Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czy w sensie ekonomiczno-społecznym małżeństwo Łęckiej z Wokulskim miało sens?

O specyfice gospodarki Królestwa Polskiego po powstaniu styczniowym, czyli miejsca akcji „Lalki” Prusa, od uwarunkowań politycznych i infrastrukturalnych po listę najbogatszych mieszkańców – opowiada autor książki „Pożegnanie z pańszczyzną. Historia gospodarcza Polski od rozbiorów do dziś”.

Rozmowa
Serce

2

Michał Sutowski: Czy Kraj Nadwiślański – bo tak nazywało się miejsce akcji Lalki Prusa – to było dobre miejsce do robienia interesów? 

Piotr Koryś: O tyle dobre, że tania siła robocza w pobliżu granicy krajów wyraźnie zamożniejszych nieźle nadawała się do produkowania prostych produktów na użytek klienta zachodniego. Do tego część prawa gospodarczego w Królestwie, a potem w Kraju Nadwiślańskim, w przeciwieństwie do reszty Rosji pozostała jeszcze po Napoleonie i przetrwała, trochę siłą inercji, aż do 1914 roku. Dzięki temu było dużo bardziej czytelne dla zachodniego przedsiębiorcy. To oczywiście pozytywnie odróżniało gubernie nadwiślańskie od reszty Cesarstwa.

Geograficznie to były jego peryferie, więc dlaczego jednak się rozwijały? 

Peryferiami, ale wysuniętymi najdalej w stronę europejskiego centrum gospodarczego. Zatem z punktu widzenia kapitału zachodniego to położenie miało plusy, bo robienie tu biznesu dawało dostęp do wielkiego rynku rosyjskiego – granicę celną Królestwa z resztą imperium zniesiono przecież w 1850 roku. Z drugiej strony aktywa lokowano relatywnie blisko ważnych ośrodków europejskich: niemieckiego Śląska i Austrii. W takich warunkach pierwszym wyborem dla inwestorów była oczywiście Łódź i okolice z przemysłem bawełnianym i wełnianym, Warszawa oraz Zagłębie Dąbrowskie – wszystko to, co znajdowało się wzdłuż kolei warszawsko-wiedeńskiej, zbudowanej w latach 40. XIX wieku. 

Czytaj także Mamy w Polsce długą historię elit, które na kryzys reagowały zaciskaniem cudzego pasa Michał Sutowski

Prowadzącej, przypomnijmy, przez Skierniewice, Piotrków, Częstochowę aż do granicy z Austrią pod Sosnowcem.  

I tam właśnie powstawały miasta tworzące jeden z największych w całym Cesarstwie ośrodków przemysłowych. Natomiast gdybyśmy wtedy pojechali do Lublina, do Suwałk, do Łomży czy Płocka, to tam nie było nic: przemysł był właściwie tylko w guberni piotrkowskiej i warszawskiej, z nieznacznym udziałem guberni kieleckiej i radomskiej, z dwoma naprawdę dużymi miastami. Gdzie indziej niespecjalnie opłacało się inwestować, choćby z braku infrastruktury i kadr – huta w Ostrowcu Świętokrzyskim to wyjątek.  

Rozumiem, że wielkim plusem tych dwóch guberni jest bliskość Austrii, później Austro-Węgier, do tego Niemiec – ale czy dla właściwej stolicy, tzn. Petersburga, to jest obszar, w którym świadomie kształtuje się warunki dla biznesu? Prowadzi się jakąś politykę przemysłową? 

Jeśli świadomie, to tak, by były jak najgorsze. Najtrudniej było oczywiście zdobyć pozwolenie na budowę kolei. Nie dość, że na zachód od Wisły budowano „normalne”, a na wschód – szerokie tory, jak w reszcie imperium, to władze carskie obawiały się, że w razie konfliktu z Prusami, a później Niemcami, nowoczesne armie wroga po tych torach wjadą po prostu w głąb Cesarstwa. Wreszcie z powodów politycznych od lat 80. XIX wieku Petersburg wolał ściągać zachodni – francuski czy niemiecki – biznes np. do Donbasu, więc nie dość, że podniesiono w zachodnich guberniach podatki, to infrastruktury transportowej budowano mało, w dwóch układach torów, a nieraz po prostu… bez sensu. 

