Interwencje Ruchu Klimatycznego Jazda!, wymierzone w topowych atencjuszy i cwaniaków rodzimego szołbiznesu, nie doprowadziły wprawdzie u tychże do skruchy za ów zachłanny, konsumpcjonistyczny żywot, jaki wiodą, ale przynajmniej świat pracy zyskał – co zawsze przecież cenne – gorliwych sojuszników. Oto bowiem dało się zauważyć w licznych komentarzach internetowych troskę o kondycję psychofizyczną pracowników, którzy przebywali wewnątrz zaatakowanych przez Jazdę! obiektów gastronomicznych i handlowych.
Współczująco zastanawiano się, kto teraz posprząta bajzel po nieodpowiedzialnych aktywistach. Pomyślano nawet o naturze, wyliczając, ile to wody – na dodatek pomieszanej najpewniej z chemicznymi środkami czystości – trzeba będzie zużyć, aby pozbyć się z szyb, podłóg i murów spreparowanych fekaliów oraz autentycznych, przejrzałych owoców. Lewicowcy mogli spuchnąć z dumy na widok tej spontanicznej, przebudzonej solidarności z proletariuszami zatrudnionymi w kebabowni, restauracji, butiku…
Żartuję, oczywiście. Ci, którzy to wszystko pisali, mają zazwyczaj gdzieś dolę kelnerów i sprzedawców, podobnie jak kasjerek czy kurierów i szerzej – świadczących niskopłatnie usługi, i gdy ci skarżą się na złe warunki pracy, nieodmiennie słyszą, że mogą tę pracę zmienić i zasadniczo nie powinno jęczeć, bo każdy coś tam, coś tam.
Błyskawiczne formowanie się frontu doraźnie i na pokaz zatroskanych to już tradycja. Ilekroć jakaś branża, związek, wspólnota zacznie protest w imię kwestii ekonomicznych bądź klimatycznych, od razu słychać podobne głosy. Ojej, jabłuszka rozsypane na chodnikach – głodne dzieci wszak mogłyby je schrupać! Świński łeb, brrr. Dym z rac. Śmiecenie ulotkami. Maziaje. Oranżowa farba na pomniku. Hałas. Utrudnienia w ruchu. Korki. Niesympatyczne okrzyki. Strajk ostrzegawczy w dyskoncie, gdy akurat chciałem nabyć karczocha i mineralną. Kto to posprząta? Kto za to zapłaci? Kto mi zwróci mój czas stracony na pisanie w necie o tym, że tracę czas przez tę hałastrę?
Opór jako relikt
Przy okazji dochodzi często do cudu pojednania. Libki i prawi zbijają nagle pionę i działają razem na odcinku biadolenia i oczerniania protestujących. Rzecz jasna, dla siebie zachowują przywilej aranżowania dowolnego protestu. Jedni blokują samochód nielubianej dziennikarki prawicowej albo wizytę Kaczyńskiego na Wawelu, tuptają w pełnych godności marszach na rzecz demokracji, odstawiają prowokacje pod Pomnikiem Ofiar Tragedii Smoleńskiej, drudzy – używają kociej muzyki na uroczystościach państwowych, zrywają wykłady i koncerty, pikietują u wejścia do kin szatanistycznych, suną w pochodach ku chwale stolicy apostolskiej, czyli Torunia. Doskonale zatem rozumieją mechanikę demokracji i używają jej w sprawach dla siebie ważnych.
Ale niech tylko ktoś wrzaśnie na ulicy „wyzysk” albo „planeta płonie”, natychmiast kołtuneria wielkomiejska, drobne i większe autorytety, konfiarze i koroniarze, pisowcy, celebryci, unijczycy i ci to niby bezstronni, gdyż zajarani technologiami bądź sportem, drą japę i wymyślają pincet szalonych powodów, dla których nie powinno się protestować – tak, wtedy, tam i o to.
