Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Nie uciszajmy zmęczonych hałasem

Nie chodzi o zamianę miasta w sypialnię. Potrzebujemy sprawiedliwych regulacji dotyczących hałasu i prawa do spokojnego życia.

Miasto Jest Nasze
Na środku krzycząca młoda kobieta zasłaniająca sobie uszy, za nią centrum Warszawy nocą Polemika z Troostem
Kontekst

🔊 Hałas stał się jednym z ważnych tematów miejskich debat – mieszkańcy dużych miast coraz częściej zgłaszają problemy z nocnymi imprezami, ruchem samochodowym i działalnością lokali usługowych.

🏙️ W Polsce brakuje szczegółowych regulacji dotyczących wielu źródeł hałasu miejskiego, m.in. koncertów plenerowych i działalności klubów, co utrudnia mieszkańcom dochodzenie swoich praw.

🌃 Tekst jest polemiką z Arturem Troostem, który w swoim artykule Miasto to nie sypialnia zwracał uwagę na inicjatywy antyhałasowe idące jego zdaniem zbyt daleko.

2
Celnie!
Serce

4

Ja również, tak jak Artur Troost, boję się epidemii samotności, alienacji społecznej, zaniku więzi sąsiedzkich, przymusu ekonomicznego, który zamienia życie w gonitwę między pracą a prywatnymi obowiązkami. Dlatego gdy kilka lat temu postanowiłam wejść z Warszawą w poważny związek, byłam zdeterminowana, żeby z tym zagrożeniem zawalczyć. Chciałam znać swoich sąsiadów, okolicę, czuć się częścią społeczności. Między innymi dlatego zaczęłam działać w radzie osiedla. Chciałam, by moi sąsiedzi przestali być dla mnie obcymi ludźmi. Moją ambicją było doprowadzenie do wyremontowania kilku altanek śmietnikowych i ograniczenie koszenia latem. Wprawdzie niewiele z tego wyszło, ale los podrzucił mi w zamian problem hałasu.

Czytaj także „Prosimy ciszej”? Miasto to nie sypialnia Artur Troost

Pewnego wieczoru do siedziby rady osiedla przyszło około dwudziestu wkurzonych osób, gotowych gołymi rękami rozszarpać winnych kilku nieprzespanych nocy, które mieli za sobą. Ludzie rzadko przychodzą na spotkania rad osiedli. To naprawdę rozrywka dla koneserów, nisza niszy. Pojawienie się takiej liczby mieszkańców oznaczało, że problem jest istotny i powszechny. Problemem tym były całonocne letnie imprezy w okolicznych klubach, od czwartku do poniedziałku rano. Basy, bo zawsze chodzi o basy, słynne drżące szyby lub meble, dudnienie, które nie pozwala spać nawet w zatyczkach do uszu. Moi sąsiedzi byli bardzo, bardzo zmęczeni. Pamiętam dziewczynę, która powiedziała, że gdy kładzie się spać w poniedziałek, już jest zestresowana, że zostały jej tylko trzy noce spokojnego snu. Wspólnie z kolegami i koleżankami z samorządu i mieszkańcami rozpoczęliśmy długi proces negocjacji z różnymi klubami w zasięgu słuchu.

I teraz uwaga, wniosek z praktycznego zaangażowania w przeprowadzanie zmian w zasadach współżycia w mieście: ludzie są bardzo różni i mają różne oczekiwania. W naszej społeczności były osoby, które prosiły tylko, żeby choć w czwartki kluby nie grały do rana, bo w piątek trzeba iść do pracy. Były osoby, które mówiły, że wystarczy, że impreza skończy się o 23, bo przecież rozumieją, że lato, i nie chcą nikomu psuć zabawy. Ale byli też tacy, którzy domagali się, aby ani przez moment w ciągu doby nie dochodził do nich żaden, nawet najmniejszy, dźwięk niechcianej muzyki.

Były osoby, które za hałasy i poimprezowe burdy na ulicach obwiniały obcokrajowców oraz takie, które narzekały na głośne dzieci w przestrzeni publicznej. Już chcesz zbijać z kimś piątkę, bo zgadzacie się, że dudnienie od rana to gruba przesada i trzeba coś z tym zrobić, gdy okazuje się, że ten ktoś chce również usunąć ławki z podwórka i zamienić alternatywny klub na luksusowy butik. Ach, gdybyż tak dało się zawsze walczyć o zmiany tylko z ludźmi, z którymi we wszystkich tematach nam po drodze!