Tzn. z sensem, ale dla wojska? Żeby połączyć np. forty, twierdze, miejsca stacjonowania armii rosyjskiej? 

Weźmy przykład: na początku XX wieku powstała linia, która przez Siedlce prowadziła tysiąc kilometrów w głąb Rosji i urywa się może nie pośrodku niczego, ale w Bołogoje, stacji przesiadkowej w pół drogi między Petersburgiem a Moskwą. Miała ona dowozić wojsko w rejon zachodniej granicy imperium, ale poza tym nie obsługiwała żadnych potrzeb gospodarczych, które wiązałyby gubernie zachodnie z resztą Cesarstwa. Do dziś spora jej część w Rosji od Połocka jest jednotorowa i niezelektryfikowana. A jeszcze wydano na nią tak dużo pieniędzy, że już nie starczyło na zakup porządnego i licznego taboru. W rezultacie w ogóle mało co tam jeździło; utuczył się tylko kapitał francuski, który zbudował ją z kolosalną marżą. A budowa rzeczywiście potrzebnej kolei warszawsko-kaliskiej ślimaczyła się strasznie, hamowana celowo decyzjami administracyjnymi, a do tego zbudowano ją jako szerokotorową, choć prowadziła do Niemiec. 

Intelektualiści, historycy i ekonomiści w Polsce spierali się o to, czy okres rozbiorów przyniósł ziemiom polskim rozwój, czy niekoniecznie. Róża Luksemburg wskazywała na rolę ogromnego rynku rosyjskiego dla industrializacji, Jan Sowa na politykę odgórnych, ale radykalnych reform społecznych władz zaborczych. Rozwijało się zatem to Królestwo czy się nie rozwijało? 

Historiografia polska, z lat 60. XX wieku i późniejsza, wyraźnie przeszacowuje wzrost gospodarczy zachodnich ziem polskich pod zaborem rosyjskim – nie tylko z powodów ideologicznych, po prostu część danych jest trudna do interpretacji. Gdy się im jednak uważnie przyjrzeć, to dynamika rozwoju Królestwa Polskiego, a potem Kraju Nadwiślańskiego jest słabsza niż dynamika rozwoju np. Węgier w tym samym okresie. No i trzeba dodać, że ten rozwój w ogóle zaczyna się dość późno…

Minister Staszic jeszcze przed 1820 roku budował w Królestwie huty, to miało być zagłębie staropolskie…

Stanisław Staszic wraz z księciem Druckim-Lubeckim, choć chcieli naśladować Europę Zachodnią, nie do końca rozumieli ideę jej rozwoju gospodarczego. Zbudowali coś na wzór przedsięwzięć znanych ze środkowej Anglii, z okresu wczesnej rewolucji przemysłowej, jeszcze sprzed wieku pary – w duchu fabryk braci Derby w Coalbrookdale. To był taki ciąg produkcyjny: wielkie piece, fryszarki i walcownie ułożone wzdłuż rzek Kamiennej i Bobrzy, gdzie wodą spławiano część produkcji i napędzano maszyny. 

Czyli technologie były spóźnione o pół wieku albo i cały wiek?

W ogóle technologie trafiają na peryferie z opóźnieniem. Tu rzeczywiście często wynosiło ono kilka dekad już w momencie inwestycji. Ale też brakowało dróg, więc nie było do końca wiadomo, dla kogo jest ta produkcja. Poza tym Góry Świętokrzyskie tradycyjnie były własnością i zapleczem gospodarstwa biskupów krakowskich, a więc Małopolski – tyle że po rozbiorach Małopolska znalazła się w innym kraju. Z tego między innymi wynikały kłopoty Królestwa Polskiego, które Jerzy Jedlicki opisuje w książce Nieudana próba kapitalistycznej industrializacji. Ciężko jest robić biznes od góry, bez popytu i infrastruktury, a tylko z polityczną wizją. A zwłaszcza, gdy nie ma spójnej definicji celów i narzędzi polityki. 

A od dołu?

