Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Nie odwracajmy wzroku od atomowego grzyba. O zagrożeniu nuklearnym

W dobie polikryzysu wolimy oddalać od siebie myśl, że tysiące rakiet wycelowane są w nasze miasta, lotniska i obiekty infrastruktury krytycznej. Tymczasem specjaliści oceniają zagrożenie nuklearne jako najwyższe w historii.

Political collage of five world leaders in suits with a large mushroom cloud explosion in the background; conveys a satire of nuclear threat.
1
Walka

6 sierpnia mija 81 lat od jednej z najstraszliwszych zbrodni wojennej w dziejach. W wyniku amerykańskiego ataku atomowego na Hiroszimę zginęło około 140 tysięcy osób. Powstała na skutek rozszczepienia radioaktywnego uranu kula ognia osiągnęła temperaturę setek tysięcy stopni Celsjusza, w mgnieniu oka podpalając wszystko w promieniu kilometra. Następujący po eksplozji opad radioaktywny doprowadził do powolnej i bolesnej śmierci kolejnych dziesiątek tysięcy ludzi.

„Mój starszy brat wrócił do domu z poparzoną twarzą i rękami. Gdy powiedział: «Hiroszima jest morzem ognia», weszłam na wzgórze przy świątyni, aby spojrzeć na miasto. Wtedy zobaczyłam sznur ludzi uciekających z centrum – w podartych ubraniach, poparzonych i ciężko rannych. Mieli spalone włosy, twarze i usta opuchnięte oraz poczerniałe od sadzy, a ich ciała były pokryte krwią. U niektórych skóra odchodziła od ciała i zwisała z opuszków palców” – brzmią wspomnienia ocalałej z ataku Keiko Ogury.

Wieść o zrzuceniu bomby atomowej ogłosił Amerykanom i światu prezydent Harry Truman. „Szesnaście godzin temu amerykański samolot zrzucił jedną bombę na Hiroszimę, ważną bazę armii japońskiej. Bomba miała siłę większą niż 20 tysięcy ton trotylu. […] Użyliśmy jej, aby skrócić mękę wojny i ocalić życie tysięcy młodych Amerykanów”.

Mimo biblijnej skali zniszczeń, atak atomowy nie przyniósł oczekiwanych skutków politycznych. Dopiero zrzucenie kolejnej bomby na Nagasaki 9 sierpnia 1945 roku skłoniło Japonię do zaakceptowania rozejmu na amerykańskich warunkach.

Czytaj także Czy Rosja może spalić świat w wielkiej wojnie atomowej? Paulina Siegień

Ogrom cierpienia japońskich cywili wynikający z użycia broni jądrowej objawił się amerykańskiej opinii publicznej wraz z opublikowaniem na łamach „New Yorkera” reportażu pt. Hiroshima Johna Herseya. Skupiający się na doświadczeniach ocalałych z ataku artykuł wywołał w amerykańskim społeczeństwie wielkie poruszenie, a cały nakład numeru błyskawicznie się wyprzedał.

Skutki użycia nowego rodzaju bomby zaniepokoiły nie tylko zwykłych obywateli. Sami współpracownicy Projektu Manhattan, w ramach którego Amerykanie skonstruowali swój pierwszy ładunek atomowy, szybko przystąpili do działań mających powstrzymać dalsze udoskonalanie broni jądrowej. Dyrektor naukowy projektu prof. Robert Oppenheimer wraz z General Advisory Committee w październiku 1949 roku zarekomendował rządowi amerykańskiemu, by zrezygnował z prac nad budową tzw. bomby wodorowej. W przeciwieństwie do użytej w Hiroszimie bomby wykorzystującej energię rozpadu jąder uranu, bomba wodorowa wykorzystuje energię uzyskaną z fuzji jąder wodoru. Z kolei fuzja jądrowa wytwarza znacznie większe ilości energii niż ich rozpad.

