Wygranie wyborów w 2023 roku przez koalicję 15 października postawiło dwie partie lewicowe przed trudnym wyborem: co dalej? Czy iść we wspólne rządzenie z Tuskiem, czy przeciwko niemu?
Wbrew pozorom oba wyjścia miały nie tylko swoje minusy, ale i plusy. Kontestowanie rządu, na które zdecydowała się partia Razem, jest rzecz jasna łatwiejsze, acz naraża ją na ciągle powtarzane zarzuty o stanie z boku, gdy nadciągają prawicowe hordy.
Współpraca z Tuskiem jest trudniejsza: naraża partię na zarzut zdrady lewicowych ideałów, ale daje pewien margines sprawczości. W końcu rządzenie to nie tylko uchwalanie ustaw, ale wydawanie rozporządzeń czy podejmowanie tysięcy decyzji, które mają niekiedy większy wpływ na rzeczywistość niż głośne ustawy.
Lewica Czarzastego i Biedronia wybrała rządzenie z Tuskiem. Początkowo szermowano głośnymi hasłami o niezależności i sprawczości, ale im dalej, tym ton lewicowych pretensji łagodniał, aż w końcu całkowicie ucichł. Smutnym tego podsumowaniem było ostatnie głosowanie na ministra Macieja Berka na członka Trybunału Konstytucyjnego.
Mobbing, czyli Lewica coś robi
To wręcz podręcznikowe spacyfikowanie parlamentarnej lewicy przez rząd Tuska nie znaczy bynajmniej, że ta absolutnie niczego nie załatwiła. Byłoby to niesprawiedliwością i przede wszystkim niedocenianiem problemów, które fragmentarycznie, ale jednak udało się rozwiązać.
Sęk jednak w tym, że nawet jeśli lewica ma jakieś drobne sukcesy, to nawet ich nie potrafi w atrakcyjny sposób zaprezentować. Ba, nie potrafi nawet przebić się z nimi do opinii publicznej.
Weźmy chociażby zmianę przepisów dotyczących mobbingu. Lewica nie tylko stworzyła projekt, ale przy udziale ekspertów przepchnęła go przez Sejm i, co najważniejsze, uzyskała podpis prezydenta. Za dwa miesiące przepisy wchodzą w życie i nagle się okaże, że nie będzie trzeba już udowadniać długotrwałości mobbingu (wystarczy jedynie uporczywość) oraz intencji mobbera. Okaże się, że można także mobbować nieintencjonalnie, a przy dochodzeniu odszkodowania nie trzeba już udowadniać rozstroju zdrowia, co było jedną z głównych przyczyn braku wygranych spraw.
Wszystko to jest dość istotną zmianą w stosunkach w pracy i wielu ofiarom umożliwi łatwiejsze dochodzenie swych praw. Ale o projekcie tym w mediach było właściwie cicho. Nikt z Lewicy nie potrafił nagłośnić tego sukcesu, nikt nie potrafił się skutecznie medialnie pochwalić. Tak jakby lewicowy koalicjant chciał wszystkich utwierdzić w tym, że nic nie robi.
Zmiany, o których nie wie nawet policja
Takich przykładów jest więcej, by wymienić choćby zmianę definicji gwałtu. Dzięki Lewicy nie tylko zmieniła się jego klasyfikacja – z występku stał się zbrodnią. Przede wszystkim gwałtem nie jest już tylko doprowadzenie do obcowania płciowego przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem, ale także doprowadzenie do niego innym sposobem mimo braku zgody. Oznacza to, że nawet jeśli ofiara nie krzyczała, ale nie wyraziła zgody, to i tak jest to gwałt. Wcześniej, przed nowelizacją, interpretowano przepisy tak, że milczenie przy gwałcie – tzw. efekt zmrożenia strachem – oznaczało, że gwałtu nie ma.