Prywatny biznes wystartował po tym, jak prefekt departamentu płockiego w Księstwie Warszawskim, a potem komisarz województwa mazowieckiego Rajmund Rembieliński wytyczył szosę kaliską, czyli bitą drogę łączącą Warszawę z granicą niemiecką, która łączyła wiele przyszłych miast przemysłowych: od Warszawy przez Wolę, Łowicz, Zgierz, Łódź, Pabianice po Opatówek i Kalisz. Budowa infrastruktury – owa szosa była jednym z pierwszych bitych, systematycznie utrzymywanych traktów w Królestwie – a także planowe sprowadzanie rzemieślników, ulgi podatkowe i bliskość granicy były zaczynem branży tekstylnej. Ale to wszystko działo się powoli, forpoczty nowoczesnej gospodarki były dość skromne. A to przecież epoka, kiedy Zachód był w dużej mierze uprzemysłowiony: Wielka Brytania, Francja, południowe i zachodnie Niemcy, północne Włochy… 

To kiedy powstał ten słynny las kominów fabrycznych i zaczęto słyszeć dudnienie wielkich maszyn? 

On zacznie rosnąć dopiero po powstaniu styczniowym. Jeszcze końcówka lat 70. XIX wieku, którą opisuje Prus, to jest wciąż początek – wtedy w całym Królestwie, czyli głównie w guberni warszawskiej i łódzkiej, było pewnie około 60-70 tysięcy robotników. 

W Lalce tak naprawdę nie ma żadnej postaci robotnika fabrycznego. Prus go nie widział w Warszawie?

W Warszawie tych robotników było wtedy mało, głównie w niewielkich przedsiębiorstwach. Większe fabryki, zatrudniające po kilkaset osób, były gdzieś na peryferiach Warszawy, właściwie poza jej administracyjnymi granicami, a nie wokół Śródmieścia czy Powiśla. Na Woli rozwijał się przemysł metalowy, w tym fabryki Lilpopa, Raua i Loewensteina, Norblina oraz Bormanna i Szwede; skórzany, jak garbarnie Temlera i Szwede oraz braci Pfeiffer czy spożywczy, np. browar Haberbusch i Schiele. Kolejne firmy metalowe i spożywcze pojawiały się na Pradze, ale tych przyczółków przemysłu było więcej – najlepszym przykładem zakłady żyrardowskie czy rozwijające się fabryki Pruszkowa.  

To z czego właściwie żyło wówczas samo miasto w ścisłym sensie?

Warszawa była dużym centrum administracyjnym, choć po likwidacji resztek autonomii Królestwa Polskiego już tylko jako stolica guberni i generał-gubernatorstwa. Tyle że droga do urzędów dla Polaków była de facto zamknięta – zwłaszcza na fali reakcji po zabójstwie cara Aleksandra II w 1881 roku. Warszawa była też dużym garnizonem wojskowym, oczywiście rosyjskim. Prócz fabryk na przedmieściach dominowała jednak drobnica: warsztaty, sklepiki i kramy, polskie i żydowskie, zatrudniające do 5-10 osób maksymalnie i raczej mało produktywne. Była wreszcie miastem biznesu: centrale fabryk, towarzystw kolejowych i banków, no i giełda warszawska.

A wielkie przędzalnie gdzie?

Tak jak w Londynie czy Paryżu – nie ma. Miasta przemysłowe z reguły powstają od razu w swej roli: Duisburg, Bielefeld czy Manchester budowane były niemal od zera, Łódź też. Bo jak już jest gęsta tkanka miejska, to trudno w nią wepchnąć duże fabryki. Tym bardziej że wtedy gwałtownie rośnie liczba ludności. Nowych warszawiaków przybywało wówczas w tempie 100 tysięcy na dekadę, w czasach akcji Lalki jest ich już prawie 400 tysięcy. Dodajmy, że przed rozbiorami Warszawa liczyła sto kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, więc była średniej wielkości miastem europejskim, dopiero potem relatywnie zmalała, natomiast tuż przed I wojną światową, licząc z przedmieściami, dobijała już do miliona, więc była całkiem solidną metropolią – pamiętajmy to czasy bez samochodów, metra i autobusów. 

