⚔️ We wrześniu 2026 roku Huti rozpoczęli nową ofensywę na zachodnim wybrzeżu Jemenu, zajmując port w Mokce oraz strategiczne pozycje w rejonie cieśniny Bab al-Mandab.
🚢 Bab al-Mandab łączy Morze Czerwone z Zatoką Adeńską i jest jednym z kluczowych szlaków żeglugowych między Azją a Europą. Przejęcie kontroli nad jego jemeńskim brzegiem daje Hutim większe możliwości wpływania na transport morski i handel międzynarodowy.
🏚️ Nowe walki wywołały kolejną falę przesiedleń w kraju. Tysiące Jemeńczyków próbują też przedostać się przez Morze Czerwone do Dżibuti.
Człowiek z ekranu monitora jednym rozkazem zamyka cieśninę i paraliżuje handel międzynarodowy. Sztuczna inteligencja, a może Pegasus? Blitzkrieg. Mokka w rękach rebeliantów Huti – a może już nie? Strącony saudyjski F-35. Ogromny arsenał, stale uzupełniany. Ponad 130 tys. wewnętrznych uchodźców w ciągu dwóch tygodni. Tysiące próbują przedostać się do Dżibuti, które prosi wspólnotę międzynarodową o pomoc. Jemen, wrzesień 2026 roku.
76 tysięcy bojowników. Huti zdobywają Bramę Łez
Abdulmalik al-Huthi, lider Ansar Allah, ostatni raz spotkał się ze zwolennikami w swojej rodzinnej prowincji Sa’ada na północy Jemenu, był 2015 rok. Osłaniała go kuloodporna klatka. Teraz przemawia tylko z ekranu lub głośników. Sana od września 2014 r. jest w rękach rebeliantów Huti. Na terenach znajdujących się pod ich kontrolą mieszka około dwóch trzecich ludności kraju – nawet ponad 28 milionów ludzi. Dziennikarze, aktywiści, działacze społeczni – wszyscy podejrzewani o nieprawomyślność trafiają do więzień. Tam z głośników płynie głos najwyższego przywódcy. Przez okrągłą dobę. Więzień jest przetrzymywany w pozycji stojącej, przy oślepiającym świetle. Zarzut? Zawsze ten sam: szpiegostwo na rzecz Mossadu i CIA.
W pierwszych dniach września Huti przeprowadzili spektakularną ofensywę na zachodnim wybrzeżu Jemenu, często określaną przez media jako blitzkrieg.
10 września zajęli Mokkę i wyspy w cieśninie Bab al-Mandab, czyli Bramie Łez, która w najwęższym miejscu ma ponad 30 km. Byli na to dobrze przygotowani. Od 2023 roku, po izraelskich atakach, nasilili mobilizację. Na początku września mieli na zachodnim wybrzeżu 76 tysięcy bojowników. Płynie do nich chińska i rosyjska broń. Są sprawdzone szlaki i łańcuchy dostaw – przez Dżibuti lub Erytreę. Z większego statku towar przeładowuje się na mniejsze łodzie. Przez niezbyt szczelną granicę z Omanem docierają komponenty, które można poskładać na miejscu.
Broni i amunicji jest na tyle dużo, że można ją sprzedawać Asz-Szabab – Ruchowi Młodzieży Mudżahedińskiej, islamistycznej organizacji terrorystycznej z Somalii. Somalijscy terroryści działają jak transgraniczna korporacja obracająca miliardami dolarów.
„Epickie spierdolenie sprawy”. Huti wiedzą, jak korzystać z AI
Arsenał rebeliantów Huti jest stale uzupełniany. W lipcu ubiegłego roku siły generała Tarika Saleha – kluczowego jemeńskiego dowódcy wojskowego – przejęły ponad 750 ton amunicji i broni z Iranu. Generał Michael Erik Kurilla, ówczesny dowódca USCENTCOM – jednego z jedenastu zjednoczonych dowództw bojowych amerykańskich sił zbrojnych – pogratulował władzom Jemenu. Ale to nie siły rządowe odbiły transport. To NRF, wojska Saleha, wspieranego przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Generał jest bratankiem byłego prezydenta Jemenu Alego Abdullaha Saleha, zamordowanego przez Hutich w grudniu 2017 roku. Najpierw był ich stronnikiem. Potem związał się z Arabią Saudyjską. Huti nie wybaczają, więc Tarik uciekł z Sany. Wkrótce potem zaczął formować swoje wojska.