Pomimo licznych apeli środowiska akademickiego światowe rządy nie zrezygnowały z rozwijania broni jądrowej i środków jej przenoszenia. W 1949 roku broń atomową uzyskał Związek Radziecki, a trzy lata później do atomowego klubu dołączyło Zjednoczone Królestwo. 12 sierpnia 1953 roku na poligonie Semipałatyńsk Sowieci zdetonowali pierwszą w historii bombę wodorową. Oczywiste stało się, że ludzkość jest w posiadaniu technologii mogącej przynieść koniec świata, jaki znamy.

Apokalipsa gwarantowana, czyli o szalonej teorii w praktyce

Wedle danych uhonorowanej w 2017 roku Pokojową Nagrodą Nobla Międzynarodowej Kampanii na rzecz Zniesienia Broni Nuklearnej (ICAN) w chwili obecnej na całym świecie istnieje około 12,100 głowic jądrowych, z czego 9,400 jest w gotowości do natychmiastowego użycia.

– Stany Zjednoczone i Rosja posiadają zdecydowaną większość światowych zapasów broni jądrowej – mówi Alicia Sanders-Zakre, szefowa działu ds. polityki publicznej ICAN. – Razem dysponują około 90 proc. wszystkich broni nuklearnych na świecie. Oprócz nich broń atomową posiadają również Chiny, Francja, Indie, Pakistan, Izrael i Korea Północna, a także Wielka Brytania.

Czytaj także Po 2022 roku naukowcy wykrywający detonacje jądrowe pracują na podwójnych obrotach Sarah Scoles

Większość głowic rozlokowana jest na tzw. międzykontynentalnych pociskach balistycznych (ICBM) oraz pociskach balistycznych przenoszonych przez łodzie podwodne, często wyposażone w napęd atomowy. Dodatkowo państwa atomowe mają w swych arsenałach samoloty bojowe zdolne do przenoszenia rakiet i bomb grawitacyjnych. ICBM rozmieszczone w stacjonarnych silosach, głowice przenoszone przez łodzie i samoloty tworzą razem tzw. triadę nuklearną.

Stany Zjednoczone, Rosja i Izrael dysponują ponadto zaawansowanymi systemami rozpoznania i monitoringu nuklearnego, pozwalającymi natychmiast wykryć każdą eksplozję jądrową na powierzchni Ziemi. Z kolei rakiety balistyczne, na których rozmieszczona jest większość gotowych do użycia głowic, charakteryzują się ogromną prędkością lotu, przez co są praktycznie niemożliwe do przechwycenia. Wiele z nich wykorzystuje technologię MIRV, pozwalającą na rażenie celów przy pomocy jednego pocisku. Powyższe czynniki wykluczają możliwość zniszczenia arsenału nuklearnego przeciwnika przy pomocy jednego, precyzyjnego ataku – tym bardziej bez sprowokowania druzgocącego uderzenia odwetowego.

Całość istniejącej dziś technologii jądrowej skupionej w rękach dziewięciu mocarstw atomowych jest zatem niczym innym, jak precyzyjnym i niezawodnym systemem samozagłady ludzkości. Jak stwierdza niedawny raport RAND Corporation, detonacja nawet jednej z głowic doprowadziłaby do sytuacji, w której „kontrolowanie eskalacji byłoby niezwykle trudne”. W praktyce oznacza to, że jedna błędna decyzja polityka lub pomyłka żołnierzy odpowiedzialnych za wykrywanie detonacji jądrowych może dzielić nas od atomowej apokalipsy.

Używanie eschatologicznego języka w kontekście broni jądrowej jest jak najbardziej uzasadnione: organizacje eksperckie argumentują, że wymiana nuklearnych ciosów oprócz bezpośrednich zniszczeń mogłaby doprowadzić do powszechnego skażenia środowiska opadem radioaktywnym, a także długotrwałego ochłodzenia klimatu. Według raportu przygotowanego przez Princeton University wojna atomowa pomiędzy NATO a Rosją przyniosłaby nawet 90 milionów ofiar śmiertelnych już w pierwszych godzinach konfliktu. Z kolei zgodnie z ustaleniami Bulletin of the Atomic Scientists nawet „mała” wojna nuklearna pomiędzy Indiami a Pakistanem mogłaby doprowadzić do trwającej latami zimy nuklearnej.