Wokulski uczęszczał do polskiej Szkoły Głównej, która powstała na chwilę przed powstaniem styczniowym i nie przetrwała nawet dekady; zastąpił ją rosyjskojęzyczny, Cesarski Uniwersytet Warszawski. Czemu tak dynamicznie rozwijające się miasto ma tak mało szkół wyższych? I mało studentów? 

Bo car nie pozwalał. Uczelnia może być państwowa, ewentualnie kursy prywatne, ale na nie trzeba mieć zgodę. Dlatego np. w latach 70. powstaje nielegalny Latający Uniwersytet, który oficjalnie zarejestrowany zostanie na początku XX wieku, jako Towarzystwo Kursów Naukowych. Ale to dopiero w ramach liberalizacji, która dotrze tu z głębi Rosji. Uniwersytet Latający powstał również dlatego, że kobiety nie były dopuszczone do kształcenia w imperialnych uniwersytetach.

Rozumiem argument polityczny: uczelnie bywają ośrodkami fermentu, politykowania, a potem, nie daj Boże, spisków. Ale czy nowoczesny rozwój przemysłowy nie potrzebował wykwalifikowanych kadr?

Jeśli technologie w Królestwie są stare, a praca tania, jak w tych wszystkich fabrykach Scheiblera czy Poznańskiego, to i kadr nie potrzeba było wiele. Do obsługi wystarczało sprowadzić trochę inżynierów z głębi Cesarstwa – najbliższa politechnika była przecież w Rydze – lub np. z Niemiec. Do prostych maszyn nie trzeba też wykwalifikowanych robotników, najwyżej któryś straci rękę albo głowę przy pracy, jak nie doczyta informacji na tabliczce. A konkurencyjność osiąga się poprzez dostęp do dużego rynku i tanią siłę roboczą, a nie ciągłą modernizację parku maszynowego. 

Ale z historii znamy kraje, które od przemysłu opartego na taniej pracy przechodziły do produkcji bardziej wyrafinowanej. 

Jasne, 100 lat później Tajwan ze światowego potentata w produkcji parasolek, w którym 80 procent ludności było analfabetami, stał się krajem, który zaczął produkować chipy, a uniwersytet ma w pierwszej setce na świecie. Tyle że oni zaczęli od dołu: szkolnictwo podstawowe, potem zawodowe, technika, także dla dorosłych, politechniki. I dysponowali kompetentną, w konfucjańskim duchu, administracją, która podejmowała racjonalne decyzje: jakich szkół i jakich kompetencji potrzebują. 

W zachodnich guberniach Cesarstwa Rosyjskiego nikomu nie było to do szczęścia potrzebne?

Gigantyczny analfabetyzm na wsi – przypomnę, że nie było obowiązku szkolnego, którego carska administracja nie dopuszczała – sprawiał, że było mało robotników zdolnych obsłużyć bardziej złożoną maszynę. Inwestycje kapitałochłonne nie miały zatem sensu, bo najpierw trzeba byłoby wykształcić siłę roboczą zdolną do bardziej złożonych procesów produkcyjnych. Państwo rosyjskie nie chciało przyjąć na siebie tej roli, więc fabrykanci zadowalali się tym, co mieli na miejscu. 

Czyli niska płaca za niskiej jakości pracę przy niskiej jakości maszynach?

Tak, z wyjątkami w postaci tej nielicznej kadry inżynierskiej. To był model oparty na silnym wyzysku robotników, który eksplodował w czasie rewolucji 1905 roku, ale który długo funkcjonował także dzięki prawodawstwu. Organizowanie się np. w związki zawodowe, które wymuszałyby lepsze warunki pracy i płacy, było bardzo trudne, ze względu na zakazy stowarzyszania się, ale też prawo pracodawców do lokautów, czyli de facto zakaz strajkowania. No i, nie zapominajmy, proces kształtowania się tożsamości narodowej na bazie etnolingwistycznej dopiero trwał – to też nie sprzyjało solidarności robotników, skoro mówili różnymi narzeczami. 

I nie dlatego, że taki radosny multikulturalizm panował…

Tylko dlatego, że nie było naprawdę powszechnej szkoły, która narzucałaby unifikację językową, a te, które istniały, aż do początku XX wieku były rosyjskie. 

