Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Bałtyk się podnosi. Po pierwszej powodzi morskiej będziemy ratować Gdańsk i Żuławy

Na koniec wieku typowy sztorm będzie zalewać niektóre dzielnice Gdańska, a Żuławy będą zalane całe. Półwyspu Helskiego być może nie da się uratować. Musimy w Polsce zacząć stawiać sobie pytanie: co będziemy chronić, a czego nie.

Curved, multi-level white hotel or condo building with glass balconies, set against a blue sky; people stand and walk in a plaza in the foreground. Rozmowa
1
Płacz

1

Ewa Karendys: Naukowcy ostrzegają przed rosnącym poziomem wód w Bałtyku, a inwestorzy i tak na potęgę budują apartamentowce i hotele nad morzem. Ostatnio głośno jest o hotelu Gołębiewski w Pobierowie czy inwestycji Silva Maris na Wyspie Sobieszewskiej. Takie inwestycje mają sens?

Prof. Jacek Piskozub: Wiele zależy od tego, na jakiej wysokości nad poziomem morza są położone. Na całym świecie buduje się nad wodą, natomiast polskie przepisy zagospodarowania przestrzennego w ogóle nie są przygotowane do tego, że poziom morza będzie wzrastał. Jeśli nadmorska inwestycja powstaje na przykład na klifie, to w teorii może nie być zagrożona zalaniem.

Budowa na klifie jest bezpieczniejsza?

Tylko w teorii, bo problem jest szerszy niż samo ryzyko powodzi. Klify są naturalnym źródłem piasku zasilającego plaże. Betonowanie klifów ogranicza ten proces i prowadzi do zanikania plaż. W efekcie konieczne staje się sztuczne zasilanie plaż piaskiem transportowanym z dna morskiego.

Czytaj także Gdańsk dla wszystkich (deweloperów). Co mogło pójść nie tak? Bartosz Treder

W jakich nadmorskich lokalizacjach lepiej ograniczyć budowę, jeśli zaufać prognozom, że poziom Bałtyku będzie się podnosił, a wiele terenów zostanie kiedyś zalanych?

Na pewno unikałbym budowy na terenach położonych poniżej dwóch i pół metra nad poziomem morza. Jeśli uwzględnimy prognozowany do końca stulecia wzrost poziomu morza, sięgający około metra, oraz większe piętrzenie sztormowe, które może wynosić nawet półtora metra, ryzyko podtopień staje się bardzo wysokie. Na zachodnim wybrzeżu, w rejonie Świnoujścia czy Międzyzdrojów, bezpieczna granica to nawet powyżej trzech metrów n.p.m., ponieważ tam spiętrzenia sztormowe są jeszcze wyższe.

Po drugie, nie budowałbym na klifach. To najgorsze możliwe miejsca dla zabudowy, ponieważ klify odgrywają kluczową rolę w naturalnym funkcjonowaniu wybrzeża.

Przykład?

W Ustroniu Morskim zbudowano apartamentowiec na niewysokim klifie, a plażę zastawiono betonowymi blokami wzmacniającymi ten klif. Z punktu widzenia przyrodniczego to katastrofa, bo zaburzamy naturalne procesy na wybrzeżu, nie mówiąc już o wątpliwych walorach estetycznych.

Na polskim wybrzeżu mamy klify i wydmy. Budowanie za wydmami może mieć sens, pod warunkiem że gminy zdają sobie sprawę z tego, że z czasem wydmy trzeba wzmacniać. Przykładowo Sopot – poza fragmentem przy molo – jest w dużej mierze chroniony przed morzem właśnie przez pas wydm. Ich wzmocnienie, podwyższenie, jak robi się to w Niemczech i Holandii, może na bardzo długi czas ograniczyć ryzyko, że woda wedrze się do miasta. Problemem jest też to, że w Polsce ciągle nie określamy tego, jaką zabudowę będziemy chronić przed zalaniem.

Temat przez rządzących traktowany jest po macoszemu?

W tej chwili kończą się konsultacje nowego programu ochrony brzegów morskich. To ważny krok, bo nie mamy dziś żadnego długofalowego planu ochrony plaż przed wzrostem poziomu morza. Krytykowałem ten program za to, że planując ochronę brzegów, nie bierze się pod uwagę terenów portowych. Urząd Morski wprawdzie remontuje nabrzeża, ale ich nie podwyższa. Już dziś podczas sztormów w Ustce przez nabrzeże wlewa się woda. Widać to też w Gdańsku, np. w Nowym Porcie, gdzie stacjonuje „Oceania” – statek badawczy naszego Instytutu Oceanologii PAN. Mogę się założyć, że oryginalne XIX-wieczne nabrzeże nie było zalewane, ponieważ morze było wówczas 20 cm niższe, w dodatku nie było tak wysokich sztormów.