– Zdetonowanie choćby jednej głowicy miałoby katastrofalne skutki dla ludności cywilnej – tłumaczy Sanders-Zakre. – Tymczasem mocarstwa nuklearne opracowały plany bojowe zakładające użycie nie jednej, lecz setek, a nawet tysięcy głowic. Badania naukowe pokazują, że detonacja zaledwie 100 broni jądrowych – około 1 proc. światowych zapasów – wystarczyłaby, by wywołać zimę nuklearną. Dym z ogromnych pożarów zasłoniłby światło słoneczne, doprowadzając do załamania się rolnictwa i głodu na skalę globalną.

Nieuchronność nuklearnego odwetu oraz niezawodność systemów wykrywania eksplozji nuklearnych doprowadziły do opracowania przez teoretyków wojskowości teorii wzajemnego gwarantowanego zniszczenia. Nieprzypadkowo akronim angielskiej nazwy układa się w słowo „mad” (ang. „szalony”): w myśl tej doktryny wojskowej każde użycie broni jądrowej przez jednego z graczy nuklearnych doprowadzi do nieuchronnej zagłady zarówno agresora, jak i zaatakowanego.

– Doktryna MAD jest koncepcją teoretyczną przyjmowaną przez mocarstwa nuklearne – mówi Sanders-Zakre. – Reszta świata ją jednak odrzuca. Kluczowym problemem tej teorii jest fakt, że zakłada racjonalność działań drugiej strony. Jeśli jednak NATO nie będzie racjonalnie odpowiadać na postawę nuklearną Rosji lub na odwrót, odstraszanie przestanie działać.

Czytaj także Polska broń jądrowa? „To przeniosłoby nas do szarej strefy bezpieczeństwa” Michał Sutowski rozmawia z Marcinem Ogdowskim

Jak wskazuje Sanders-Zakre, skuteczność doktryny wzajemnego gwarantowanego zniszczenia opiera się na założeniu, że państwa zawsze są w stanie właściwie interpretować wzajemne sygnały i intencje oraz że nigdy nie dojdzie do pomyłki, nieporozumienia ani błędnej oceny sytuacji, które mogłyby doprowadzić jedną ze stron do użycia broni jądrowej.

Prezydent USA może skasować ludzkość. Pod warunkiem, że przyjdzie mu na to ochota

Od wynalezienia broni jądrowej w 1945 roku świat wielokrotnie znajdował się o krok od nuklearnej katastrofy. Niektóre z tych close calls – przede wszystkim kryzys kubański (1962) czy ćwiczenia Able Archer (1983) – zajmują trwałe miejsce w zbiorowej pamięci. W rzeczywistości sytuacji, w których ryzyko wybuchu wojny atomowej było alarmująco wysokie, było znacznie więcej.

Jednym z takich momentów był tzw. norweski incydent rakietowy. 25 stycznia 1995 roku, a więc już kilka lat po zakończeniu zimnej wojny, z norweskiego centrum kosmicznego Andøya wystrzelono rakietę badawczą Black Brant XII, przeznaczoną do badań zorzy polarnej i górnych warstw atmosfery. Choć Norwegia uprzedziła Rosję i inne państwa regionu o planowanym starcie, informacja ta nie dotarła do rosyjskiego systemu wczesnego ostrzegania. W rezultacie rakietę błędnie zidentyfikowano jako amerykański pocisk balistyczny zmierzający w kierunku Moskwy.

Rosyjskie siły odstraszania nuklearnego postawiono w stan podwyższonej gotowości, a ówczesny prezydent po raz pierwszy w historii otworzył nuklearną walizkę zwaną czegetem, przygotowując się do podjęcia decyzji o ewentualnym uderzeniu odwetowym. Także tym razem rozsądek okazał się silniejszy od zawodności systemów ostrzegania, a Borys Jelcyn był tego dnia dostatecznie trzeźwy, by nie wciskać czerwonego guzika dla zabawy.

