Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

„Rejtan obstrukcji i Hektor zapasów”: jak Ignacy Daszyński rząd austriacki obalał

W marcu 1897 roku czternastu przedstawicieli socjalistów po raz pierwszy wybrano w skład parlamentu austriackiego w Wiedniu. W gronie tym było siedmiu Niemców, pięciu Czechów oraz dwóch Polaków: Ignacy Daszyński, 29-letni redaktor z Krakowa, i Jan Kozakiewicz, 39-letni malarz ze Lwowa. „Występowaliśmy śmiało nie tylko przeciw rządowi, lecz i przeciw szowinistom wszystkich narodów”, pisał o […]

Ignacy Daszyński na mównicy sejmowej
Walka

W marcu 1897 roku czternastu przedstawicieli socjalistów po raz pierwszy wybrano w skład parlamentu austriackiego w Wiedniu. W gronie tym było siedmiu Niemców, pięciu Czechów oraz dwóch Polaków: Ignacy Daszyński, 29-letni redaktor z Krakowa, i Jan Kozakiewicz, 39-letni malarz ze Lwowa. „Występowaliśmy śmiało nie tylko przeciw rządowi, lecz i przeciw szowinistom wszystkich narodów”, pisał o swym stronnictwie Daszyński. By podkreślić ideę narodowego równouprawnienia, socjalistycznej frakcji poselskiej przewodniczyli kolejno Niemiec, Czech i Polak. Jednym z przewodniczących został właśnie Daszyński. Polakiem był też ówczesny premier Austrii, konserwatywny hrabia Kazimierz Badeni, były cesarski namiestnik Galicji. A monarchią habsburską, tym, cytując Daszyńskiego, „zlepkiem narodów, związanych zupełnie nielogicznie”, targały nasilające się napięcia pomiędzy poszczególnymi nacjami.

Polska lewica broni czeskich Niemców

Jednym z najbardziej palących zagadnień były rosnące aspiracje ludności czeskiej. Szukając politycznego zaplecza dla rządu, Kazimierz Badeni postawił na współpracę z tzw. młodoczechami, nacjonalistyczno-liberalną partią dążącą do przekształcenia monarchii habsburskiej w państwo federacyjne, w którym Czesi zajmowaliby podobną pozycję jak Niemcy i Węgrzy.

Spoiwem porozumienia miały być koncesje językowe na rzecz ludności czeskiej. Dotąd panowała bowiem w tym obszarze wyraźna dyskryminacja. Na terenie Czech i Moraw język czeski używany był w urzędach tylko tam, gdzie ludność czeska miała zdecydowaną przewagę. Urzędnik-Niemiec nie musiał posługiwać się językiem czeskim, ale za to urzędnik-Czech obowiązkowo znać musiał język niemiecki. W kwietniu 1897 roku rząd wydał więc rozporządzenia ustalające nowe zasady: teraz urzędnicy w Czechach i na Morawach zobowiązani byli nauczyć się obu języków.

Choć Badeni zapewniał, że rozporządzenia nie są skierowane przeciwko Niemcom, a władze będą chronić ich interesy na terenie Czech, to i tak ze strony niemieckich nacjonalistów usłyszał, że jego „rząd musi być obalony za każdą cenę, jeśli nie ma dojść do zagłady niemieckiego ludu”. Rozpoczął się trwający wiele miesięcy kryzys, przez kraj przechodziły fale demonstracji, a prace austriackiego parlamentu były regularnie paraliżowane przez obstrukcję ze strony opozycji.

Czytaj także Polska nie potrzebuje „Ojców Niepodległości” Przemysław Kmieciak

Do walki z rządem przyłączyli się też socjaliści, choć, co podkreślał Daszyński, ich motywacja różniła się całkowicie od tej, którą kierowali się niemieccy nacjonaliści. Jak zapewniał na wiecu w Krakowie w czerwcu 1897 roku, to „przyrodzone prawo człowieka, by móc się porozumiewać z władzami w swym ojczystym, a nie narzuconym z góry, obcym języku”. Zwracał też jednak uwagę, że „35 powiatów Czech jest zamieszkałych prawie wyłącznie przez Niemców. Jest więc niesprawiedliwością narzucenie czeskiego języka tym niemieckim powiatom. Gdyby dla całej Galicji rząd wydał rozporządzenie wprowadzające obok polskiego ruski język urzędowy i gdyby krakowscy komisarze policji musieli się uczyć po rusku dla tego jednego procenta Rusinów zamieszkałych w Krakowie, to z pewnością przeszliby oni, przynajmniej w głębi duszy, do opozycji przeciwko hrabiemu Badeniemu”.