Tymczasem prognozy zakładają, że do 2050 roku możemy spodziewać się wzrostu poziomu morza o 15–17 cm.

Co to oznacza dla Pomorza?

Największym problemem są Żuławy. Wewnętrzne wały są za niskie na sztormy, które nadejdą w najbliższych dziesięcioleciach. Dlatego im wcześniej zaczniemy podejmować działania, tym lepiej. W Gdańsku dobrym rozwiązaniem byłaby budowa wrót powodziowych na ujściu Martwej Wisły i Wisły Śmiałej.

Czy wtedy bylibyśmy bezpieczni?

Takie rozwiązanie zabezpieczyłoby miasto do końca stulecia, a nawet i dłużej. Natomiast jeżeli tego nie zrobimy, to będziemy mieli mnóstwo miejsc, które morze zacznie zalewać. Można oczekiwać, że na koniec wieku przy typowym sztormie woda będzie zalewała m.in. Dolne Miasto, okolice Letnicy – tam gdzie stoi stadion, Żuławy będą zalane całe. Woda pojawi się wtedy też m.in. w Parku Reagana, gdzie znajdują ujęcia wody pitnej, z których korzysta 30 proc. Gdańszczan. Zasolenie tych źródeł wody już samo w sobie byłoby katastrofalne dla Gdańska.

Jeżeli nie podejmiemy działań, będziemy mieli do czynienia z okresowymi zalewaniem niektórych dzielnic Gdańska, a także innych miejscowości na wybrzeżu, a Półwysep Helski będzie „przecinany” przez wodę – i to nawet kilka razy w roku.

Czytaj także Lekcje z powodzi. Czy jesteśmy gotowi na kolejne klęski żywiołowe? [rozmowa] Kaja Puto

Dlaczego samorządy i urzędy nie widzą problemu?

Samorządowców czy dyrektora Urzędu Morskiego nie interesuje coś, co nastąpi za 40 lat, bo pełni kadencję tylko przez najbliższych kilka lat. Drugą kwestią jest brak wiary, że Gdańsk zostanie zalany, bo to jeszcze się nie zdarzyło. Zawsze powtarzam, że po pierwszej powodzi morskiej, która zaleje stolicę województwa pomorskiego, będziemy mieli wielki program ratowania Gdańska i Żuław.

Kiedy można spodziewać się takiej powodzi – to kwestia lat, dekad, a może dłużej?

To losowe zjawiska, Nie wiemy, kiedy nadejdą wielkie sztormy. Sęk w tym, że one nie zdarzają się w każdej dekadzie. Natomiast pewne jest, że kiedyś przyjdą lata, kiedy nastąpią wielkie spiętrzenia sztormowe. W 1874 roku bałtycki sztorm spiętrzył wody w Świnoujściu o prawie dwa metry. 

Niedowiarkowie zaraz powiedzą: „to straszenie”, „co nas obchodzi, co będzie za kilkadziesiąt lat?”, „przecież poziom morza od zawsze podnosi się i opada!”…

Mogę się tylko uśmiechnąć, bo w negacjonizmie klimatycznym pojawiają się trzy narracje. Pierwsza: że to wszystko nieprawda. Druga: że to prawda, ale zmiany, które zachodzą to nie nasza wina – tu zwykle pada argument, że poziom morza zawsze się zmieniał. A trzecia: że to w sumie dobrze. W przypadku rosnącego poziomu morza tę trzecią wersję trudno jednak będzie obronić.

Modele wzrostu poziomu morza uwzględniają wszystkie znane czynniki, które sprawiają, że morze się podnosi: wzrost temperatury, topnienie lodowców i lądolodów. Obecnie musimy liczyć się ze wzrostem temperatury o co najmniej trzy stopnie Celsjusza do końca wieku i wzrostem poziomu morza o co najmniej 90 centymetrów. A jeśli załamie się część lądolodu Antarktydy Zachodniej, może to być jeszcze więcej.

Owszem, poziom morza zawsze się zmieniał. My mieliśmy po prostu szczęście, że Holocen był niezwykle stabilnym okresem klimatycznym. Przez ostatnie pięć, sześć tysięcy lat poziom morza praktycznie się nie zmieniał. Tak akurat się złożyło, ale to przypadek.

Wcześniej było inaczej?

