Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Sum a sprawa polska. Jak rząd Tuska zrobił z deportacji spektakl i surfuje na nastrojach antymigranckich

Panie i panowie, premiera na kanałach mediów społecznościowych MSWiA! Teaser – na koncie samego premiera! Deportacje – oto główny miernik skuteczności polityki migracyjnej rządu. Schlebianie nastrojom antyukraińskim prowadzi do coraz bardziej absurdalnych posunięć.

ObserwujObserwujesz
Donald Tusk ujeżdżający suma na tle polskiej i ukraińskiej flagi
8
Serce
Celnie!

8

W jednym z majowych tygodni policjanci w Kościelisku zatrzymali do kontroli 26-letniego turystę z Australii. Prowadził quada bez uprawnień, w obszarze chronionym, miał – jak relacjonowała policja – „trudności z opanowaniem pojazdu”. Sąd ukarał go w trybie przyspieszonym grzywną w wysokości 2 tysięcy złotych oraz zakazem prowadzenia pojazdów w Polsce na pół roku. Jak relacjonuje „Gazeta Wyborcza”, po wpłaceniu grzywny Australijczyk opuścił komendę.

Cztery dni wcześniej, w tej samej okolicy, ukraiński influencer Andrij Gawryliw wjechał samochodem na Morskie Oko, łamiąc przepisy Tatrzańskiego Parku Narodowego. Przeprosił Polaków, sam opuścił kraj, ale i tak dostał pięcioletni zakaz wjazdu do Polski oraz do wszystkich krajów strefy Schengen. Ukraińska corvetta w polskich górach okazała się sprawą tak poważną, że skomentowali ją minister Marcin Kierwiński i premier Donald Tusk.

Choć obyło się bez komentarzy wysokich dostojników, 5-letni zakaz dostał także 57-letni obywatel Ukrainy, który pod koniec maja wyłowił w gocławskim Balatonie i wywiózł w bagażniku auta 183-centymetrowego suma. Złamał prawo dotyczące okresu chronionego dla tego gatunku ryb (ten kończył się dopiero 1 czerwca), podejrzewano go też o znęcanie się nad zwierzęciem. Nie wiadomo, czy założono sprawę karną i jaki jest jej dalszy los. Żaden sąd się nie wypowiedział. Wiemy natomiast, że już 2 czerwca mężczyzna został zatrzymany przez Straż Graniczną, a 3 czerwca deportowany do Ukrainy.

Czytaj także Czy ukraińska diaspora powinna potępić Zełenskiego i UPA? Olena Babakova

Z dziś na jutro w sierpniu 2025 do Ukrainy zostało deportowanych też kilka osób, które dopuściły się wykroczeń podczas koncertu Maksa Korża w Warszawie – przelazły przez barierki, przepychały się z ochroną. Chociaż wspomniane czyny to złamanie prawa administracyjnego, a nie karnego, i niektórzy migranci nawet zdążyli uiścić zasądzoną grzywnę, mniej niż dwa tygodnie po koncercie odwiedziła ich SG i zawiozła na granicę.

Deportacja w Polsce to już nie środek ostateczny wobec cudzoziemców, którzy ewidentnie nie umieją funkcjonować w tym kraju. To spektakl wyreżyserowany pod media społecznościowe. Niby ma pokazać, jak państwo stawia czoło problemom i nie daje się sflaczałej poprawności politycznej, lecz w praktyce dokłada się do antymigranckiej, a szczególnie antyukraińskiej histerii.

Anatomia spektaklu

Deportacje są instrumentem polityki migracyjnej, który – w teorii – stosuje się, gdy inne możliwości zostały już wyczerpane. Jak tłumaczy prof. Witold Klaus z Centrum Badań nad Prawem Migracyjnym Instytutu Nauk Prawnych PAN, Straż Graniczna po przeprowadzeniu odpowiedniej procedury administracyjnej może wydać cudzoziemcowi nakaz opuszczenia kraju, któremu ten ma obowiązek się podporządkować w ciągu 30 dni. Może odwołać się od tej decyzji do organu drugiej instancji, przysługuje mu też kontrola sądowa. – Natomiast w przypadku, gdy zagrożenie, które stanowi cudzoziemiec jest szczególne i istnieją uzasadnione obawy, że nie dojdzie do wyjazdu dobrowolnego, organizowana jest deportacja pod eskortą funkcjonariuszy. Już wcześniej realizowano setki deportacji rocznie, ale mam wrażenie, że na początku ubiegłego roku SG zmieniła swoje praktyki. Wcześniej nie mieliśmy do czynienia z wydalaniem za tak błahe przewinienia, jak złowiony sum czy awantura na koncercie – mówi prof. Klaus.

