📵 W ostatnich dniach korporacja Meta, właścicielka Facebooka i Instagrama, urządziła falę blokad fanpejdży organizacji zajmujących się prawami reprodukcyjnymi.
⚡ W niewielkim odstępie czasu zniknęły strony m.in. Aborcyjnego Dream Teamu, Przychodni AboTak, Women Help Women, Toruńskiej Brygady Feministycznej, kolektywu Legalna Aborcja czy Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.
🗣️ W Krytyce Politycznej pisała już o tym Aleksandra Kasprzak, przybliżając algospeak – żargon, którym posługują się aktywistki i dziennikarze, by uniknąć bana. Xavier Woliński idzie krok dalej i pyta, jak uniezależnić organizacje społeczne od korporacyjnych platform.
Aborcyjny Dream Team i Women Help Women borykają się z zaostrzeniem działań Mety już od dwóch, trzech lat. Jednak dotychczas nie było tak, że nagle tracą trzy konta w tym samym momencie. A Facebook czy Instagram to dla tych organizacji kanały udzielania pomocy osobom, które potrzebują pomocy w dokonaniu aborcji.
– Każdego dnia zawieszenia 200–350 wiadomości od dziewczyn z całej Polski, a nawet spoza kraju pozostawało bez odpowiedzi – opowiada działaczka obu organizacji Natalia Broniarczyk.
Aktywistki podkreślają arbitralność decyzji i brak jasnej komunikacji ze strony Mety: – Zawieszenie naszego profilu zostało nałożone bez żadnego ostrzeżenia. Wcześniej nie usunięto żadnego konkretnego posta ani nie otrzymałyśmy żadnego komunikatu o naruszeniu regulaminu czy Zasad społeczności Mety. Do dziś nie wiemy, która treść została uznana za naruszającą zasady – relacjonuje Dominika Ćwiek z kolektywu „Legalna Aborcja”.
Teoretycznie użytkowników w Unii Europejskiej powinien chronić Digital Services Act, który nakłada na duże platformy obowiązki uzasadniania decyzji w kwestii moderacji i zapewnienia ścieżek odwoławczych. Problem w tym, że dla organizacji społecznych, które z dnia na dzień tracą kanał kontaktu z osobami potrzebującymi pomocy, formalna możliwość odwołania nie rozwiązuje podstawowego problemu. Skutki są natychmiastowe, natomiast przywrócenie strony, jeśli w ogóle następuje, zależy od procedur kontrolowanych przez samą korporację i bywa długotrwałe. W dodatku w Polsce wciąż nie ma w pełni wdrożonych mechanizmów egzekwowania DSA. Do momentu publikacji tekstu nie udało mi się uzyskać na ten temat komentarza z Ministerstwa Cyfryzacji.
Najpierw obcinanie zasięgów, potem blokady
Samo zawieszenie strony to tylko ostatnia faza pewnego procesu, który rozwijał się od dłuższego czasu, ponieważ już wcześniej ograniczane były zasięgi.
– W tym roku wielokrotnie obserwowałyśmy sygnały świadczące o znaczącym ograniczaniu zasięgów naszych treści. Posty, które wcześniej regularnie osiągały kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy odbiorców, nagle praktycznie przestały wyświetlać się użytkownikom – mówi Joanna Gzyra-Iskandar z „Legalnej Aborcji”.
Znają to osoby prowadzące profile na inne tematy, uznane przez Metę za „kontrowersyjne”, czyli np. dotyczące Palestyny. Zasięgi z posta na post czy z rolki na rolkę potrafiły spaść o kilkadziesiąt procent. Organizacja HRW alarmowała w raporcie w kwestii „systemowej i globalnej” cenzury treści o Palestynie. Sytuacja organizacji zajmujących się obroną praw reprodukcyjnych nie jest więc odsobniona, ale dotyczy szerszego spektrum organizacji oraz treści.
Aktywistki jednak podkreślają, że nie zamierzają poddawać się bez walki o przywrócenie stron, dlatego, że czują się odpowiedzialne za zdrowie i życie osób, do których potencjalnie nie dotarłyby bez używania platform społecznościowych. Dopóki ludzie masowo z nich korzystają, nadal widzą konieczność swojej obecności na tych platformach.
– Nie uważamy, że rozwiązaniem jest wycofanie się do niszowych platform. Naszym celem jest docieranie do szerokiego grona odbiorców, a Polacy w większości korzystają z platform Mety. To tam użytkownicy szukają informacji i tam powinny być obecne również rzetelne treści dotyczące zdrowia reprodukcyjnego – podkreśla Dominika Ćwiek. – Nie zamierzamy też reagować na tę sytuację poprzez autocenzurę. Nie będziemy ukrywać słowa „aborcja” ani zastępować go zapisami typu „ab0rcja” czy „ab*rcja”. Uważamy, że prowadzi to wyłącznie do dalszej stygmatyzacji tego tematu, a jednocześnie nie przynosi realnych efektów. Obecnie systemy moderacji są w dużej mierze wspierane przez narzędzia AI, które bez problemu rozpoznają tego typu próby omijania filtrów – zauważa.
Nie znaczy to jednak, że mają zamiar opierać się wyłącznie na korporacyjnych platformach społecznościowych. Widzą, jakie zagrożenie stanowi uzależnienie od tych form komunikacji i edukacji.