Zanim wyszliśmy jako grupa do hałasujących klubów, było wiadomo, że żaden postulat nie zadowoli wszystkich. Proza działalności społecznej. Różni byli też urzędnicy i zarządcy klubów. Jedni bardzo się starali wypracować rozwiązania (zmieniali ustawienie nagłośnienia, montowali kurtyny akustyczne, robili pomiary, ograniczali czas trwania imprez do 22), inni szli w zaparte, domagając się dowodów na przekroczenie norm.

Gdybym chciała, mogłabym więc opowiedzieć o walce z hałasem w mieście kładąc nacisk na mieszkańców, którzy chcą wszystkiego zakazać i zamienić miasto w sypialnię. Da się to zrobić, bo są też tacy. Uważam jednak, że to poznawcza nuda. I to taka, która konserwuje bardzo nierówny podział sił, jaki mamy pomiędzy hałasującymi a mimowolnymi odbiorcami hałasu.

Walka z hałasem to nie walka z życiem społecznym

Artur Troost poucza wyobrażonych przeciwników hałasu: „(…) Życie w centrum wielkiego miasta oznacza pewien poziom kompromisu. Jeśli raz lub dwa razy w roku odbywa się koncert, to trudno, trzeba to zdzierżyć. Istnieje coś takiego jak zatyczki do uszu i nie zaszkodzi od czasu do czasu ich założyć, zamiast wylewać żale na forach internetowych”. Szczerze mówiąc nie spotkałam się przez ostatnie kilka lat z ani jednym przypadkiem, by „jeden lub dwa” koncerty w roku, których nie odczuwa się po włożeniu zatyczek do uszu, spowodowały, że zawiązała się jakaś istotna inicjatywa antyhałasowa.

Czytaj także Wolę ciche wieczory niż dziecięcy śmiech. I czuję się z tym doskonale Sylwia Kwaśniewska

Tymczasem nie jest łatwo obronić się przed nękającym nas hałasem za pomocą aparatu państwa. Zdefiniowane w prawie normy dotyczą różnego rodzaju średnich dobowych i stworzone zostały z myślą o hałasie drogowym lub z zakładów przemysłowych. Nie ma atestowanych urządzeń ani standardów, które pozwoliłyby w sposób bezdyskusyjny dla wszystkich stron zmierzyć hałas z imprezy lub przejeżdżającego samochodu. Nie ma żadnych regulacji dla hałasu z imprez masowych lub plenerowych. Pozostaje właściwie tylko zgłaszanie zakłócania porządku lub spoczynku nocnego. Działa tylko wtedy, kiedy odpowiedzialnym za zakłócanie jest sąsiad zza ściany. Jeśli jesteś klubem, festiwalem lub koncertem, możesz hałasować do rana i w dowolnym natężeniu.

Obecna radykalna bezsilność zwykłego mieszkańca wobec hałasujących biznesów budzi radykalne reakcje. Jeśli knajpa lub klub się uprze, to rozkręci głośniki do maksimum, będzie grać do rana i niewiele z tym można zrobić. Gdy sklepy monopolowe mogły sprzedawać alkohol całą dobę, sąsiedzi tych lokali domagali się cofnięcia koncesji, aby przerwać nocne burdy i hałasy pod oknami. Jedna malutka uchwała wprowadzająca trochę cywilizacji do ich działalności i okazuje się, że da się jakoś obok siebie żyć. Jeśli kogoś trzeba pouczać o konieczności pójścia na kompromis, to właśnie te hałasujące biznesy.

Dobrym przykładem jest tu plenerowa Letnia Scena Progresji (sezonowa inicjatywa, nie mylić z Progresją). Zaczynała w czasie pandemii z pięcioma koncertami w sezonie, bez większych uwag ze strony mieszkańców. W następnych latach liczba koncertów stopniowo się zwiększała, by w tym roku dobić do 36. Zyski klubu szybują w górę. Mieszkańcy są na granicy wytrzymałości. Gdybyśmy mieli zdroworozsądkowe normy, może takiej eskalacji (i działalności, i gniewu mieszkańców) dałoby się uniknąć.

