Wyobraźmy sobie, że jest rok 2036. Wojna polsko-rosyjska dobiegła końca. Nie była to wojna totalna. Rosyjskie czołgi nie zajęły Warszawy, ale nie była to już także wojna hybrydowa, do której Europa przyzwyczaiła się w poprzedniej dekadzie: cyberataki, sabotaż, dezinformacja. W pewnym momencie granica została przekroczona. Doszło do otwartego konfliktu między Rosją a Polską i jej sojusznikami.
W 2036 roku Władimira Putina nie ma już na Kremlu. Podpisano pierwszy traktat pokojowy. W Polsce i innych krajach regionu leczy się rany i prowadzi pierwsze spory o to, kto zawinił, kto ostrzegał, kto nie chciał słuchać i czy wojny można było uniknąć. Historycy zaczynają robić to, co historycy robią po każdej katastrofie: wracają do lat poprzedzających jej wybuch. Szukają znaków i pytają: co ludzie wtedy wiedzieli? Czego się bali? Czy przeczuwali, co nadchodzi? Jak o tym rozmawiali? A może najważniejsze pytanie brzmi inaczej: o czym nie rozmawiali?
Jednym ze źródeł są filmy. W starej europejskiej tradycji istnieje figura poeta vates – poety-wieszcza, artysty, który widzi więcej niż inni i potrafi przeczuć to, czego jego współcześni nie potrafią jeszcze nazwać. Nie musi wiedzieć, co dokładnie się wydarzy, ale potrafi wyobrazić sobie to, co wydaje się niewyobrażalne: katastrofę, zagrożenie, czasem także coś wspaniałego. W naszych czasach takim vates może być również reżyser filmowy. Nie musi niczego udowadniać ani z niczego się tłumaczyć, może za to myśleć o tym, czego inni nie chcą albo jeszcze nie potrafią pomyśleć.
Wyobraźmy sobie więc historyka kultury, który pewnego dnia otwiera program 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni z września 2026 roku, żeby dowiedzieć się właśnie tego: co polscy filmowcy widzieli i przeczuwali w jednym z najbardziej napiętych okresów najnowszej historii Polski?
Można przypuszczać, że bardzo by się zdziwił.
Ogląda pierwszy film. Potem drugi i następny. I pojawia się problem. Przecież to był rok 2026. Napięcie w stosunkach z Rosją rosło, w relacjach polsko-ukraińskich pojawiało się coraz więcej konfliktów, do wyborów parlamentarnych pozostawał rok, a prawica znów rosła w siłę. A w kinie? Wojny prawie nie ma. Nie ma Ukrainy. Nie ma strachu przed Rosją. Nie ma Polski jako państwa frontowego. Nie ma doświadczenia życia obok kraju bombardowanego od ponad czterech lat. Nie ma pytania o to, co znaczy bezpieczeństwo w państwie, które wydaje coraz większą część swoich zasobów na obronę.
Także wielkie konflikty polityczne ostatniej dekady pozostają zaskakująco słabo widoczne. Zamiast tego historyk trafia do roku 1939. Potem do stalinizmu i do PRL-u. A kiedy polskie kino opuszcza przeszłość, potrafi przeskoczyć własną teraźniejszość i znaleźć się od razu w dystopijnej przyszłości. Dla historyka z 2036 roku ta nieobecność byłaby zapewne bardziej uderzająca niż dla widza siedzącego we wrześniu 2026 roku w Gdyńskim Centrum Filmowym.
Kino, które potrafi
Najłatwiejszym wyjaśnieniem byłoby stwierdzenie, że polskie kino po prostu nie potrafi już opowiadać. Tyle że to nieprawda. Ostatnie kilkanaście lat było jednym z najlepszych okresów polskiej kinematografii po 1989 roku. Ida i Zimna wojna Pawła Pawlikowskiego, Boże Ciało Jana Komasy i wiele innych filmów udowodniły, że polscy reżyserzy, operatorzy, scenarzyści i aktorzy potrafią tworzyć kino na najwyższym europejskim poziomie.
Co więcej, właśnie historia była jednym z obszarów, w których to kino okazywało się najbardziej oryginalne. Polskie kino potrafi bardzo dużo – i właśnie dlatego nie tylko ja, lecz także wielu polskich krytyków wyjeżdżało z tegorocznej Gdyni z poczuciem niedosytu. Oczekiwania wobec tej kinematografii są po prostu większe.