– Musimy uniezależniać się od jednej platformy i rozwijać własne kanały komunikacji. Pracujemy nad uruchomieniem newslettera oraz nowej strony internetowej, choć ze względu na ograniczenia czasowe i finansowe zajmie to jeszcze trochę czasu. Jesteśmy także obecne na innych platformach społecznościowych, jednak nie udało nam się tam zbudować społeczności porównywalnej z tą, którą mamy w serwisach Mety – podkreśla Gzyra-Iskandar.
Aborcyjny Dream Team już ma wdrożone alternatywne rozwiązania: stronę internetową adt.pl, a także swój newsletter.
– Na szczęście są jeszcze stare dobre maile oraz infolinia Aborcji Bez Granic 22 29 22 597. Jednak, żeby te opcje zostały dostrzeżone przez osoby w niechcianej ciąży, musimy zacząć chyba wracać do plakatów i wzmocnienia widoczności w przestrzeni publicznej… Walka z tech bros jest uciążliwa, zabiera dużo czasu, a i tak nie wiesz, czy twoje konto jest widoczne tak jak wcześniej – zauważa Broniarczyk.
Nie uciekać do niszy, ale mieć plan B
Sytuację obrazowo przedstawia Michał Woźniak, specjalista ds. bezpieczeństwa informacji: – Debata publiczna potrzebuje bezpiecznej przestrzeni, to znaczy niekontrolowanej przez podmioty, które często są tej debaty tematem. Korpospołecznościówki taką przestrzenią nie są. Są jak centra handlowe: błyszczące, często wygodne, udające przestrzeń publiczną, ale w pełni podporządkowane interesom ich właścicieli. Wszystko, co robimy w centrum handlowym, musi wpasować się w model biznesowy. Nie możemy na przykład w centrum handlowym protestować, ochrona nas po prostu wyniesie.
Od dawna promuje więc przeniesienie przynajmniej części debaty publicznej do zdecentralizowanych mediów, takich jak fediwersum. Jednym z najbardziej znanych serwisów społecznościowych jest tutaj Mastodon. Michał Woźniak szerzej opisał ten temat w tekście dla Krytyki Politycznej Nie palcie społecznościówek, zakładajcie własne. Warto też zwrócić uwagę na konieczność posiadania własnej strony www z własnymi kanałami dystrybucji treści, takimi jak RSS czy newsletter. To są znane od dziesięcioleci techniki, ale w obecnej sytuacji ich zastosowanie powinno stać się bardziej powszechne. Zwłaszcza własne strony powinny na nowo stać się hubami dla społeczności, gdzie treści są publikowane w pierwszej kolejności oraz odbywa się na ich temat dyskusja.
– Nie musimy też od razu rezygnować z korpoprofili. Możemy budować naszą społeczność poza złotymi klatkami i grodzonymi ogródkami, jednocześnie prowadząc nasze istniejące już tam profile – zwraca uwagę Woźniak.
Jak widać aktywistki są świadome tych rozwiązań, dlatego albo posiadają własne strony czy newslettery, albo są w trakcie ich budowy. Teraz jednak kluczowa pozostaje edukacja własnej społeczności, żeby korzystała w większym stopniu z tych narzędzi, zwłaszcza że nie są to trudne technicznie, w większości przypadków, działania. Żeby zapisać się do newslettera, wystarczy skrzynka e-mail. Do używania kanałów RSS wystarczy prosty, darmowy czytnik.
Nie wystarczy mówić o suwerenności cyfrowej
Pozostaje jednak kwestia przekonania jak największego grona osób do używania alternatywnych platform niekorporacyjnych i lokalnych. Dotychczasowe zachęty działały słabo, dlatego postuluję rozwiązanie prawne, które zmusiłoby polityków oraz instytucje publiczne do używania zdecentralizowanych mediów społecznościowych w ramach fediwersum. Mamy absurdalną sytuację, kiedy większość komunikacji ze strony polityków czy instytucji państwowych oraz istotna część debaty publicznej odbywa się z użyciem mediów społecznościowych kontrolowanych przez nie zawsze przyjazne, mocarstwo zza oceanu.
Podobnie widzi to Michał Woźniak: – Przez ponad dekadę media, organizacje społeczne i partie polityczne za darmo promowały korpospołecznościówki, gdzie się tylko dało. Nic dziwnego, że korporacje uzyskały taką władzę nad debatą publiczną.
Dlatego politycy poza stricte prywatną komunikacją w rodzaju zdjęć z wakacji, powinni wyłącznie pisać na platformach w rodzaju Mastodon lub podobnych. Każda instytucja państwowa powinna używać infrastruktury publicznej, własnych serwerów, instancji podłączonych do fediwersum. Rozwiązania techniczne już są, nie trzeba wymyślać niczego od zera. Pozostaje wola polityczna.
Krytycy twierdzą, że to odetnie ich od obywateli, którzy przebywają głównie w korporacyjnych społecznościówkach. Rzecz w tym, że za politykami i instytucjami masowo zaczną przechodzić także dziennikarze, publicyści i inne osoby zainteresowane. A za nimi podążą wreszcie ich czytelnicy. Pojedynczy publicysta czy aktywistka nie wywoła odpowiedniego efektu skali. Politycy wiele mówią ostatnio o suwerenności cyfrowej, ale poza nadprodukcją raportów niewiele w praktyce się zmienia. Najwidoczniej trzeba zmusić ich do realnego działania.
Jeśli uda się zbudować masę krytyczną i pojawi się dostatecznie wielu odbiorców i odbiorczyń w ramach fediwersum, aktywistki nie będą już zmuszone szarpać się z algorytmami i arbitralnymi blokadami na coraz bardziej zautomatyzowanych platformach korporacyjnych.







!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!