Trudno wręcz uwierzyć, że do takiego zagęszczenia negatywnych emocji wobec protestujących doszło akurat w Polsce. Przecież rodzice, babcie i pradziadkowie tych agresywnych marud wyklinających dzisiaj na związki zawodowe czy Ostatnie Pokolenie zapewne buntowali się, działali w organizacjach, nierzadko – tajnych, zrzeszali się, szli do powstania i do lasu, wychodzili na największe place miasta z transparentami, stawali okoniem, artykułowali swoje potrzeby społeczne i płacowe, próbowali obalić rząd, porządki i okupantów.
W Łodzi, w której się urodziłem, w drugiej połowie lat 30. strajkowały nie tylko całe fabryki i załogi włókniarek, ale również kelnerzy, fryzjerzy i wytwórcy tasiemek. W tej samej Łodzi strajkowano nawet tuż po wojnie, w dobie zamordyzmu stalinowskiego, a w roku 1981 dziesiątki tysięcy łodzianek demonstrowało swój gniew i rozpacz w Marszu Głodowym. PRL upadła nie tylko do ciśnień globalnych, lecz i pod naporem strajkujących i związkowców.
Tyle że, o czym wnikliwie napisał w Klęsce „Solidarności” David Ost, wraz z nastaniem w Polsce systemu turbokapitalistycznego robotnicy w dyskursie medialno-politycznym przestali być bohaterami, a stali się reliktem minionej epoki, uciążliwym kosztem, niebezpiecznymi prymitywami, tymi, co nie rozumieją najwłaściwszej logiki wolnego rynku i przez to urządzają jakieś burdy i zadymy.
Estetyka niskokosztyzmu
U zarania III RP należy upatrywać początków narracji, która ostatecznie zwyciężyła w głowach Polaków – związki zawodowe są zbędne, bo liczą się wyłącznie zindywidualizowane relacje pracownik-szef, protesty zaburzają obieg konsumpcji, destabilizują pracę, godzą w pekab, wyglądają nieestetycznie i tak dalej.
Atakujący protestujących sami wyrządzają sobie krzywdę, bo jeśli nie są akurat dobrze zabezpieczonymi bogaczami czy rentierami, to w bliższej lub dalszej przyszłości zaznają skutków eksploatacji zawodowej i zmian klimatycznych. Późnemu kapitalizmowi, napędzanemu niskokosztyzmem i dziką chciwością, jest obojętne, kogo pozbawia pracy, upokarzając wpierw coraz niższą stawką i koniecznością desperackiej walki o nią z innymi zdesperowanymi i upokorzonymi. Natomiast zaburzonemu klimatowi zwisa kogo, gdzie i kiedy doświadczy za pomocą żywiołów. Wtedy i oni usłyszą okrutne rady, że mogą się przebranżowić, zmienić miejsce zamieszkania, wyżej się ubezpieczyć albo też po prostu otworzyć na nowe możliwości, które niesie zmiana.
To po pierwsze. Po drugie – odebranie społeczeństwu możliwości protestu, okazywania publicznej i głośnej niezgody na jawną niesprawiedliwość, zagrożenia, wspólnotowe lęki, brak poprawy losu, zaowocuje częstszymi akcjami samotnych mścicieli typu Luigi Mangione czy Chamel Abdulkarim albo wybuchami chaotycznej, gwałtownej i zbiorowej przemocy na dużą skalę.
Eksploatowani ponad wszelką miarę, sfrustrowani, zakredytowani, chorzy i bombardowani każdego dnia obrazami cudzego luksusu i szczęścia ludzie – ludzie, których zagania się do uczestnictwa w kolejnych kosztownych modach i wkręca w morderczy tryb sieciopracożycia – ledwo już zipią. Powinni więc mieć prawo do wyrażania sprzeciwu i strukturę bądź formę, w ramach której to uczynią.
Politycy, milionerzy i medialni ceo muszą zrozumieć, iż zaklęcia, dzięki którym odwracają naszą uwagę od metod i osób ściśle odpowiedzialnych za niedolę tak wielu, przestaną w końcu działać. A wtedy ze łzą w oku będą wspominać oni tamto spokojne i dość ciepłe lato, gdy na obszarze Polski grasowało kulturalne Komando Fekalio.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!