Tę ocenę potwierdzają statystyki. Naturalnie, że liczba decyzji zobowiązujących cudzoziemców do powrotu rośnie rok do roku – populacja migrancka w Polsce jest teraz większa, niż 5 lat temu. Jednak w 2022 roku, zgodnie z danymi SG, na 3800 wykonanych decyzji powrotowych przypadało 600 deportacji (czyli 1:6,3), w 2023 roku na 7200 decyzji – 1100 deportacji (1:6,5), a w roku 2025 na 8700 decyzji – 2100 deportacji (1:4,1).

Pierwsze widowiskowe deportacje zaczęły się podczas prezydenckiej kampanii wyborczej od obywateli Gruzji. Marzec, już słonecznie. Radiowozy wjeżdżają na płytę lotniska w Krakowie, kilkunastu mężczyzn w kajdankach wchodzi na pokład specjalnie wyprawionej Casy i lecą na południowy wschód. Całe media społecznościowe rządu w shortsach i reelsach – jakże skutecznie prowadzimy politykę migracyjną! Premier Tusk pisze na X: „Deportacje ruszyły. Skutecznie rozbijamy gruzińskie gangi”. Gdyby Polacy zapomnieli o wysiłkach rządu, 41 Gruzinów deportowano z Radomia do Tbilisi między pierwszą a drugą turą wyborów w maju.

Tak, w Polsce istnieje zjawisko przestępczości cudzoziemskiej. Obywatele Gruzji w tej chwili są jedyną grupą narodowościową, w której procent rejestrowanych przestępstw jest wyższy niż odsetek tej grupy w populacji. Ale czy wszyscy deportowani byli członkami gangów? Nakaz opuszczenia kraju można dostać też np. z powodu niedopełnienia formalności związanych z zatrudnieniem migranta. Czy była konieczność wydawania dziesiątek tysięcy z pieniędzy podatników na organizację lotu czarterowego? W tej scenografii liczą się nie złotówki i paragrafy, tylko efekt dramatyczny.

W Polsce od lat występują problemy z wydaniem kart pobytu cudzoziemcom. Procedura legalizacji pobytu – która kodeksowo miałaby trwać 60 dni – obecnie trwa około roku, w niektórych województwach – dwa lata. Publiczne inicjatywy pod auspicjami MPRiPS, nastawione na integrację migrantów, dopiero rozwijają skrzydła. Tymczasem realizacja deportacji została uznana za główny miernik skuteczności polityki rządowej w tym zakresie.

Wobec rosnących nastrojów antyukraińskich, bohaterami rządowych sprawozdań z kolejnych „sukcesów” coraz częściej są właśnie obywatele Ukrainy.

Bardzo niebezpieczny migrant

Jak zaznacza prof. Klaus, dobrowolny wyjazd z kraju zostaje zastąpiony deportacją, kiedy migrant „zagraża bezpieczeństwu państwa lub porządkowi publicznemu”. Obie te kategorie w polskim ustawodawstwie są mgliste. W odpowiedzi na interpelację poselską z lutego 2025 roku MSWiA przyznaje wprost: „Klauzula obronności państwa lub bezpieczeństwa państwa oraz bezpieczeństwa i porządku publicznego zawiera pojęcia znaczeniowo nieostre, które nie zostały zdefiniowane, pozostawiając w związku z tym organom znaczny zakres swobody”. Wystarczy „obiektywna możliwość zagrożenia”.

Czytaj także Henry Nowak i „białe życia”: rasizm nie może już zaszkodzić brytyjskiej prawicy Jakub Majmurek

Uznaniowość jednak nie oznacza dowolności. W 2015 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał w sprawie Z. Zh. i O. wyrok, który miał pilnować tej granicy między oceną zagrożenia a prawami człowieka. Jak podkreśla prof. Klaus, pojęcie zagrożenia dla porządku publicznego – zgodnie z orzeczeniem Trybunału – wymaga wykazania rzeczywistego, aktualnego i dostatecznie poważnego zagrożenia podstawowych interesów społeczeństwa. Sam fakt popełnienia czynu zabronionego nie wystarczy. Konieczna jest indywidualna prognoza, że dana osoba ponownie złamie prawo. – Wątpię, że tak się dzieje w polskiej praktyce – stwierdza Klaus.