Abstrahując od istoty problemu narodowościowego, socjaliści uznali rozporządzenia rządu za zamach na uprawnienia parlamentu i za niebezpieczny przejaw samowoli władzy. „Jutro może przyjść znowu rząd centralistyczny, który ograniczy język polski i będzie usiłował wprowadzić nam na nowo niemczyznę!”, ostrzegał Daszyński podczas krakowskiego wiecu.

Na podobnym stanowisku stali także bezpośrednio zainteresowani kwestią socjaliści czescy. Josef Hybeš, poseł z morawskiego Brna, przypominał, że „lud pracujący wszystkich narodowości żąda mianowania urzędników, którzy rozumieją jego język, gdyż tylko wtedy mogą być bronione jego interesy w urzędzie, sądzie oraz szkole. Ale te, w treści godne pochwały rozporządzenia, tracą na wartości i stają się szkodliwe, ponieważ zostały narzucone w nielegalny sposób”.

Socjaliści dymią w parlamencie

Kryzys się zaostrzał, a we wrześniu 1897 roku doszło nawet do pistoletowego pojedynku pomiędzy Badenim a posłem niemieckich nacjonalistów Karlem Hermannem Wolfem, w którym premier rządu imperium został ranny w ramię. W parlamencie regularnie zdarzały się bójki, a 24 listopada wybuchła tam wyjątkowo intensywna, 45-minutowa awantura. Parlamentarzyści okładali się pięściami, rzucali w siebie fotelami, oblewali wodą, jeden z nich w pewnym momencie wyciągnął nóż. Następnego dnia, wśród gigantycznej wrzawy, parlament przyjął przepis zezwalający na wykluczanie posłów z obrad. Tym razem najgwałtowniej zareagowali socjaliści.

Courtroom scene with judges at a raised bench, lawyers arguing, and a large audience watching.
Rysunek z austriackiego pisma „Das interessante Blatt”, przedstawiający policję otaczającą parlamentarną trybunę zajętą przez socjalistów.

Gdy 26 listopada przewodniczący izby, polski konserwatysta Dawid Abrahamowicz, usiłuje otworzyć posiedzenie, wita go lawina inwektyw. Czeski socjalista Arnošt Berner wskakuje nagle na ławy ministerialne i ponad głową premiera Badeniego wspina się na stół prezydialny. Gwałtownym ruchem zrzuca leżące przed Abrahamowiczem dokumenty. Po chwili na trybunę wdziera się też niemiecki socjalista Hans Resel i wspólnie z Bernerem spychają przewodniczącego z fotela. Następnie drą dokumenty ze stołu prezydialnego i rozrzucają je po sali. Ministrowie uciekają ze swoich miejsc, a do bijatyki dołączają kolejni posłowie. Ze starcia zwycięsko wychodzą socjaliści, a Ignacy Daszyński demonstracyjnie rozsiada się w fotelu prezydialnym.

Czytaj także Wszystko, co Polacy wiedzą o zamachu majowym, jest mitem Łukasz Łachecki rozmawia z Łukaszem Hassliebe

Wiceprzewodniczący izby, Czech Karel Kramář, wzywa ich do opuszczenia trybuny. „Ustąpimy tylko przemocy!” – buńczucznie odpowiada mu Daszyński. Po chwili na salę wkracza ponad 60 uzbrojonych policjantów i otacza trybunę. Posłowie socjalistyczni są kolejno chwytani i siłą wyrzucani na zewnątrz. Jako ostatni usunięty zostaje Daszyński. Chwilę potem socjaliści powracają na salę… innymi drzwiami. Przedstawiciele pozostałych ugrupowań opozycyjnych domagają się usunięcia policji. Niektórzy wzywają, by uczynić to siłą. Niezdecydowanych kolegów próbuje zawstydzić niemiecki liberał Otto Lecher, krzycząc do nich: „My wszyscy jesteśmy zasrańcami. Tylko socjalni demokraci są mężczyznami!”.