Czytaj także Po Wielkim Kryzysie w wyobraźni polskich elit i społeczeństwa załamał się paradygmat wolnorynkowy Michał Sutowski rozmawia z Kamilem Piskałą

Zatem państwo nie pomagało pracownikom. Ale czy faktycznie sprzyjało pracodawcom?  

Na pewno uzależniało ich od siebie, figura typowego wówczas przemysłowca ma i ten aspekt. Państwo rozdziela koncesje i zapewnia ochronę. Naprawdę wielkie pieniądze robi się też na kontraktach z państwem: kolejowych, wojskowych… Jedna z legend łódzkiego przemysłu, niejaki Ludwik Geyer, który parę razy bankrutował, ratował się kontraktami na szycie mundurów dla rosyjskiej armii na potrzeby tłumienia powstania styczniowego.

Warszawscy kupcy u Prusa też mają problem z faktem, że Wokulski zrobił pierwsze poważne pieniądze na handlu z rosyjskim wojskiem przy okazji wojny z Turcją o Bałkany. To się, jak rozumiem, wpisuje w tę opowieść, że ówczesny bogacz to kolaborant?

Oczywiście mamy i drugą stronę medalu, czyli historię Leopolda Kronenberga, który był liderem „białych” w powstaniu styczniowym, niemniej tacy jak on byli raczej w mniejszości. To też jest powód, dla którego z kolei u Reymonta Lodzermensch, taki jak Borowiecki, jest negatywną figurą: to ktoś, kto będąc Żydem lub niemieckim czy rosyjskim imigrantem nie nabywa polskiej tożsamości, a jeśli jest Polakiem, to ją traci. 

Staje się patriotą Cesarstwa?

Przede wszystkim patriotą rosyjskiego rubla. Z drugiej strony szuka się nadziei dla polskiego biznesu. Dobrym przykładem był Andrzej Zamoyski, który prowadził coś w rodzaju funduszu venture capital: kiedy Konstanty Rudzki, inżynier, poszedł do niego z pomysłem na biznes, Zamoyski sfinansował mu pierwszą odlewnię, która po latach przerodziła się w firmę budującą 1/5 mostów w całym imperium rosyjskim. Takich wzorców szukali pozytywiści, nie tylko endecy – bo jednak dominowało poczucie, że ta wielokulturowa, wielonarodowa społeczność biznesu, który tworzy gdzieś pomiędzy Łodzią, Warszawą i może Zagłębiem, Dąbrową Górniczą, jest bardzo słabo związana z Polską.

Bo obca etnicznie lub przyjezdna? A nie dlatego, że „kapitał nie ma narodowości”?

To są zazwyczaj albo imigranci, albo Żydzi. Przy czym istotna część spośród tych Żydów to są litwacy, czyli Żydzi przybyli z zachodnich guberni Cesarstwa, uciekający przed pogromami i restrykcjami osiedleńczymi. Nie są zintegrowani z polską społecznością, nie chcą się asymilować, mówią po rosyjsku lub wschodnią wersją jidysz, przywożą stamtąd kapitał i sieci kontaktów, a dla polskiego społeczeństwa inteligenckiego są po prostu podejrzani. 

A czy kapitał musi zawsze przyjść z zewnątrz?

Jego źródeł jest wówczas kilka. Po pierwsze, krajowy kapitał bankowy, który się kształtował gdzieś od końca XVIII wieku. W Warszawie to głównie rodziny powiązane ze Szmulem Zbytkowerem, dostawcą armii napoleońskiej, a wcześniej też ostatnich armii Rzeczypospolitej. W tym miejscy i czasie można się doszukiwać też rodowodu majątku Kronenberga, którego ojciec rywalizował i kooperował ze Zbytkowerem, a który potem stał się najbogatszym człowieka w Królestwie. Oni są stąd, ale też coraz bardziej powiązani z kapitałem międzynarodowym – poprzez małżeństwa, wchodzenie na rynek rosyjski i pośredniczenie dla kapitału zachodniego przy wejściu do Cesarstwa.

