Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Dajcie artystom pracę zamiast dopłacać do emerytur

Debata o wsparciu dla artystów szybko zamieniła się w festiwal oskarżeń o dawanie wyjątkowych przywilejów niewielkiej grupie zawodowej. Tymczasem pytanie nie powinno brzmieć, czy państwo ma pomagać twórcom, lecz jak robić to w sposób użyteczny dla wszystkich. Warto pomyśleć o rozwiązaniu najprostszym: dać artystom więcej pracy.

ObserwujObserwujesz
Industrial workers operate heavy factory machinery among large spools and pipes in a mural of manufacturing life.
Celnie!

1

Od kilku tygodni szeroko komentowany jest projekt ustawy „o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny”, przyjęty przez Radę Ministrów. Za sprawą obietnicy dopłat państwowych do składek emerytalnych najgorzej zarabiających artystów cała ta grupa zawodowa wygrała plebiscyt na pasożytów miesiąca. Bo jak to tak, dostawać jakiekolwiek wsparcie publiczne? Artystom od razu przypięto łatkę uprzywilejowanych nierobów, do których utrzymania wszyscy będziemy się dokładać.

Czytaj także W konkursie „Pasożyt Miesiąca” tym razem wygrali artyści Łukasz Najder

Krytyków nie obchodzą argumenty rządu, że ze względu na specyfikę pracy artystycznej, zależnej na ogół od nieregularnych zamówień o różnych wartościach, konieczna jest jakaś forma dodatkowego zabezpieczenia socjalnego. Być może jednak obie strony dałoby się pogodzić – wystarczy sprawić, że artyści pracy będą mieli pod dostatkiem, co uczyni wszelkie zapomogi zbędnymi. Jako przykład może posłużyć polityka Stanów Zjednoczonych z czasów prezydentury Franklina Delano Roosevelta, gdy państwo wzięło się za walkę ze skutkami wielkiego kryzysu.

New Deal dla artystów

Jednym z mniej znanych programów administracji prezydenta Roosevelta była federalna polityka wspierania sztuki. Państwo zaczęło finansować pracę artystów, traktując kulturę jako dobro publiczne, które powinno być dostępne nie tylko dla elit, lecz także dla zwykłych obywateli. Na samym początku prezydentury FDR-a uruchomiono Public Works of Art Project, w ramach którego w ciągu dwóch lat zatrudniono blisko cztery tysiące artystów, umożliwiając im utworzenie ponad 15 tysięcy obrazów, rzeźb, grafik i murali przeznaczonych do budynków publicznych.

Kontynuacją i rozwinięciem tej polityki był funkcjonujący w latach 1935-1943 Federal Art Project, największy publiczny program wsparcia sztuki w historii Stanów Zjednoczonych. Finansował nie tylko murale i obrazy, ale również szkoły artystyczne, wystawy, warsztaty, dokumentację życia społecznego oraz działalność muzeów. Dzięki niemu sztuka trafiła do szkół, bibliotek, szpitali i innych instytucji publicznych, a jednocześnie tysiące artystów mogło utrzymać się w okresie kryzysu. Wśród beneficjentów licznie reprezentowana była młodzież oraz potomkowie imigrantów, czyli osoby szczególnie zagrożone skutkami kryzysu ekonomicznego.

Trwałe dziedzictwo państwowego mecenatu tego okresu stanowią m.in. murale w urzędach pocztowych. Departament Skarbu zamówił około 1400 malowideł dla rozsianych po całym kraju budynków poczty. Przedstawiały one najczęściej historię regionu, pracę rolników i robotników, lokalne legendy oraz sceny z życia codziennego. Ich celem było zarówno upiększenie przestrzeni publicznej, jak i stworzenie wspólnej, optymistycznej narracji o amerykańskiej wspólnocie w czasach kryzysu. Programy te miały więc również wymiar ideologiczny, promując określoną wizję Ameryki – kraju pracy, lokalnych tradycji i demokratycznego dostępu do sztuki. Chociaż część dzieł całkiem słusznie krytykowano za idealizowanie rzeczywistości lub pomijanie problemów rasowych i społecznych, to całość pozostaje wzorem dla polityki mecenatu publicznego.

Odrobina polotu nie zaszkodzi przestrzeni publicznej

No dobrze, ale jak program z czasów New Dealu ma się do współczesnej afery o wsparcie dla polskich artystów? Przede wszystkim pokazuje, że pomagać można także poprzez zwykłe umożliwianie ludziom sztuki wykonywania ich zawodów. Skorzystaliby na tym nie tylko sami zainteresowani, ale też my wszyscy: petenci w urzędach, pacjenci w szpitalach czy podróżni korzystający z transportu publicznego. Obecnie ozdoby budynków publicznych, o ile jakieś w ogóle są, częściej stanowią dosyć przypadkowe grafiki lub reprodukcje obrazów niż dzieła oryginalne. Wcale nie musi tak być.