Zmiany te nie tylko poprawiły sytuację ofiar, ale przede wszystkim zadały kłam prawicowej histerii, że gwałty będą teraz masowo (i fałszywie) zgłaszane przez kobiety. Towarzyszyły temu szyderstwa na temat potrzebnej aplikacji czy „zgody notariusza”, że jak to – seks i nagle co, trzeba podpisać zgodę na papierze? Tymczasem statystyki zgłoszeń gwałtu pozostały na podobnym poziomie. Sukcesem jest więc nie tylko poprawienie sytuacji ofiar, ale także fakt, iż zmiana ta nie doprowadziła do fali fałszywych zgłoszeń, czym zawsze straszyła prawica.
Ale i ten sukcesik pozostał bez echa. Ba, lewica tak bardzo nie potrafiła z nim wyjść do ludzi, że nawet policjanci, bezpośrednio zainteresowani stanem prawnym, zmian ponoć nie znają. Kolejna szansa na zapunktowanie stracona.
Prozaiczna prawda
Takie przypadki można mnożyć. Nawet te najgłośniejsze sprawy, jak chociażby rozporządzenie w sprawie transkrypcji aktów małżeństw jednopłciowych i sposób jego procedowania, sprawiły, że więcej osób miało do lewicy parlamentarnej pretensje, niż było jej wdzięcznych. Analogicznie z projektem ustawy o związkach partnerskich.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego parlamentarna lewica, która ma u Tuska szlaban na wszelkie większe transfery socjalne, nie potrafi się promować nawet na projektach z szeroko rozumianej nadbudowy, a nie bazy?
Czy dlatego, że nie chce drażnić swoją lewackością koalicjantów i ich wyborców? Że im głośniej będzie lewica pokazywała, co załatwiła, tym bardziej Tusk będzie oskarżany o lewactwo, a przecież chce on znowu do obozu Koalicji zagonić dawnych, liberalnych wyborców Konfederacji? A może dlatego, że promowanie tych nielicznych sukcesików kojarzyłoby się z ich autorami, a więc promowałoby kogoś innego niż Czarzasty i lokalni baronowie? Czy dlatego Daria Gosek-Popiołek miała tak wielkie problemy z zebraniem podpisów, aby móc kandydować w wyborach na prezydentkę Krakowa?
Być może odpowiedź jest bardziej trywialna. Lewica ani nie potrafi, ani nie chce stosować narzędzi marketingu politycznego. Weźmy konta na Facebooku najbardziej znanych polityków Nowej Lewicy, jak Anna Maria Żukowska, Krzysztof Gawkowski czy wspomniana Daria Gosek-Popiołek. Wrzucane co kilka dni treści nie tylko nie są, delikatnie mówiąc, interesujące, ale mają co najwyżej od kilku do kilkudziesięciu lajków. Tymczasem byle poseł no name z Konfederacji ma lajków setki. Nie mówiąc o liderach, gdzie idą one w grube tysiące. Poza Magdaleną Biejat mało kto na parlamentarnej Lewicy jest w stanie korzystać z social mediów, by budować sobie społeczność, karmić ją własną aktywnością.
A przecież to najbardziej podstawowa i najtańsza forma politycznej reklamy. Owszem, zasięgi mogą być ucinane, ale spryt polega na tym, aby iść zgodnie z algorytmami, czyli podpinać się pod gorące tematy i „grzać przekaz” wedle własnej lewicowej agendy.
Przy tak amatorsko prowadzonej polityce informacyjnej, której nie wspierają gospodarskie wizyty w realu, przy wiecznej kampanii wyborczej Tuska, Mentzena czy nawet Kosiniaka budującego się na armii i pieniądzach podatników, nawet te drobne sukcesiki nie mają szans przebić się do wyborców. A lewica parlamentarna, będąca w bardzo nieciekawej sytuacji politycznej, nie potrafi nawet wykorzystać tego niewielkiego marginesu sprawczości, który zostawił jej Donald Tusk.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!