Czytaj także Żukowski: Kiedy powstał naród polski i czy nie jest on przypadkiem znacznie młodszy, niż myślimy? Tomasz Żukowski

A co z ziemianami? 

To jest drugie źródło: kapitał szlachecki, jak u wspomnianego Zamoyskiego, czyli majątki ziemskie. Tyle że to kapitał w dużej mierze niemobilny, bo to ziemia, którą trudno sprzedać, ciągle narażona na konfiskatę, np. w ramach represji za działalność powstańczą. A uwłaszczenie chłopów w 1864 roku dużą część z nich po prostu dobija. 

Zrobiły się nierentowne?

One były dotąd rentowne pozornie, za sprawą pańszczyzny, więc nie modernizowano ich przez dziesiątki lat, a właściciele nie potrafili przestawić się na gospodarkę w nowych warunkach. Ten kapitał był więc właściwie martwy. W dodatku wydaje mi się, że utrzymanie majątków, czego często oczekiwała rodzina, bardziej pochłaniało energię wielu przedsiębiorczych młodych synów ziemiańskich, niż było źródłem poważnych dochodów. 

I zostaje zagranica?

Tak, przy czym najpierw ten kapitał jest uosobiony, tzn. przyjeżdżają ludzie z kapitałem, jak Geyer czy w następnym pokoleniu Scheibler, a potem pojawiają się spółki zagraniczne, często francuskie, które inwestują np. w tekstylia czy przemysł hutniczy. 

Wokulski na tym tle wygląda dość niestandardowo: pierwsze pieniądze zarabia wżeniając się w biznes starego typu, czyli drobne kupiectwo, a pomnaża majątek na handlu z wojskiem, wykorzystując wojnę i premię za ryzyko. Jednocześnie poznajemy go jako bohatera dość zamożnego – przywiezione z Bałkanów, zarobione w rok 300 tysięcy rubli to wartość pięciu kamienic Łęckiego – ale nie potentata finansowego…

Dla porównania majątek Karola Scheiblera u schyłku życia, na początku lat 80., szacowano na 10-15 mln rubli w złocie. Wokulski to jest więc bardzo solidna, wyższa klasa średnia – coś jak polski przedsiębiorca dziś, który działa lokalnie pod Olsztynem, Krakowem czy Płockiem, ale do wielkich graczy w Polsce mu ciągle daleko, nie mówiąc o korporacjach międzynarodowych. Musimy też pamiętać, że w Królestwie prawie nie było nowoczesnego handlu: jego ikona, czyli dom towarowy braci Jabłkowskich, powstał dopiero w 1913 roku (choć sama firma powstała pod koniec XIX wieku). 

Te miliony czy nawet setki tysięcy rubli brzmią trochę abstrakcyjnie. Ile wtedy zarabiał tzw. zwykły człowiek?

To był świat ogromnych rozpiętości dochodowych i majątkowych: mnóstwo ludzi zarabia bardzo mało i właściwie nic nie ma, na samej górze jest wąska elita zamożnych. Dotąd mówiliśmy o majątkach, jeśli popatrzeć na strumień dochodów, to w tamtych czasach np. rachmistrz zarabiał rocznie 675 rubli, woźny 120 rubli, stróż trochę mniej. Robotnicy pracowali na dniówki i mało który miał zatrudnienie przez cały rok, ale można oszacować, że robotnik niewykwalifikowany wyciągał rocznie 100-120 rubli. Czynsz w dość marnej izbie za rok wynosił blisko 60 rubli, czetwierć – czyli jakieś 150 kg – ziemniaków 3 ruble, wiadro wódki 5 rubli…

Rzecki, gdy opiewał skromność i ascezę Stacha, mówił, że on przecież dałby radę żyć nawet i za tysiąc rubli rocznie… A Łęcka gotowa jest sprzedać rodzinny serwis za 5 tysięcy.

On byłby na tle tej struktury gdzieś między klasą wyższą średnią a wyższą; inna sprawa, że jego duży majątek pojawił się dość nagle i trudno ocenić, czy byłby w stanie utrzymać taki strumień dochodów bez wydarzeń nadzwyczajnych w rodzaju kolejnej wojny. 