Znaczną ich część – około 10 tysięcy żołnierzy – zgromadził w okolicach Mokki na zachodnim wybrzeżu Jemenu, na południe od Hudajdy. Arsenał był potężny, ale ofensywa Hutich – błyskawiczna. Wojska Tarika na jego rozkaz błyskawicznie się wycofały. 10 września Huti zajęli Mokkę. Stacja CNN określiła sytuację jako „f**k-up of epic proportions”, co można przetłumaczyć jako „epickie spierdolenie sprawy”.
Zaczęło się szukanie winnych. Jemeńska laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, Tawakul Karman, uaktywniła się z oskarżeniem o zdradę stanu. Nie była odosobniona. Generał Tarik wraz z bratem tłumaczą się teraz w Rijadzie.
Zdrady chyba jednak nie było. Zamiast niej – prawdopodobnie sztuczna inteligencja. Wykorzystano wizerunek i głos generała, by wezwać jego wojska do wycofania się. Wystarczy 30 sekund oryginalnego materiału – w przypadku osoby publicznej, jaką jest Tarik, zadanie nie było trudne. „Bohaterowie! Trzeba się wycofać, to posunięcie taktyczne” – brzmiał komunikat. W jemeńskich mediach społecznościowych pojawiły się też opowieści o wykorzystaniu Pegasusa. Nie ma to najpewniej wiele wspólnego z prawdą, ale pokazuje, jak daleko jesteśmy od amerykańskich wyobrażeń o rebeliantach Huti jako obszarpańcach w klapkach, wymachujących wysłużonymi kałachami.
Jak aktor niepaństwowy – de facto ugrupowanie terrorystyczne – zgromadził taki arsenał i był w stanie przeprowadzić tak błyskawiczną ofensywę? Na razie nie wiadomo. Odpowiedzi może być kilka. Lekceważenie przeciwnika to prawie zawsze przepis na katastrofę. Do tego podejście na zasadzie „za trudne, niech zrobią to inni’ – mało kto chciałby angażować w Jemenie swoje siły lądowe. Na pewno nie Stany Zjednoczone. Nie Arabia Saudyjska, która chce jak najszybciej uwolnić się od problemu. Ale czym bardziej chce, tym więcej ataków Hutich na jej terytorium. Rijad poprosił nawet Syrię o zaangażowanie w walkę na jemeńskim lądzie. Pytanie, kto nie wyraził zgody – prezydent Ahmad Asz-Szara, czy raczej Abu Muhammad al-Dżaulani? To kunja [przydomek – przyp. red.] obecnego prezydenta z czasów, gdy był on namiestnikiem Al-Kaidy w Mosulu, a potem tworzył swoją własną organizację ściśle powiązaną z ugrupowaniem stworzonym przez Bin Ladena.
Gdzie są Rijad z Waszyngtonem? Jemen jako gorący kartofel
Rijad prosi Pekin, żeby poprosił Teheran, żeby poprosił Hutich, aby powstrzymali ofensywę. A saudyjski minister apeluje do Izraela o udostępnienie danych wywiadowczych, by skutecznie przeciwstawić się Hutim. Amerykański sekretarz stanu zapewnia, że Stany dotrzymują zobowiązań i stoją po stronie Arabii Saudyjskiej, ale ten konflikt ma korzenie sięgające znacznie dalej w przeszłość, niż współpraca między oboma krajami. O wsparciu poinformowała natomiast Wielka Brytania – RAF zapewni tankowanie saudyjskich samolotów w powietrzu.