Czytaj także Žižek: Czy Ukraina powinna mieć broń atomową? Slavoj Žižek

Do bardzo niebezpiecznej sytuacji doszło na linii Pakistan-Indie podczas napięć w lutym 2019 roku. W wyniku samobójczego zamachu w spornym Kaszmirze zginęło 40 indyjskich funkcjonariuszy policji. W odpowiedzi Indie przeprowadziły atak lotniczy na terytorium Pakistanu, zaś nazajutrz tym samym odpowiedział Islamabad. Zaalarmowane szybką eskalacją Stany Zjednoczone, utrzymujące przyjazne stosunki z obydwoma mocarstwami, postanowiły interweniować. Ówczesny sekretarz stanu Mike Pompeo został obudzony w środku nocy, by przeprowadzić pilną rozmowę z indyjskim dyplomatą. W wyniku dyplomatycznych nacisków kolejnych państw, w tym Rosji i Arabii Saudyjskiej, eskalację udało się powstrzymać, zanim przerodziła się w konflikt o charakterze nuklearnym. W 2022 roku Indie omyłkowo ostrzelały terytorium Pakistanu rakietą zdolną do przenoszenia głowic jądrowych, tym razem jednak incydent nie poniósł za sobą poważnej eskalacji.

Tuż po jednostronnym ogłoszeniu przez Rosję aneksji wschodnich obwodów Ukrainy jesienią 2022 roku świat po raz kolejny zbliżył się do krawędzi atomowej otchłani. Sfrustrowany porażkami na froncie chersońskim Kreml zaczął w tym czasie stosować coraz bardziej jednoznaczne groźby nuklearne. Ogłaszając wprowadzenie częściowej mobilizacji 21 września Putin ostrzegł w swym telewizyjnym orędziu, że Rosja „użyje wszelkich dostępnych środków”, by „bronić” odebranego Ukrainie terytorium. Swoje przemówienie zakończył słowami: „To nie jest blef”.

23 października minister obrony Federacji Rosyjskiej Siergiej Szojgu zadzwonił do sekretarza obrony USA Lloyda Austina, aby ostrzec go przed rzekomo planowaną przez Ukrainę detonacją „brudnej bomby” – ładunku, który miałby uwolnić do atmosfery skażenie radioaktywne. W zachodnich kręgach wojskowych gest ten odczytano jako próbę przygotowania gruntu pod ewentualne użycie przez Rosję broni jądrowej przeciwko Ukrainie.

Choć światowa opinia publiczna przyjęła nuklearne groźby Kremla z umiarkowanym spokojem, zagrożenie było jak najbardziej realne. Podczas jednej ze zbiórek funduszy na rzecz Partii Demokratycznej Joemu Bidenowi wymsknęło się, że ryzyko „nuklearnego armagedonu” jest najwyższe od czasów kryzysu kubańskiego. Państwa zachodnie odpowiedziały na rosyjskie groźby za pośrednictwem poufnych kanałów dyplomatycznych, ostrzegając Moskwę, że jakiekolwiek użycie broni atomowej spotka się z „katastrofalnymi” konsekwencjami. Na szczęście i tym razem Kreml doszedł do wniosku, że ukraińska gra nie jest warta nuklearnej świeczki i od tego momentu nieco spasował z wymachiwaniem atomową szabelką.

Ponawiające się od inwazji w lutym 2022 roku działania Rosji wpisują się w szerszy, niepokojący trend normalizacji gróźb atomowych w retoryce politycznej. W listopadzie 2023 roku minister dziedzictwa narodowego Izraela Amihay Eliyahu został zawieszony w wykonywaniu swej funkcji po tym, jak publicznie zasugerował, że zrzucenie bomby atomowej na Gazę jest jedną z rozważanych opcji. Eliyahu złamał przy tym obowiązującą w Izraelu zasadę strategicznej dwuznaczności, wedle której kraj ten nie przyznaje się do posiadania broni atomowej, ale także mu nie zaprzecza.

Od jastrzębiej nawet jak na obecne izraelskie standardy wypowiedzi Eliyahu premier Netanjahu odciął się niemal natychmiast. Od nuklearnych gróźb nie stroni za to reżim Kimów w Korei Północnej, który stosuje nieodpowiedzialną retorykę nuklearną z takim zapamiętaniem, że dawno już przestano traktować go poważnie. Nie w pełni słusznie: niektóre analizy wskazują, że w wypadku potencjalnego konfliktu z „zachodnim imperializmem” Pjongjang byłby skłonny do wykonania „pierwszego uderzenia atomowego” w obawie o utratę głowic zanim zostaną użyte.