Skoro Wokulski to „tylko” wyższa klasa średnia, to czemu polscy arystokraci tak zabiegają o jego towarzystwo? Wierzą, że tego majątku niedługo będzie miał dużo więcej? On sam podkreśla, że kredytu od rosyjskich producentów wełny może dostać nawet i na 3-4 miliony rubli…

Polska arystokracja szuka kontaktów, które pozwolą im ich majątki zachować, ocalić choć część zasobów. Większość nie ma na to pomysłu. Rodziny ślą synów na nauki do miast i za granicę, ale ci nieraz zaczynają się bawić w konspirację; tylko część wraca do majątków i próbuje nimi zarządzać. A żeby naprawdę utrzymać pozycję społeczną, arystokracji potrzebny jest człowiek, który umie pomnażać pieniądze, zamiast bezsilnie patrzeć, jak stare, nieruchome aktywa topnieją, folwarki popadają w ruinę, a pieniądze trzeba pożyczać od krewnych. 

Wokulskiemu jeszcze wiele brakuje np. do łódzkich fabrykantów, raczej pośredniczy w transakcjach niż inwestuje w coś trwałego – np. fabrykę – i nie posiada zbyt wiele, tzn. mieszkanie, sklep i gotówkę. Ma jednak bezcenne kontakty i reputację człowieka obrotnego, właściwie self-made mana. Jest niejako uosobieniem nowoczesności i nowoczesnego sukcesu życiowego. 

Kupiec i właściciele folwarków to są wtedy bardzo różne światy. Dlaczego w ogóle się spotykają? Zakładają spółkę, myślą o małżeństwie…

Ta transakcja jest dwustronna – ludzie z pieniędzmi wżeniają się w arystokrację lub przynajmniej szlachtę herbową, która patrzy na nich z góry, ale rozumie, że bez zastrzyku pieniędzy i energii będzie musiała niedługo spieniężyć resztki majątków i przeprowadzić się do miasta na stałe. A oni za to zostaną uszlachceni. 

Czytaj także Sabotaż, uchylanie się od pracy, kpiny z panów, czasem krwawy bunt – bez tego nie zrozumiemy dzisiejszej Polski Michał Sutowski

A to wżenianie się – to polska specyfika? Że jak ktoś ma pieniądze, to jeszcze musi mieć tytuł?

Bynajmniej, kapitał symboliczny starych rodów i tytulatury jest istotny w całej Europie, w Anglii nawet do dziś. Dopiero I wojna światowa trochę ten układ naruszyła, ale nie do końca – poza tym w czasach Lalki nikt nie mógł wiedzieć, że wybuchnie… 

Faktycznie, milioner Bloch wydał córki za ziemiańskich synów, a Kronenberg za syna hrabiego Zamoyskiego. Co prawda Wokulski ani Blochem, ani Kronenbergiem nie był…

Ale też Łęcki był arystokratą mocno schyłkowym, z długami i kamienicą wartą ledwie 60 tysięcy rubli. 

Czyli dwukrotność majątku Minclów. Czy to znaczy, że abstrahując od psychologii obojga bohaterów – w sensie ekonomiczno-społecznym małżeństwo Łęckiej z Wokulskim miało sens? 

Było to rozwiązanie racjonalne, choć zaznaczmy, że i ta racjonalność była ograniczona czasowo. Ich trajektorie się po prostu rozjeżdżały: on idzie w górę, a ona osuwa się w przepaść. 

A czy w Kraju Nadwiślańskim kobiety mogły w ogóle wejść do życia gospodarczego inaczej niż jako żony lub córki? Abstrahując od tego, że Łęcka brzydziła się pracą, nie żeby fizyczną, tylko w ogóle…

W bardzo ograniczonym stopniu. To jest kwestia możliwości zdobycia wykształcenia, bardzo silnego konwenansu itd. Dużą właścicielką była wdowa po Karolu Scheiblerze, zapewne było wiele podobnych przypadków w średnim i drobnym biznesie, ale znów: to jest droga przez małżeństwo i dziedziczenie, ale nie self-made woman

Czytaj także Emancypacja na miarę czasów: czy Bolesław Prus był mizoginem? Alicja Urbanik-Kopeć

Mówiliśmy sporo o zagranicy i wpływach przyjezdnego kapitału. Bohaterowie Lalki fascynują się Francją – Rzecki Bonapartem, Wokulski żywiołem Paryża – ale naprawdę na czasie robi się wtedy Anglia. Angielszczyzną Łęcka odcina się od buraków, co prawda nieskutecznie, pozytywiści czytają Historię cywilizacji w Anglii Buckle’a, ale czy za tym idzie np. pomysł na modernizację przez naśladownictwo? 