Pierwszy poważny crash test na to, czy państwo polskie nie traktuje wspomnianych zagrożeń instrumentalnie, w celu nie tyle zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom, ile osiągnięcia dywidend politycznych, miał miejsce za rządów PiS. Chodzi o sprawę Ludmiły Kozłowskiej – szefowej fundacji „Otwarty Dialog”, której mąż, Bartosz Kramek, podczas protestów przeciwko reformie sądowej w ostrych słowach skrytykował Kaczyńskiego i w mediach społecznościowych zastanawiał się, czego Polacy mogą nauczyć się od Ukraińców protestujących na Majdanie. Po przylocie z Kijowa do Brukseli w sierpniu 2018 roku Kozłowska nie została wpuszczona do UE, bo Polska wpisała ją do Wykazu osób niepożądanych na terenie kraju i SIS (wspólnej stop-listy dla krajów strefy Schengen). Pisowskie TVP przez kilka tygodni grillowało Kozłowską, ale w tych czasach bardziej oburzająca wydawała się jej znajomość z Sorosem niż ukraińskie obywatelstwo. W 2022 roku NSA orzekł o niesłuszności odebrania karty pobytu i wpisania do Wykazu.

Wtedy politycy Platformy Obywatelskiej krytykowali bezprawie – dziś robią to samo, co PiS. Deportowani po koncercie Korża świadczyli, że rano przychodzili mundurowi, a wieczorem była wywózka na granicę. Ukraiński wędkarz we wtorek został zatrzymany przez SG, w środę go deportowano.

To wszystko już było?

To właśnie tempo jest zaskakujące dla dr Agnieszki Radziwinowiczówny z Ośrodka Badań nad Migracjami UW, która od dekady bada politykę i praktyki deportacyjne Wielkiej Brytanii. – Polska nie wynalazła pop-deportacji. Po brexicie analizowałam dyskurs medialny wokół migracji i migrantów na Wyspach. Szczególnie w periodykach konserwatywnych był on skonstruowany w taki sposób, by wywołać u czytelnika obrzydzenie, oburzenie tym, jak to ci Polacy, Rumuni czy Litwini nie szanują naszego prawa i naszej wrażliwości. W latach 2016-2017 obowiązywało prawo, które pozwalało deportować z Wielkiej Brytanii osoby w kryzysie bezdomności, które też dotknęło głównie obywateli wschodnich krajów UE. Sporą część deportowanych z tego paragrafu stanowili Romowie, co nadawało kampanii dodatkowego rasowego zabarwienia. W latach świeżo po referendum brexitowym Polacy, Rumuni i obywatele państw bałtyckich byli nadreprezentowani w brytyjskich statystykach deportacyjnych. Bo właśnie w nich wtedy była wymierzona propaganda antymigrancka.

Jak uważa dr Radziwinowiczówna, wątek „psucia rodzimej przyrody” miał duże znaczenie w budowaniu nastrojów antypolskich w Wielkiej Brytanii: – Cały czas była obecna miejska legenda, według której Polacy jedli brytyjskie łabędzie. O Rumunach też chodziły takie pogłoski. Miało to bardzo konkretny cel – obrzydzić Brytyjczykom tych migrantów.

W Niemczech Friedrich Merz szczyci się wzrostem statystyk deportacyjnych po wyborach 2025 roku. Podpisał umowy readmisyjne z Kenią, Gruzją i Mołdawią. Chociaż Berlin nie uznaje rządów talibów, już czwarty rok są prowadzone deportacje do Kabulu. We Włoszech Giorgia Meloni eksternalizuje procedury azylowe do Albanii. We Francji Bruno Retailleau mówi o zamrożeniu wydawania wiz i deportacjach w kategoriach „odzyskania kontroli” – frazy znanej Polakom chociażby z tytułu strategii migracyjnej na lata 2025-2030.

Jest jednak w polskim przypadku coś szczególnego. We wszystkich wymienionych państwach pop-deportacje realizuje koalicja z udziałem skrajnej prawicy lub konserwatystów. W Polsce robi ją koalicja, która w 2023 roku doszła do władzy pod sztandarem powrotu do europejskich standardów demokracji. Polaków z Wielkiej Brytanii deportowano do kraju biedniejszego, ale nie do ogarniętego wojną, jak dziś Ukraina. Mogli jechać pracować do Niemiec albo Holandii, zaś Polska coraz częściej woli nie tylko eksmitować ze swojego terenu, ale i zamykać wjazd do całej strefy Schengen.

Pijany Polak łowiący ryby w Dreźnie pod barokowym pałacem jest obiektem kpin. Czy ktokolwiek naprawdę uważa, że gość, który wyłowił suma z Balatonu, zagraża np. Portugalii czy Luksemburgowi? Przed reformą SIS wpis na 5 lat dostawały osoby związane albo podejrzane o związki z tzw. Państwem Islamskim, uwikłane w przemyt narkotyków czy handel ludźmi.