Żeby nie było nieporozumień: nie oczekuję oczywiście, że współczesny polski film powinien ilustrować pierwsze strony gazet. Reżyser nie jest komentatorem telewizji informacyjnej. Od pomysłu przez finansowanie i zdjęcia do premiery mijają lata. Kino z natury reaguje wolniej niż dziennikarstwo. Nie chodzi więc o pytanie, dlaczego w Gdyni nie pokazano filmu o wydarzeniu sprzed trzech miesięcy. Chodzi o coś większego – o uderzająco małą liczbę filmów, które w ogóle próbowały zmierzyć się z napięciami kształtującymi polską rzeczywistość ostatnich lat.
Wojna w Ukrainie trwała przecież nie od trzech miesięcy. Kryzys na granicy z Białorusią również nie był nowym wydarzeniem. Podobnie jak polityczna polaryzacja, spór o praworządność czy doświadczenie milionów Ukraińców, którzy od 2022 roku przeszli przez Polskę albo w niej zamieszkali. I właśnie to zaczyna irytować: nie brak szybkiej reakcji na bieżące wydarzenia, lecz wrażenie, że całe obszary polskiej teraźniejszości pozostają dla polskiego kina niemal niewidzialne. Krytyk siedzi więc w fotelu, ogląda kolejny film i po jakimś czasie zaczyna zadawać sobie niewygodne pytanie: czy polscy artyści po prostu boją się zmierzyć z tym materiałem?
Historia, której znamy zakończenie
Najważniejszą nagrodę festiwalu, Złote Lwy, otrzymało Przez ścianę Macieja Sobieszczańskiego. Żeby uniknąć nieporozumienia: jest to film doskonały.
Warszawa, koniec lat czterdziestych. Polska znajduje się pod stalinowską władzą. W więzieniu przy Rakowieckiej siedzi młoda kobieta. Za ścianą znajduje się mężczyzna. Nie mogą się zobaczyć. Nie mogą normalnie ze sobą rozmawiać. Zaczynają więc wystukiwać wiadomości alfabetem Morse’a. Z wiadomości rodzą się rozmowy, z rozmów bliskość, a w końcu miłość między dwojgiem ludzi, którzy nigdy się nie widzieli.
Sobieszczański nie zamienia ich historii w wielką rekonstrukcję stalinizmu. Przeciwnie. Film jest surowy, niemal ascetyczny. Dzięki tej redukcji terror staje się czymś fizycznym. Maria Dębska niesie film niezwykłą obecnością. Nieprzypadkowo Przez ścianę zdobyło nie tylko Złote Lwy, ale również nagrodę dziennikarzy, kin studyjnych i dyskusyjnych klubów filmowych. Był to jeden z tych rzadkich festiwalowych zwycięzców, wokół których spotkały się różne grupy widzów.
Być może takie historie tak dobrze działają w Polsce również dlatego, że są polityczne, ale dotyczą epoki zamkniętej. Znamy jej zakończenie, znamy język, którym o niej mówimy, wiemy, gdzie znajdował się aparat przemocy, a gdzie jego ofiary. Moralne współrzędne zostały już w dużej mierze ustalone. Nie oznacza to, że nie można ich komplikować – właśnie dobry film powinien to robić – ale reżyser wchodzi na teren, którego podstawowa mapa jest już narysowana. Dlatego polskie kino tak chętnie do tych historii wraca, a znacznie rzadziej próbuje opowiedzieć o rzeczywistości, dla której takiej mapy jeszcze nie ma.
PRL: trauma, która stała się dekoracją
Filmy o stalinizmie i PRL-u mają dziś w polskim kinie wyraźną koniunkturę właśnie z tych powodów. PRL nie jest już tylko historią polityczną, stał się także estetyką. Można potępiać system, a jednocześnie z przyjemnością oglądać jego materialny świat: Żuki i Nysy, kożuchy, papierosy, neony, meblościanki, telefony z tarczą, charakterystyczne okulary, zasypane śniegiem ulice. W Zimie pod znakiem Wrony można niemal poczuć ten świat. PRL stał się jednocześnie traumą i kostiumem. To połączenie doskonale nadaje się do kina popularnego. Widz otrzymuje polityczny konflikt, ale również podróż do rozpoznawalnego świata. Starsi pamiętają jego przedmioty, muzykę i obyczaje, młodsi znają je już jako retro.