Polskie elity są, nie licząc prawdziwych krezusów i rodów książęcych, słabo usieciowione na zachodzie, a Królestwo jest mocno peryferyjne, więc i tę zachodnią kulturę obserwujemy trochę przez szybę. Podziwiamy potęgę gospodarczą Anglii i żywotność organizmu miejskiego Paryża, widzimy nowoczesną technikę i edukację, biadamy, że jesteśmy zacofani, ale tak na końcu to jest to trochę kult cargo. 

Bo uważamy, że nasz los to kwestia zacofanej mentalności, nieumiejętności pracy, organizacji?

Nie rozumiemy przyczyn różnic na głębszym poziomie ani nie potrafimy przełożyć tego na program działania. Pozytywiści warszawscy nie biorą pod uwagę, jak ważnym źródłem angielskiej potęgi jest morze i kontrola handlu, nie mówiąc już o koloniach. Ówczesna Wielka Brytania jest oczywiście potęgą przemysłową, ale tym, co czyni ją numerem jeden na świecie, nie jest już nauka, ciężka praca i konkurencyjność – bo USA czy Niemcy zaczynają Brytyjczyków doganiać – ale kontrola mórz dzięki flocie, a przepływów kapitałowych poprzez funta i bankowość. Nawet jak ktoś produkuje w Niemczech, to wisi na handlu angielskim i rynkach zbytu oraz na kapitale angielskim. Tymczasem my nie tylko nie mieliśmy kontroli nad szlakami handlowymi, ale własnym wysiłkiem wewnętrznym potrafiliśmy zbudować jedną linię kolejową, wiedenkę plus jej odnogę do Bydgoszczy. Wszystko inne budowano w logice wojskowej, a nie gospodarczej. To jest też gigantyczny koszt zaborów i braku własnego państwa.

Czytaj także Faruga: „Lalka” dziś. Rozprawianie się z mitem pyta Sosnowski

Drugą obok Lalki wielką, acz bardzo odmienną powieścią o kapitalizmie tamtej epoki jest Ziemia obiecana. Czy to dekada-półtora różnicy w czasie akcji, a może odległość z Łodzi do Warszawy robi różnicę? 

Lalka dzieje się wtedy, gdy wszystko dopiero zaczyna przyspieszać, gdy w Warszawie stary, przemijający świat spotyka się z nowym, zajmującym jego miejsce. Prus może jeszcze spoglądać i w przyszłość, i wstecz, na Warszawę rozpiętą między pamięcią Napoleona i powstań a spółkami do handlu ze wschodem. Reymont opisał świat, w którym nić tradycji została zerwana i na surowym korzeniu powstaje przemysłowe miasto-moloch, z jego dynamiką, która rozrywa struktury społeczne na strzępy, a chłopskich przybyszów w kilka miesięcy zamienia w wykorzenionych robotników, których los zależy w pełni od fabrykanta i jego maszyn. Łódź Reymonta to już jest emanacja nowoczesności: jak ktoś chce wyobrazić sobie nowoczesny kapitalizm w Polsce, to w kongresówce nie znajdzie lepszego miejsca. Może ewentualnie pojechać do Borysławia albo na Górny Śląsk, ale to już są inne zabory. 

W Warszawie Prusa żyją jeszcze ludzie, którym śni się Bonaparte. Słychać już szum pieniędzy, ale jeszcze nie ma wszechobecnego wycia syren ani stukotu fabrycznych maszyn. 

**

Piotr Koryś – profesor na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW, doktoryzował się z myśli gospodarczej narodowej demokracji, autor m.in. książki Pożegnanie z pańszczyzną. Historia gospodarcza Polski od rozbiorów do dziś (2024). 

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x