Przykładowo nic nie stoi na przeszkodzie, aby wraz z rozbudową infrastruktury kolejowej realizowano program wzbogacania nowych oraz istniejących dworców o instalacje artystyczne. Rozwój transportu posłużyłby jako inspiracja dla dzieł zdobiących poczekalnie lub perony stacji kolejowych – przy czym sztuka mogłaby trafić nie tylko do Warszawy czy Poznania, ale też do mniejszych miejscowości. W przypadku nowych budynków warto byłoby uwzględniać instalacje artystyczne już na etapie projektowym. Wzorem udanego mariażu przystanków transportowych ze sztuką jest neapolitańskie metro. Jego stacje zalicza się do najpiękniejszych na świecie, ponieważ do ich projektowania zaproszono wielu lokalnych oraz międzynarodowych artystów, zapewniając im sporą swobodę twórczą oraz środki do zrealizowania swoich unikalnych wizji. Jedne stacje są pełne nawiązań do antyku, w innych pasażerowie mogą poczuć się jak na planie filmu science-fiction. Nudno nie jest na pewno.

Czytaj także Krokodyle łzy nad smartfonami: awantura o opłatę reprograficzną Mikołaj Iwański

Analogicznie można myśleć o uatrakcyjnieniu innych przestrzeni wspólnych. Popularne ostatnimi czasy stało się narzekanie na współczesną architekturę, zarzucanie jej bezduszności i powtarzalności. Czemu by więc tego nie zmienić poprzez większe zaangażowanie artystów? Władzom samorządowym czasem udaje się wymóc na deweloperach, aby przy budowie nowych osiedli uwzględniali infrastrukturę publiczną w rodzaju placówek edukacyjnych czy punktów usługowych. Wystarczy do tego dodać wymóg wzbogacania przestrzeni wspólnej dziełami sztuki – czy to rzeźbami, czy muralami. Nie oszukujmy się, deweloperzy nie wydawaliby na to dużych funduszy, ale pozytywnym efektem ubocznym byłoby danie szansy mniej znanym artystom, a więc tym, do których skierowany jest obecny ministerialny program.

Głównym polem do popisu powinny jednak pozostać budynki użyteczności publicznej oraz przestrzeń miejska. Chociaż przesiadywanie w poczekalni urzędu lub szpitala nigdy nie będzie sprawiać przyjemności, to drobnym umileniem oczekiwania byłaby możliwość obcowania w tym czasie ze sztuką. Malunkami lub fotografiami, które nie są stockowe ani nie stanowią wytworu sztucznej inteligencji. Do tego dodać upowszechnienie stawiania instalacji artystycznych na skwerach i rondach, a liczba zamówień u przynajmniej niektórych grup artystów drastycznie wzrośnie.

Praca zamiast zapomogi

Programy finansowania pracy artystów pewnie nie rozwiążą całkowicie problemów, na które odpowiadać ma ministerialny projekt. Stanowiłyby jednak krok w dobrym kierunku, łącząc przyjemne (wzbogacanie przestrzeni wspólnej o sztukę) z pożytecznym (poprawą sytuacji finansowej artystów). Niewykluczone również, że podobne rozwiązanie byłoby lepiej odbierane przez opinię publiczną. Znacznie łatwiej uzasadnić finansowanie pracy niż finansowanie samego statusu zawodowego, zwłaszcza w czasach rosnącej nieufności wobec wszelkich grupowych przywilejów.

Dopłaty do emerytur w oczach wielu stanowią niesprawiedliwy przywilej dla niewielkiej i zadufanej w sobie grupy społecznej. Nie pomagają tu zdecydowanie wypowiedzi niektórych artystów lub polityków, w których można wyczuć pogardę dla pracowników fizycznych czy piłki nożnej. Natomiast postulat „pozwólcie nam wykonywać naszą pracę” może się lepiej sprzedać, nawet jeśli nie zabraknie osób kręcących nosem na „marnotrawstwo” publicznych pieniędzy. Narzekanie zawsze będzie, natomiast widoczne gołym okiem efekty ułatwią przekonanie sceptyków.

Czytaj także Czy naprawdę nie napisaliśmy żadnej ze 100 powieści wszech czasów? Jakub Majmurek

Oczywiście istnieje ryzyko, że państwowy program wspierania sztuki zostanie wykorzystany do promowania określonych narracji politycznych, bez baczenia na wartość artystyczną dzieł. Zwłaszcza gdyby do władzy wrócił PiS, tym razem w koalicji z jedną lub dwiema konfederacjami – można sobie wyobrazić scenariusz, w którym artyści dostają odgórny przykaz tworzenia dzieł „patriotycznych”, w duchu pewnego niezwykle brzydkiego pomnika upamiętniającego Rzeź Wołyńską. Lub odwrotnie, cenzurze poddane zostałyby malowidła i rzeźby nieprawomyślne, czyli jakkolwiek niepasujące do bogoojczyźnianej wizji Polski. Dlatego warunkiem powodzenia takiego programu musiałaby być daleko idąca wolność twórcza.

Mimo tych zagrożeń publiczny mecenat wydaje się rozwiązaniem bardziej sensownym niż same dopłaty do składek. Nie sprawi wprawdzie, że wszyscy artyści zaczną dobrze zarabiać, ale mógłby przynajmniej częściowo przesunąć ciężar polityki kulturalnej w stronę tworzenia nowych dzieł i poprawy jakości przestrzeni wspólnej. Jeśli państwo ma pomagać artystom, lepiej dawać im pracę niż zapomogi. Korzyść byłaby podwójna: twórcy mogliby utrzymywać się z własnej działalności, a obywatele otrzymaliby ciekawsze i mniej banalne otoczenie.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x