Dlaczego Australijczyk łamiący prawo w Tatrach odszedł z mandatem, a Ukrainiec z zakazem wjazdu? Nie wynikało to przecież z obiektywnej oceny zagrożenia, a z kalkulacji politycznej. Polityk komentujący sprawę Australijczyka nie ma nic do zyskania. Sprawa Ukraińca wpisuje się w istniejący już dyskurs medialny – i daje wymierny zwrot kapitału w postaci aprobaty wyborców niechętnych Ukraińcom.

Czytaj także Czy Ukrainiec może zostać Polakiem? Olena Babakova

Naczelny Sąd Facebookowy

Od polityków koalicji rządzącej można usłyszeć, że są twardzi wobec migrantów, bo dbają o bezpieczeństwo Polaków. Ale wygląda na to, że Polacy nie czują się szczególnie zagrożeni. Według CBOS pod koniec 2025 roku 88 proc. ankietowanych uważało Polskę za kraj, w którym żyje się bezpiecznie. Cudzoziemcy stanowią 6,5 proc. podejrzanych o przestępstwa, co mniej więcej odpowiada ich udziałowi w populacji, i 3,32 proc. skazanych za czyny z Kodeksu karnego (statystycznie więc popełniają je rzadziej niż Polacy). Trudno tu mówić o kryzysie bezpieczeństwa publicznego, który wymagałby nadzwyczajnych środków.

Mimo to rosną nastroje antyimigranckie, zwłaszcza antyukraińskie. W styczniu 2024 roku pozytywny stosunek do Ukraińców deklarowało 40 proc. Polaków, w tym roku – 28 proc. Negatywny – wcześniej 30, dziś 43 proc. W grudniu 2025 roku po raz pierwszy od inwazji Rosji w 2014 roku zanotowano wyższy wskaźnik Polaków przeciwnych przyjmowaniu uchodźców z Ukrainy (46 proc.), przy 48 proc. popierających. Decyzja Zełeńskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia Bohaterów UPA już od dwóch tygodni dominuje polską debatę publiczną. Nie ma suszy, nie ma kryzysu NFZ, nie ma marnego finansowania nauki. Są Ukraińcy, którzy są niewdzięczni i irytują Polaków.

To na te emocje odpowiada polityka deportacyjna. Na zmęczenie i resentyment wobec konkretnej grupy. Owszem, deportacje Ukraińców nie są wprost odwetem za działania Kijowa – taka teza byłaby za prosta. Są raczej kompensacją symboliczną. Nie mogąc politycznie nacisnąć elit ukraińskich, polskie władze mogą widowiskowo nacisnąć Ukraińców w Polsce. O tym, czy kogoś deportują, zdecyduje nie waga czynu, lecz to, na ile w danym tygodniu polskojęzyczny Facebook będzie wkurwiony na Zełenskiego, kolejki do lekarzy i przegraną w piłce nożnej.

Równolegle z deportacjami przebiegają inne procesy: wojewodowie w ubiegłym roku zaczęli masowo odmawiać nawet prawa do czasowego pobytu migrantom, którzy mają choćby jeden mandat z przekroczenie prędkości albo nieopłacone parkowanie. Nawet mandat dawno opłacony. A wszystko to pod płaszczykiem walki z „zagrożeniem porządku publicznego”. Nad jedną sprawą niedawno pochyliło się TVP – Ukrainiec, od lat pracujący w Polsce, uratował ludzi z pożaru, a został bez obywatelstwa z powodu dwóch mandatów drogowych.

Proces uznania za obywatela też ma zostać zmieniony – wyższe wymagania językowe (proponowany B2 to poziom polskiej rozszerzonej matury), deklaracja lojalności, test obywatelski. I – co najbardziej dotkliwe – dłuższy okres zamieszkania w kraju. Zmiany te naturalnie ograniczą możliwość ubiegania się o obywatelstwo przede wszystkim przez Ukraińców.

Wymóg lojalności i wiedzy o kraju przyjmującym jest zrozumiały. Tylko kiedy miałaby narodzić się ta lojalność – w nerwowym pilnowaniu się, by raptem nie powinęła się noga, bo inaczej zostaniesz bez prawa pobytu i będzie ci grozić deportacja?

ObserwujObserwujesz

Absolwentka Wydziału Historii Kijowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Tarasa Szewczenki, doktorka nauk humanistycznych w zakresie historii Uniwersytetu w Białymstoku. W latach 2011–2016 dziennikarka Polskiego Radia dla Zagranicy, od 2017 roku koordynatorka projektów w Fundacji WOT. Współpracuje z polskimi i ukraińskimi mediami, m.in. „Europejską Prawdą”, „Nowoje Wriemia”, „Aspen Review”, Kennan Focus on Ukraine. Pisze o relacjach polsko-ukraińskich i ukraińskiej migracji do Polski i UE.

Tagi:
Wydanie: 20260612

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
8 komentarzy
8
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x