Zupełnie. Miasto sprzed 20 tysięcy lat – gdyby istniało – znajdowałoby się teraz 120 metrów pod wodą! Oczywiście kiedy poziom morza zmieniał się pod koniec epoki lodowej, nie mieliśmy miast, infrastruktury ani setek milionów ludzi mieszkających na wybrzeżach. Byliśmy nomadami mieszkającymi w namiotach. Tym ludziom nic nie groziło, o ile nie utknęli na wyspie. Nam oczywiście też nikt nie zabroni przeprowadzić się z Gdańska do Krakowa, ale trzeba pamiętać, że w Polsce problem migracji dotyczyłby dziesiątków tysięcy osób mieszkających w miejscowościach i dzielnicach położonych nisko nad poziomem morza.

Trudno uwierzyć w coś, czego nie widzimy. Kiedy przeciętny mieszkaniec Gdańska zorientuje się, że poziom wód Bałtyku rzeczywiście się podnosi?

Pewne skutki widzimy już teraz, tylko ich nie zauważamy, bo wydaje nam się, że zawsze tak było. Choćby to, że plaże trzeba zasilać piaskiem co rok albo dwa. Albo to, że woda wlewa się w miejsca, gdzie kiedyś jej nie było.

Natomiast jedną kwestią jest podnoszenie się wód Bałtyku, a drugą, powiązana z nią – powódź sztormowa. Pod koniec tego wieku zwykłe, coroczne duże sztormy wystarczą, żeby spowodować coś, co nazywamy powodzią pięćsetletnią, czyli taką, która według dotychczasowych definicji występowała raz na 500 lat.

Czytaj także Dlaczego ludzie nie wierzą w katastrofę klimatyczną? Joanna Wiśniowska

Dlaczego sztormy i zalania mają być większe niż te, które były wcześniej?

Załóżmy, że wiatr podnosi poziom morza o około metr. To się często zdarza. Ale jeśli dziś poziomu wód Bałtyku jest o 30 centymetrów wyższy niż historycznie, to otrzymujemy łącznie około 1,3 metra.

Jest jeszcze drugie pytanie: czy w tym wieku możemy spodziewać się silniejszych sztormów samych w sobie. Tu opinie są różne, ale zakładamy, że wiatry zachodnie będą coraz mocniejsze, a to oznacza silniejsze zimowe sztormy. Zresztą już teraz widać, że sezon sztormowy się wydłuża. Gdy byłem młodszy, kończył się w styczniu, a dziś trwa właściwie do wiosny. Nawet teraz mamy sztorm na Bałtyku, w czerwcu! Jeśli poziom morza będzie dalej rósł, to z czasem nawet bez sztormu woda zacznie zalewać niektóre miejsca, na przykład w Gdańsku.

Jak wygląda przyszłość w wersji apokaliptycznej? Czy możemy spodziewać się wielkich powodzi jeszcze za naszego życia?

Wszystko zależy od tego, jak długo będziemy żyć. Pamiętajmy, że obecne młode pokolenie będzie funkcjonować aż do końca XXI wieku. Greta Thunberg zapytała kiedyś: „Dlaczego modelujecie [klimat] tylko do 2100 roku? Przecież moje pokolenie będzie wtedy nadal żyło”. I faktycznie – dziś modele sięgają już roku 2300. Rzadko się jednak o nich mówi, bo wyniki są tak przerażające, że ludzie i tak by nie uwierzyli.

Jednak trzeba też pamiętać, że przy prognozach tak daleko sięgających w przyszłość niepewności są duże. Jeśli jednak nie ograniczymy emisji gazów cieplarnianych, istnieje ryzyko destabilizacji części lądolodu Antarktydy. W takim scenariuszu poziom morza może wzrosnąć nawet o pięć, siedem metrów do końca 2300 roku.

Brzmi jak katastrofa dla nadmorskich miast.

Tak, wtedy nie ma już mowy o skuteczności wałów czy bram przeciwpowodziowych. Sam Gdańsk jako miasto przetrwa: na przykład centrum Oliwy położone jest na wysokości ok. 20 metrów n.p.m. Ale już port trzeba by zbudować w nowym miejscu. Mówię to z lekkim uśmiechem, bo trudno mi to sobie wyobrazić. Z kolei Żuławy, już przy wzroście poziomu morza o pięć metrów są nie do uratowania. Może do tego czasu wymyślimy coś, co pozwoli ustabilizować Antarktydę.

Czy do uratowania jest Półwysep Helski? Jaka przyszłość czeka mierzeję w najbliższych dekadach?

Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, czy warto w ogóle ratować półwysep w obecnej formie. Jeśli poziom morza podniesie się o metr, to oczywiście można budować wały, żeby chronić drogę i linię kolejową z obu stron. Ale można też zadać sobie pytanie: czy nie lepiej byłoby chronić sam Hel jako wyspę, zbudować tam port i po prostu kupić kilka promów?

Utrzymywanie wałów na długości kilkudziesięciu kilometrów tylko po to, żeby dało się dojechać na Hel, to poważna decyzja. To są pytania, które powinniśmy zacząć sobie w Polsce zadawać: co chcemy i powinniśmy chronić, a czego nie.

Co warto chronić?

Na pewno historyczne części miast. Warto też chronić Żuławy tak długo, jak to możliwe: to przecież niezwykle bogaty obszar rolniczy.

Na początku roku naukowcy podawali, że woda w Morzu Bałtyckim opadła do najniższego poziomu w historii pomiarów. A to z kolei rozbudziło dyskusję wśród klimatycznych sceptyków. „Poziom wód wcale się nie podnosi!” – mówili z satysfakcją.

Takie zjawiska z pewnością zdarzały się historycznie, tylko nie mieliśmy wtedy dokładnych pomiarów satelitarnych. Rekord, o którym mówimy, padł w punkcie pomiarowym koło Sztokholmu, w Szwecji. A w Szwecji bardzo łatwo pobijać rekordy niskiego poziomu morza, bo tam stale podnosi się ląd. W tym konkretnym przypadku woda została po prostu wywiana z Bałtyku przez długotrwałe wiatry ze wschodu. Ale w ciągu dwóch miesięcy wróciła, o czym prasa już nie pisała. Wystarczyło, że przestały wiać wiatry ze wschodu, a zaczęły wiać zachodnie – i wszystko wróciło do normy. To było więc zjawisko przejściowe. Jeśli użyjemy danych obejmujących 30 lub więcej lat, to trend jest jednoznaczny: poziom morza na Bałtyku rośnie, tak samo jak wszędzie.

Jak i gdzie budować na nadmorskich obszarach, żeby nie wpaść w panikę, ale i myśleć o przyszłości? Świadomość inwestorów jest raczej nikła.

Myślę, że świadomi inwestorzy na szczęście się znajdą, większym problemem jest planowanie przestrzenne. Szczególnie, że odbywa się na poziomie gminy, nie ma za to sprawnego planowania przestrzennego na poziomie województwa. Gminy nie myślą o tym, żeby zachować część obszaru, po to, żeby utrzymać atrakcyjny, naturalny teren.

Czytaj także Skrawki przyrody. Potrzebujemy rewolucji mentalnej, a nie tylko energetycznej Daniel Petryczkiewicz

Stawiamy budynek na budynku…

…a potem wszyscy narzekają na ład przestrzenny. Przez lata udało się zachować kawał dzikiego wybrzeża od Władysławowa po Świnoujście między innymi dlatego, że to były kiedyś tereny wojskowe. Dziś gminy chcą zarabiać, a każdy sprzedany kawałek ziemi nad morzem to dla nich zysk. W dodatku jeden z najpiękniejszych terenów wybrzeża – okolice Choczewa – zmieniamy w obszar przemysłowy, budując tam elektrownię atomową.

Elektrowni też zagraża zalanie?

Elektrownia atomowa powstaje na podwyższeniu. Jeśli przez wzrost poziomu morza zaleje gminę Choczewo, to akurat elektrownia pozostanie jako wyspa. Inwestorzy kosztownych projektów zdają sobie sprawę z zagrożeń i się do nich przygotowują. Natomiast reszta społeczeństwa – niestety nie.

**
Ewa Karendys – Gdańszczanka, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Gedanistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Specjalizuje się w tematach dotyczących biznesu, gospodarki i architektury. Publikowała m.in. w „Forbesie”, „Newsweeku”, „Bizblogu”, „Gazecie Wyborczej” i magazynie „Architektura i Biznes”. Jest dwukrotną laureatką Nagrody Izby Architektów RP dla dziennikarzy piszących o zawodzie architekta i architekturze.

Prof. Jacek Piskozub – fizyk morza z Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk w Sopocie. Specjalizuje się w fizyce atmosfery i badaniach interakcji atmosfera–ocean. Tytuł profesora otrzymał w 2015 roku, habilitację uzyskał w Instytucie Oceanologii PAN w Sopocie w 2005 roku, a doktorat z nauk o Ziemi (fizyka atmosfery) obronił w Instytucie Geofizyki PAN w Warszawie w 1992 roku. Absolwent fizyki Uniwersytetu Gdańskiego.

Dofinansowano ze środków Fundacji im. Róży Luksemburg.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x