Czytaj także Czy Polska byłaby bezpieczniejsza, gdyby trafiła do nas broń atomowa z Niemiec? Adam Traczyk

Z kolei 7 kwietnia 2026 roku Donald Trump zagroził za pośrednictwem platformy Truth Social, że „w ciągu nocy zginie cała cywilizacja”, jeśli Teheran nie zgodzi się odblokować cieśniny Ormuz. Tweet „przywódcy wolnego świata” można by uznać za zabawny, gdyby nie fakt, że w kwestii użycia amerykańskiej broni jądrowej obowiązuje zasada sole authority. Oznacza, że jedyną osobą podejmującą decyzję o użyciu nuklearnego arsenału USA jest urzędujący prezydent. Oficjalnie nie potrzebuje on zgody Kongresu ani dowódców wojskowych, ani nawet przedstawienia konkretnych dowodów na grożące USA niebezpieczeństwo. Wystarczy, że zauważy potrzebę spalenia setek milionów ludzkich istnień w radioaktywnych płomieniach. Dobrze wiemy, jak niewiele potrzeba, by przekonać Donalda Trumpa do takiej lub innej irracjonalnej decyzji.

Jeszcze jest czas, by cofnąć Zegar Zagłady

Postępujący rozpad powojennego porządku międzynarodowego, zaostrzenie się nierozwiązanych konfliktów i zagrożenie ze strony nowych technologii budzą poważne zaniepokojenie organizacji eksperckich zajmujących się oceną zagrożenia nuklearnego. Organizacja Bulletin of Atomic Scientists przesunęła w tym roku wskazówki swojego Zegara Zagłady do 85 sekund przed północą, symbolicznie wyznaczającą wymarcie rodzaju ludzkiego. W momencie uruchomienia w 1947 zegar wskazywał 23:53. Po upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku jego wskazówki znajdowały się 17 minut do północy.

– Dziś Zegar Zagłady jest najbliżej północy w całej swojej historii – mówi Alexandra Bell, dyrektorka generalna Bulletin of the Atomic Scientists. – Godzina, którą wskazuje, symbolicznie odzwierciedla naszą rzeczywistość. Mocarstwa nuklearne angażują się w konflikty na całym świecie i odmawiają dialogu na temat stabilności strategicznej. Rosja nadal stosuje nieodpowiedzialną retorykę w kwestii broni jądrowej, co naturalnie zwiększa obawy o bezpieczeństwo w Europie. W świetle niespójnych deklaracji USA na temat ich rozszerzonego odstraszania te obawy jedynie się pogłębiają.

Także Alicia Sanders-Zakre wyraża przekonanie o bezprecedensowej skali zagrożenia.
– W ocenie ICAN poziom zagrożenia konfliktem nuklearnym jest obecnie najwyższy w historii – mówi. – Wynika to z wielu czynników, w tym z faktu, że wszystkie państwa posiadające broń jądrową inwestują każdego roku miliardy dolarów w swoje arsenały, dążąc do zwiększenia liczby posiadanych głowic lub do budowy nowych systemów ich przenoszenia.

W czasach zimnej wojny lęk przed nuklearną zagładą był powszechny. To właśnie w tym okresie powstały ikoniczne dzieła popkultury, takie jak choćby brytyjski film Threads, obrazujący skutki hipotetycznej wojny jądrowej między NATO a Układem Warszawskim, czy radzieckie Listy martwego człowieka. Jeszcze w latach 80. demonstracje przeciwko rozmieszczeniu przez NATO w Europie nowych rakiet średniego zasięgu zdolnych do przenoszenia głowic jądrowych skupiały łącznie miliony ludzi na ulicach Londynu, Rzymu czy Bonn.