Gdy na salę powraca przewodniczący Abrahamowicz, Daszyński wymyśla mu od „starych kryminalistów” i oświadcza mu, że jego miejsce jest w więzieniu. Niemiecki nacjonalista Georg von Schönerer ostentacyjnie rozbija poselski stół, a Karl Hermann Wolf zagłusza wszystkich gwizdkiem. Abrahamowicz wyklucza całą trójkę z obrad. Po raz drugi tego dnia policja siłą wynosi Daszyńskiego z sali. Ten sam los spotyka też innych posłów socjalistycznych. Przez ogólny tumult przebijają się ich coraz bardziej złowrogie okrzyki. „Dajcie tu gilotynę!” – woła w pewnym momencie Jan Kozakiewicz. „Lud łby wam porozbija!” – ostrzega zwolenników rządu niemiecki socjalista Eduard Rieger. Po ponad trzech godzinach awantur Karel Kramář postanawia zamknąć posiedzenie.

Bruk na rząd, rząd na bruk

Na zajścia natychmiast zareagowała wiedeńska ulica. Jeszcze tego samego dnia pod parlament ruszyło kilka tysięcy studentów, wiwatując po drodze na cześć wykluczonych z obrad posłów. Policja usiłowała rozproszyć manifestację, aresztowano kilkadziesiąt osób.

Nazajutrz do budynku bezskutecznie próbowali dostać się posłowie socjalistyczni. Jak wspominał Daszyński, „służba z nakazu prezydium zamknęła przed nami drzwi i nie wpuściła do izby. Gdyśmy tak stali przed cudownym greckim gmachem parlamentu, tysiące ludzi zebrało się przed wysoką rampą. Musiałem przemawiać. Po czym chwycono mnie na ręce i niesiono ku bliskiemu ministerstwu oświaty, gdy nagle szarża konnej policji rozbiła tłumy”.

Po raz kolejny do awantury doszło też w samym budynku parlamentu. Opozycja ponownie powitała Abrahamowicza stekiem wyzwisk, ciskając w jego kierunku papierowe kulki. Wśród protestujących było kilku posłów socjalistycznych, którzy dzień wcześniej uniknęli wykluczenia z obrad. Daszyński zdążył ich poinstruować, by „dalej szturmowali prezydium”. Na sali pojawił się też poseł Wolf, któremu udało się przechytrzyć ochronę budynku dzięki przytroczonej sztucznej brodzie. Znów interweniowała policja. Wolf stawiał zacięty opór, lecz ostatecznie został obezwładniony i osadzony w areszcie. Poseł Lecher chwycił w pewnym momencie ciężki kałamarz i rzucił nim w Abrahamowicza. Przewodniczącego nie trafił, ale wybił za to wielką dziurę w marmurowej ścianie.

Do protestów doszło też poza stolicą. W Grazu wojsko otworzyło ogień do demonstrantów. 2 osoby zginęły. W Pradze tłumy zebrały się na dworcu kolejowym, by przywitać jadącego z Wiednia socjalistycznego posła Josefa Steinera. Próbujących rozproszyć demonstrację policjantów obrzucono kamieniami.

W niedzielę, 28 listopada 1897 roku, kilkadziesiąt tysięcy robotników i studentów zgromadziło się przed wiedeńskim parlamentem. Nad tłumem powiewały czerwone sztandary, a z dachu wagonu tramwajowego do walki z rządem zagrzewał zebranych niemiecki poseł socjalistyczny Eduard Zeller. Tym razem konna policja okazała się niewystarczająca i do pacyfikacji demonstracji władze musiały użyć szwadronów huzarów.

Wrzenie na ulicach jednak nie ustępowało, więc cesarz Franciszek Józef uznał, iż nie ma innego wyboru jak tylko zdymisjonować rząd Kazimierza Badeniego. Nowym premierem został niemiecki konserwatysta Paul Gautsch. Krok cesarza okazał się skuteczny. W niedzielny wieczór na ulicach Wiednia zapanował spokój.

„…gdzie przewrót, tam są i socjaliści”

Gdy w stolicy Austrii ogłaszano informację o upadku Badeniego, Ignacy Daszyński był już z powrotem w Krakowie, entuzjastycznie witany przez kilka tysięcy swoich zwolenników. Podczas zwołanego naprędce zgromadzenia z dumą przekonywał, że atakiem na parlamentarne prezydium „socjalni demokraci porwali za sobą całą opozycję, a co więcej, całą ludność”.