Sytuacja na zachodnim wybrzeżu po raz kolejny pokazała, jak bardzo podzielony jest jemeński rząd – widać to także w siłach zbrojnych i sposobie dowodzenia. A Huti są zjednoczeni. Jeden głos, jedna ideologia. Lider jest coraz bardziej odklejony od rzeczywistości i zapatrzony w Koreę Północną, ale wciąż potrafi wyprowadzić milion osób na ulice Sany. Tym łatwiej, że nadal powtarza, iż wyzwoli Palestynę. Niewykluczone, że sam w to wierzy – tak jak i w to, że jego władza powinna objąć Mekkę. Jest w stanie zebrać wszystkich mężczyzn w Mokce i zmusić do udziału w propagandowym wydarzeniu. Rozlega się gromkie „śmierć Ameryce, śmierć Izraelowi”, to samo hasło widnieje na arkuszach. Taki film emituje się później w innych miastach i pokazuje, jak cieszą się mieszkańcy „oswobodzonej” Mokki.
Ucieczka do Adenu lub obozów w Dżibuti
Wiele rodzin z regionu uciekło, żeby chronić synów przed werbunkiem. Za jednego można otrzymać odpowiednik 85 dolarów. Coraz częstsze są przypadki wcielania nieletnich do wojska bez zgody rodziców. Setki dzieci walczą nie tylko na zachodnim wybrzeżu, ale także w Marib, prowincji bogatej w ropę i gaz, pozostającej w rękach sił rządowych – to jeden z czterech głównych frontów trwającej wojny. Liczba najmłodszych ofiar śmiertelnych może zbliżać się do setki.
Tuż przed zajęciem Mokki 117 dziennikarzy zdołało uciec. Większość najpewniej znalazła schronienie w Adenie, pozostającym pod kontrolą sił rządowych. Są wykształceni, mają kontakty. Nawet jeśli uciekli tak, jak stali, pewnie sobie poradzą.
Znacznie trudniej mają ludzie niepiśmienni, którzy muszą przeżyć za kilka dolarów dziennie. Niektórzy już nieraz uciekali przed wojną. Od początku września domy musiało opuścić ponad 130 tysięcy osób, głównie z prowincji Taiz. Ponad 3 tysiące dotarły do Dżibuti.
Kilka kilometrów od portowego miasteczka Ubuk od 2015 roku działa założony przez UNHCR obóz Markazi dla jemeńskich uchodźców. Zwykle mieszka tam około 2 tysięcy osób. Jedni w saudyjskich kontenerach, inni w namiotach. Część kontenerów stoi pusta, bo ich mieszkańcy wyjechali do stolicy w poszukiwaniu dorywczej pracy. Teraz władze obozu razem z policją otwierają je siłą dla nowo przybyłych.
Ale miejsc i tak brakuje. Zdecydowana większość uchodźców koczuje stłoczona pod jednym obszernym dachem. Konstrukcję wzniesiono pięć lat temu jako miejsce zabaw dla dzieci, spotkań obozowej społeczności i dystrybucji pomocy humanitarnej.
Dach jest ważny. W Dżibuti przez większą część roku na niebie nie ma ani chmurki. Grudzień i styczeń – dwa najchłodniejsze miesiące – to i tak ponad 30 stopni.
Najłatwiej było rybakom. Do łodzi zapakowali rodziny i dobytek, w tym kozy, i przepłynęli do Ubuk. Trudno powiedzieć, czym będą te kozy karmić. Tam naprawdę nic nie rośnie.
Nima jest w Markazi z mamą i rodzeństwem od początku, czyli przez większość swojego życia. Rozmawia z nowo przybyłymi, dzieli się tym, co ma. Brakuje wody i jedzenia, chociaż władze Dżibuti starają się wesprzeć kolejnych uchodźców. Sama uciekła z Sany przed bombardowaniami w 2015 roku.
– Nikt nie chce wracać – mówi mi Nima. I dodaje: – Nas naprawdę nie obchodzi, kto to robi, która strona jest winna. Chcemy tylko żyć.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!