Dobrym przykładem jest pokazany w Gdyni Mniej obcy Kristoffera Rusa, film inspirowany życiem Jana Borysewicza, lidera Lady Pank. To historia muzyka, ale zarazem historia późnego PRL-u: buntu, konfliktów z władzą i rock’n’rolla jako obietnicy wolności. Netflix, który w październiku wprowadził film na swoją platformę, sam opisuje go jako opowieść o artyście dorastającym w rzeczywistości, w której muzyka stawała się przestrzenią buntu i namiastką wolności.
To niemal idealny produkt pamięci: można jednocześnie przypomnieć sobie represyjność systemu, posłuchać Lady Pank i przez dwie godziny zamieszkać w atrakcyjnie zrekonstruowanej wersji lat osiemdziesiątych. Historia została oswojona. Można do niej wejść, przeżyć konflikt, wzruszenie i nostalgię, a potem bezpiecznie z niej wyjść.
A jednak Gdynia widziała współczesność
Stwierdzenie, że Gdynia 2026 w ogóle nie interesowała się współczesną Polską, byłoby nieco na wyrost. Jednym z najlepszych filmów festiwalu były Fluidy, pełnometrażowy debiut Marii Wider, który otrzymał nagrodę Jury Młodych, a krytycy słusznie wskazywali go jako jedno z odkryć tegorocznego festiwalu.
Nina ma siedemnaście lat i wakacje, których nie chce. Zamiast zostać w mieście, jedzie na mazurską wieś do dawno niewidzianego ojca. Jest z nią młodsze, niebinarne rodzeństwo Miki. Ojciec próbuje odbudować więź z dziećmi. Nina poznaje Kamila, eksperymentuje z własną seksualnością, nudzi się, złości, pożąda, obserwuje. Fabularnie dzieje się niewiele. I właśnie na tym polega siła filmu.
Wider nie robi z tego filmu interwencyjnego, dlatego Fluidy są dla mnie tak interesujące. Bo pokazują, że polskie kino roku 2026 potrafiło patrzeć na teraźniejszość. Tyle że kiedy patrzyło na nią z bliska, znajdowało przede wszystkim ciało, tożsamość, seksualność. Są to sprawy polityczne w szerokim znaczeniu tego słowa. Ale jest to inny rodzaj polityczności niż ten, którego szukałby historyk próbujący zrozumieć Polskę stojącą kilka lat przed konfliktem z Rosją.
Dwie Polski mówią o uczuciach
Jeszcze ciekawszy jest zdobywca Srebrnych Lwów, Powiedz mi, co czujesz Łukasza Rondudy. To film o miłości, ale jego najciekawszy konflikt ma charakter klasowy. Patryk i Maria należą do świata sztuki, lecz pochodzą z dwóch różnych rzeczywistości. Ona z zamożnego warszawskiego domu i środowiska, które dysponuje językiem terapii, emocji, traumy i samorealizacji, on – z prowincji, z rodziny, w której życie organizują choroba, pieniądze, społeczny awans i konieczność radzenia sobie. Ich spotkanie staje się spotkaniem dwóch języków. I nagle proste pytanie: „Powiedz mi, co czujesz” przestaje być banalne. Bo możliwość nieustannego analizowania własnych uczuć również jest przywilejem. Człowiek, który martwi się chorobą w rodzinie albo pieniędzmi, nie zawsze posiada luksus zastanawiania się, czy jego potrzeby emocjonalne zostały właściwie nazwane.
Ronduda robi więc coś bardzo interesującego: przez historię miłosną opowiada o klasach społecznych. To jedna z trafniejszych diagnoz współczesnej Polski pokazanych podczas całego festiwalu. Polskie kino potrafiło opowiedzieć o współczesnych Polakach. Znacznie trudniej przychodziło mu opowiedzieć o współczesnej Polsce.
To prawdziwa zagadka Gdyni 2026. Kiedy kamera zbliżała się do pojedynczego człowieka, widziała bardzo dużo: ciało, seksualność, rodzinę, klasę, samotność, język terapii, lęk przed społecznym spadkiem. Kiedy jednak miała zrobić krok wstecz i spojrzeć na kraj jako całość – państwo żyjące obok wojny, społeczeństwo zmienione przez migrację, rosnące napięcie geopolityczne – obraz nagle stawał się mniej wyraźny. Jakby współczesnego Polaka można było już opisać, ale współczesna Polska wciąż wymykała się opowieści. Dlatego tak kusząca okazuje się przeszłość. Teraźniejszość, z całą jej polityczną niepewnością i poczuciem zagrożenia, trzeba dopiero narysować.











Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!