Wiedząc już o zmianie austriackiego rządu, krakowskie pismo socjalistyczne „Naprzód” ogłosiło, że „upadek hrabiego Badeniego jest zasługą socjalnych demokratów i ich zwycięstwem. Zwyciężyło tu prawo nad gwałtem, konstytucja nad absolutyzmem. Jakkolwiek wiemy dobrze, że rząd, który nastąpił po hrabim Badenim, będzie stał tak samo po stronie klasy posiadającej i wrogo się będzie odnosił do interesów i dążeń robotników, to jednak nie zmniejsza to znaczenia tego zwycięstwa. Poszedł sobie precz Badeni, a to radością i dumą napawa serca wszystkich, którzy miłują wolność, a nienawidzą ucisku. Z Badenim znikło w Austrii widmo najstraszniejszej reakcji, toteż z jego upadkiem odetchnęła cała ludność”.

Brawurowa akcja socjalistów w wiedeńskim parlamencie rzeczywiście przyniosła piorunujący efekt. Musieli się oni jednak zmierzyć z poczuciem niesmaku jaki wzbudzał ich doraźny sojusz z niemieckimi nacjonalistami. Krakowski dziennik konserwatywny „Czas” szyderczo przezwał wówczas Daszyńskiego „Rejtanem niemieckiej obstrukcji” i „Hektorem zapasów, w których germańska buta stawia opór idei narodowego równouprawnienia”. Zbulwersowany „Dziennik Poznański” stwierdził, że „rumieniec wstydu występuje na twarzy, gdy się pomyśli, że ten człowiek bez czci i wiary, ten gagatek Żydów i Niemców, jest reprezentantem stołecznego Krakowa”.

„Czas” uczciwie przyznawał jednak, że socjaliści próbowali po prostu wykorzystać konflikt pomiędzy wiedeńskim rządem a niemieckimi nacjonalistami do wywrócenia obecnego ustroju: „Socjalni demokraci są partią przewrotową, więc gdzie przewrót, tam są i socjaliści”.

Ze strony zwolenników rządu padały za to oskarżenia, że nacjonaliści dali się wykorzystać socjalistom. „Czy Niemcy austriaccy spod komendy Schönerera i Wolfa przejdą teraz pod rozkazy Daszyńskiego i Bernera?” – pytała przewrotnie wiedeńska prasa. Sytuacja wywoływała mieszane uczucia także w samych środowiskach lewicowych. Wydawany w Londynie „Przedświt” pisał z nieskrywaną ulgą, że wraz z końcem walki przeciwko gabinetowi Badeniego skończył się ten „nieprawy związek” socjalistów z nacjonalistami niemieckimi. Daszyński i jego towarzysze ostro odcinali się od podgrzewanej przez partie niemieckie atmosfery narodowego szowinizmu. Jak napisali w specjalnym oświadczeniu, „w szeregach naszych stoją synowie polskiego, niemieckiego, czeskiego i ruskiego ludu. Wszyscy jesteśmy do głębi duszy przejęci przekonaniem, że nienawiść, ku innemu narodowi żywiona, poniżyłaby nas samych”.

Wczesny początek końca

Upadek rządu mógł chwilowo rozładować emocje, ale w dłuższej perspektywie okazał się poważnym ciosem zadanym stabilności monarchii habsburskiej. Żadnemu z następnych gabinetów nie udało się wypracować trwałego kompromisu niemiecko-czeskiego. Etniczne antagonizmy nasiliły się jeszcze bardziej. Jak oceniał Daszyński, „rozporządzenia językowe nie wstrzymały wcale walk narodowych, lecz rozpętały je do najszaleńszego szaleństwa, a w rezultacie musiały rozbić Austrię. Ani Czechom, ani Polakom, ani Austrii nic nie mogły pomóc metody rządzenia, mocą których cesarz «pozwalał» temu lub owemu narodowi w pewnych wypadkach mówić własnym, narodowym językiem. To było może dobre w wiekach średnich, ale nie w epoce budzenia się do życia milionowych mas w każdym narodzie”.

Również politycy z przeciwnej strony barykady przyznawali, że klęska Badeniego była kluczowym momentem w dziejach Austro-Węgier. Leon Biliński, który pełnił w jego rządzie funkcję ministra skarbu, tak pisał w roku 1924: „Jeżeli po przegranej wojnie w roku 1918 monarchia rozleciała się jak spróchniałe pudełko, jeżeli na gruzach 700-letniej dynastii habsburskiej zapanowała Rzeczpospolita, to dojrzenie tych przewrotów, na szczęście niekrwawych, wynikło zapewne bezpośrednio z wojny światowej, ale pierwszym ich zarodkiem był niezawodnie dzień 27 listopada 1897 roku: usunięcie rządu cesarskiego przez ulicę.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x