Mieszkańcy potrzebują skutecznych narzędzi ochrony

Powiedzmy, że w końcu pojawi się wola polityczna, żeby przeciętnemu mieszkańcowi miasta dać jakiś instrument do negocjacji dopuszczalnego poziomu hałasu. Jak realne jest ryzyko, że zabije to życie społeczne i kulturalne w Warszawie? Za imprezami takimi jak Circoloco nikt płakać nie będzie, może poza znajomymi Omeny Mensah. Ale za klubami nad Wisłą? W Śródmieściu? Na Powiślu? Płakalibyśmy strasznie. Tak jak płakaliśmy za Pogłosem, Jadłodajnią Filozoficzną, Le Madame, Powiększeniem. Te miejsca są częścią (już teraz historii) Warszawy, ale to nie walka z hałasem doprowadziła do ich zniknięcia, a polityka lokalowa miasta i presja rynku nieruchomości – właśnie ta niesławna gentryfikacja i turystyfikacja, o której pisze autor artykułu Miasto to nie sypialnia.

Ciekawym tematem jest hałas z ogródków gastronomicznych, na który nieprzypadkowo skarżą się właśnie mieszkańcy Śródmieścia. Jak podają badacze z Uniwersytetu Warszawskiego, 75 proc. ofert najmu krótkoterminowego znajduje się w promieniu 5 km od Centrum. Jeśli klienci Airbnb w ogródkach śródmiejskich kawiarni zachowują się tak, jak w zamienionych w parahotele mieszkaniach, to mogą doprowadzać do desperacji nawet niezbyt wrażliwych na uciążliwości mieszkańców. Dzika turystyfikacja centrum skutkuje nasileniem skarg na hałas.

Ale może przynajmniej bez regulacji antyhałasowych Śródmieście i Powiśle będzie „żyło”? Jasne, ale raczej życiem turystów poruszających się po kosztownych dekoracjach udających miasto, a nie życiem zwykłych mieszkańców. Turystów będą zabawiać swoimi ryczącymi samochodami amatorzy nocnych wyścigów. Rozumiem, że figura snobistycznej mieszczki, która marzy, by luksusowe sklepy zastąpiły głośne „ludowe” imprezownie, jest kusząca swoją pozorną nieoczywistością. Ale to tylko akademicki eksperyment myślowy. W rzeczywistości z hałasem najaktywniej walczą przede wszystkim ci, którzy nie mogą sobie pozwolić, aby z dnia na dzień „wyprowadzić się na wieś”. Oczywiście protesty mieszkańców Wilanowa słychać w mediach jakoś wyraźniej, niż protesty mieszkańców Pragi, ale z tego powodu ci ostatni potrzebują regulacji nawet bardziej.

Regulacja hałasu może przywrócić w nim równowagę w mieście

Brak narzędzi do ochrony przed osobami i działalnościami gospodarczymi generującymi nadmierny hałas spowodował, że w stowarzyszeniu Miasto Jest Nasze powołaliśmy w końcu grupę hałasową. Najbardziej liczymy na wprowadzenie w Polsce „fotoradarów akustycznych” (od razu dobrze się kojarzy z mandatami dla kierowców). Jest bowiem jedno źródło hałasu, którego wszyscy nienawidzą, a są to ryki silników samochodów i motocykli. Tutaj nie ma rozterek co do zabijania życia miejskiego, powszechny konsensus w sprawie konieczności wyplenienia tego zjawiska z przestrzeni publicznej jest bezsprzeczny.

Czytaj także Nocna prohibicja w Warszawie działa. Lewica miała rację Galopujący Major

Od walki z nocnymi wyścigami i pochodzącym z przerobionych pojazdów hałasem się zaczęło. Filip Pietrzak i Jan Mencwel napisali petycję w sprawie „fotoradarów akustycznych”, którą podpisało 20 tys. osób i która właśnie została skierowana przez komisję do dalszych prac w Sejmie. Marta Szczepańska wspólnie z Ulą Kałłaur, prawniczką specjalizująca się hałasie, zabiegają, aby miasto wprowadziło regulacje hałasu dla imprez masowych. Czekamy na nowe przepisy Ministerstwa Środowiska, które mogłyby dać gminom praktyczne narzędzia do unormowania branży.

Jesteśmy przekonani, że miasto dzięki temu rozkwitnie, a radykalne postulaty likwidowania ławek i ogródków gastronomicznych stracą impet. Ogłoszenia o festiwalach nie będą budzić paniki, bo wiadomo będzie, czego się spodziewać i jak egzekwować to, na co się umówiliśmy. Jeśli do tego dołożymy regulację Airbnb, to może zwykłe życie wróci do Śródmieścia, warszawiacy będą chodzić do ogródków pogadać ze znajomymi, budować więzi, spotykać swoich sąsiadów i prosić barmana o „to, co zawsze”.

**

Aleksandra Kinga Lelito – matematyczka, działaczka społeczna, od 2026 roku przewodnicząca stowarzyszenia Miasto Jest Nasze.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
2
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x