Czemu więc dziś, gdy specjaliści zajmujący się oceną ryzyka nuklearnego biją na alarm, postulat likwidacji broni jądrowej jest ledwo słyszalny? Z pewnością istotną rolę odgrywa tu klasyczny mechanizm wyparcia. W dobie polikryzysu – rekordowych upałów, epidemii samotności, intensyfikacji postaw ksenofobicznych i antyegalitarnych – wolimy oddalać od siebie myśl, że w każdej chwili w nasze miasta, lotniska i obiekty infrastruktury krytycznej wycelowane są tysiące rakiet, gotowych wystrzelić w każdej chwili, by zmienić oblicze Ziemi w nuklearne piekło.

W zbiorowym podejściu do zagrożenia jądrowego ujawnia się także pewien fatalizm. Pokutuje przekonanie, że atomowego smoka nie da się pokonać. Tymczasem doświadczenia historyczne pokazują, że transnarodowa współpraca w kierunku eliminacji broni jądrowej jest możliwa nawet ponad najgłębszymi podziałami. Po kryzysie kubańskim podpisano Traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, a także uruchomiono funkcjonującą do dziś gorącą linię między Kremlem a Białym Domem, której celem jest ograniczenie ryzyka błędnej interpretacji działań i sygnałów nuklearnych przeciwnika. Z kolei podpisanie układu START I przez Stany Zjednoczone i Związek Radziecki w 1991 roku zapoczątkowało stopniową redukcję światowych arsenałów jądrowych, których liczebność u szczytu zimnej wojny przekraczała 60 tysięcy głowic.

Choć w 2023 roku Rosja demonstracyjnie zawiesiła swój udział w traktacie New START, będącym następcą START I, dwa największe mocarstwa nuklearne nadal wymieniają informacje o testach rakiet balistycznych zgodnie z procedurami przewidzianymi w tym porozumieniu. Jednocześnie według danych Bulletin of the Atomic Scientists od 2018 roku liczba istniejących na świecie głowic jądrowych ponownie zaczęła rosnąć.

Czytaj także Europa atomowym mocarstwem? Taki pomysł już był Łukasz Jaskuła

– Nie potrzebujemy żadnej cudownej technologii, by pozbyć się zagrożenia atomowego – zauważa Sanders-Zakre. – Głowice jądrowe demontuje się przez cały czas i nic nie stoi na przeszkodzie, aby dezaktywować wszystkie pozostałe. Wymaga to jedynie zmiany myślenia o broni nuklearnej. Czas odrzucić stanowisko mocarstw atomowych, które podtrzymują, że tego rodzaju broń jest niezbędna dla ich bezpieczeństwa. Zamiast tego powinniśmy upowszechniać świadomość, że jest ona po prostu zbyt niebezpieczna, by w ogóle istnieć, dlatego musi zostać niezwłocznie wyeliminowana.

Zwolennikom realizmu politycznego bardziej przekonująca może wydawać koncepcja minimalnego odstraszania. Wedle licznych analiz, w tym tej autorstwa Stevena J. Cimbali i Lawrence J. Korba czy Williama J. Perry i Toma Z. Collina, kilkaset rozmieszczonych głowic wystarcza do odstraszenia potencjalnego agresora. W świetle tych ustaleń utrzymywanie arsenałów na obecnym poziomie, a tym bardziej ich dalsza rozbudowa, nie mają żadnego sensu, a środki inwestowane w podtrzymywanie i rozwój broni jądrowej można by przeznaczyć na bardziej uzasadniony cel. Przy odpowiedniej presji mocarstwa atomowe mogłyby ograniczyć swoje arsenały do poziomu zapewniającego minimalne odstraszanie, co otworzyłoby drogę do całkowitej eliminacji broni jądrowej.

– Powinniśmy rozmawiać o tych zagrożeniach ze swoimi przyjaciółmi, rodziną i członkami lokalnych społeczności – mówi Bell. – Choć intuicja podpowiada nam czasem co innego, w rzeczywistości każdy i każda z nas ma wpływ na debatę publiczną. Procesy społeczne prowadzące do zmiany zawsze biorą swój początek we współpracy wewnątrz małych społeczności. Warto podkreślić, że za każdym razem, gdy Zegar Zagłady cofał swoje wskazówki, działo się tak dlatego, że ludzie współpracujący ze sobą zażądali zmian od swoich przywódców i udało im się je wywalczyć. Możemy – i musimy – zrobić to znowu.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x