeb zdrowotnych trzeba było dopiero… stworzyć. Co to właściwie znaczy? Rozumiem, że np. codzienna higiena to kwestia wymagająca pewnej wiedzy ogólnej, ale już choroba jest chyba odczuwana… obiektywnie? Może pacjent nie wie, na co dokładnie jest chory, ale że go boli, to przecież zauważa?
To często jest kwestia zmiany pewnych obowiązujących „oczywistości”. Weźmy przykład gruźlicy – problemy z tą chorobą wynikały między innymi z faktu, że była to rzecz bardzo oswojona, mało spektakularna w gruncie rzeczy. Bo np. polio było spektakularne: nagle dziecko przestawało chodzić, traciło władzę w nogach, nie mogło oddychać, wyglądało to dramatycznie. Natomiast z gruźlicą „się żyło”. Kojarzę relacje o tym, że w jakimś domu babcia z gruźlicą spała w jednym łóżku z dzieckiem. To było coś tak oczywistego i rozpowszechnionego, że nie odczuwano pilnej potrzeby działania. Podobnie było ze śmiercią matek i dzieci przy porodzie czy chorobami dzieci, jak tyfus, dur, czerwonka czy krzywica – często odwoływano się do wyroków losu lub woli bożej. Jeśli mamy i wysoką dzietność, i wysoką śmiertelność dzieci, to to jest część naturalnego porządku rzeczy, którą można sobie jakoś zracjonalizować.
Ale wypadek przy pracy zracjonalizować chyba trudniej…
Kwestia pracy jest tu kluczowa. Bo przełamywanie starych nawyków było o tyle trudne, że im dalej było do lekarza, tym więcej roboczogodzin czy dniówek trzeba było poświęcić, żeby się do niego udać. Jedna sprawa, że nie ma takiego zwyczaju, że „się nie chodzi” do lekarza, ale druga, że aby to zrobić, trzeba przestać pracować. W okresie żniw to jest niemal niemożliwe, bo przerzuca się obowiązek na innych, zazwyczaj członków rodziny, i tak już przeciążonych. No chyba że stan jest tak zły, że już się fizycznie nie da pracować.
Tylko wtedy może być za późno. A lekarz za głowę się łapie, pyta, czy pacjent zwariował i sarkastycznie dodaje, że jeszcze dłużej trzeba było z tą otwartą raną, złamaniem czy widocznym guzem nowotworowym chodzić…
Stąd szpital kojarzony był jako miejsce, gdzie się umiera, bo docierało się tam wtedy, gdy było naprawdę tragicznie, a warunki transportu czasem tak pogarszały stan chorego, że furmanką dowożono na miejsce zwłoki. Dlatego moim zdaniem o zaniesieniu przez PRL rewolucji medycznej na polską prowincję ostatecznie zadecydowało skracanie dystansu – to ono pozwalało przerwać transmisję międzypokoleniową fatalnych doświadczeń z ochroną zdrowia. Felczer lub lekarz na miejscu, ośrodek zdrowia, do którego można dojechać, z czasem ambulans, który można wezwać. Opisuję taką historię, kiedy lekarz na odległej wsi organizuje pomoc – wie, że karetka dojedzie tylko do określonego punktu i dalej nie. Dzwoni do Białegostoku, żeby przysłali ją w dane miejsce, a potem synchronizuje to z dowiezieniem chorego furmanką. To brzmi jak gigantyczna prowizorka, ale jednak się dzieje – pacjent dostanie pomoc, na którą dekadę wcześniej nie miałby szans. Ci ludzie doświadczają sprawstwa, jakiejś skuteczności państwa po raz pierwszy… w dziejach.
**
Marcin Stasiak (ur. 1982) – historyk, adiunkt w Katedrze Antropologii Historycznej i Teorii Historii w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor książek Lekarze prowincjonalni oraz Stadion na peryferiach (wraz z Martą Kurkowską-Budzan), a także pracy Polio w Polsce 1945–1989. Studium z historii niepełnosprawności, która została wyróżniona Nagrodą Historyczną „Polityki” w 2022 roku w kategorii monografie naukowe.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!