Michał Sutowski: W tegorocznym budżecie państwo przeznacza na naukę 44 mld złotych, czyli 1/20 budżetu centralnego. Naukowcy demonstrują pod sejmem pod hasłem „3 proc. dla nauki, 100 proc. dla Polski” – chodzi oczywiście o nakłady w stosunku do PKB. U nas wynoszą ledwie 1 proc. i spadają, choć przed laty zapowiadano co najmniej 2 proc., bliżej średniej unijnej. Postulowane 3 proc. PKB to byłby poziom skandynawski. Po co polskim naukowcom tyle pieniędzy?
Maciej Grodzicki: Żebyśmy skończyli z tą wielopoziomową fikcją, w ramach której państwo udaje, że płaci za pewne ważne usługi społeczne, w tym badania naukowe i szkolnictwo wyższe, a system się dostosował i udaje, że te usługi dostarcza. Wszystkie te hasła, które kolejne rządy umieszczają w kolejnych strategiach – jak doskonałość naukowa, jakość i powszechność kształcenia, równy dostęp do nauki, ale też użyteczność nauki dla społeczeństwa i gospodarki – to są hasła puste.
Dlaczego?
Ponieważ ani jako pracownicy naukowi, administracyjni i techniczni, ani jako studenci, w ramach tak niskiego finansowania nie jesteśmy w stanie realizować tych stawianych nam celów oraz wartości, które nam przyświecają.
A jak pensje pracowników sektora nauki powiążemy ze średnią pensją w sektorze przedsiębiorstw, urealnimy progi stypendiów socjalnych, pobudujemy stołówki i tanie akademiki, a doktorantom zapłacimy co najmniej pensję minimalną – tak brzmią postulaty protestujących – to wszystko się zmieni?
Budżet płacowy to sprawa podstawowa i chodzi zarówno o stawki, jak i o to, ilu ludzi uczelnie mogą zatrudnić. Dzisiaj większość nauczycieli akademickich w Polsce jest de facto nauczycielami, badaczami, popularyzatorami nauki, organizatorami zespołów badawczych, a do tego jeszcze aplikujemy o granty, żeby w ogóle mieć środki na podstawowe narzędzia badawcze. Bo są takie miejsca w Polsce, gdzie bez grantu trudno nie tylko o wyjazd na konferencję, przeprowadzenie badań terenowych czy dostęp do płatnych baz danych, ale nawet laptopy, biurka… Żeby wyjechać, choćby raz-dwa razy do roku, trzeba startować w jakimś konkursie, a często nie wiadomo kiedy wniosek będzie rozpatrywany.
Może po prostu granty dostają najlepsi?
Współczynnik sukcesu np. w Narodowym Centrum Nauki, zależnie od programu, wynosi między kilka a kilkanaście, w najlepszym razie 20 procent – tylko tylu wnioskujących dostaje środki, a więc mnóstwo pracy i talentu zostaje zmarnowane, to raz. Dwa, że bez tego ciężko sfinansować najbardziej podstawowe sprawy, czasem naprawdę chodzi o fizyczne miejsce do pracy. A trzy, że tylu zadań i ról nie da się sensownie wypełnić w ramach możliwości czasowych i fizycznych jednej osoby, co musi się odbić na jakości tej pracy. Jeśli do tego mamy pensum, tzn. wymogi co do liczby godzin dydaktycznych dwukrotnie wyższe niż w wielu krajach Europy Zachodniej, to siłą rzeczy mniej czasu możemy poświęcać na badania. Wreszcie: jeśli musimy dorabiać, bo pensje bazowe są tak niskie, to tym bardziej brakuje czasu na badania użyteczne społecznie zamiast zleceń komercyjnych.
Rozumiem że młodzi i zdolni nie garną się do pracy w takich warunkach. Pewien znany profesor z Krakowa skarżył mi się, że trudno mu zastąpić kogoś po studiach, kto ma tuż za rogiem ofertę pracy w centrach usług biznesowych. Nie żeby była ona jakaś ambitna, rozwojowa czy dająca szansę awansu – ale z wynagrodzenia można się przynajmniej utrzymać w mieście.
Stawki i warunki pracy to jedno, drugie to zamrożone etaty. Nie dość, że ciężko przyciągnąć zdolne młode osoby, to często nie ma ich jak zatrudnić. To dotyczy naukowców, ale tak samo kadry administracyjnej: uczelniom trudno jest utrzymać specjalistów w działach administrowania projektami finansowym, informatycznym czy prawnym, bo osoby, które zdobędą doświadczenie na takich stanowiskach, szybko odchodzą do biznesu. Jest bardzo duża rotacja, a to z kolei sprawia, że wsparcie administracyjne dla procesów nauki – choćby przy tym nieszczęsnym pisaniu wniosków grantowych, co może trwać miesiące – jest o wiele słabsze niż mogłoby być.
Gdzie w tym wszystkim są studenci?
Ja widzę tu szansę na potencjalny sojusz postulatów pracowniczych ze studenckimi, bo przecież słyszy się od lat, że jest za mało miejsc w akademikach, że nie mamy dostępnych ani przystępnych cenowo stołówek, że stypendia socjalne są bardzo niskie i – znów – mało komu przysługują. To wszystko powoduje, że kształcenie wyższe robi się dostępne głównie dla osób z klas wyższych, a pozostałe – zwłaszcza spoza ośrodków akademickich – muszą pracować w trakcie studiów, co de facto sprawia, że te studia są fikcją. A jak już człowiek wynajmie mieszkanie i zdoła się wyżywić, to np. trafia do… sześćdziesięcioosobowej grupy ćwiczeniowej.
Nie no, bez przesady, to chyba standard z pierwszych lat po wojnie. Słyszałem, że w 1945 roku ludzie siedzieli po dwie osoby na jednym krześle w salach wykładowych.
Teraz akurat pomieszczeń nie brakuje, za to np. na naszej uczelni, jednej z bogatszych w Polsce, praktyką oszczędnościową jest właśnie tworzenie kilkudziesięcioosobowych grup ćwiczeniowych. Bo jak się w ten sposób zredukuje koszty, to może znajdą się środki na wyjazdy konferencyjne. Nie wiem, jak to wygląda gdzie indziej, ale podejrzewam, że niemal wszystkie uczelnie przy tak ciasnych budżetach szukają rozwiązań tego rodzaju. Takich, które nie pomagają w wypełnianiu misji ani w dążeniu do wysokiej jakości.
Mówisz, że brakuje kadr. Ale przecież w czasach wyżu demograficznego tych kadr się wykształciło i zatrudniło bardzo dużo. 20 lat temu mieliśmy w Polsce blisko 2 miliony studentów, teraz trochę ponad milion. To chyba powinien być was, pracowników naukowych, nadmiar?
Brakuje etatów. W dobrym systemie, bez tych patologicznych dostosowań, to co mówisz miałoby to ręce i nogi. Ale też pamiętajmy, że w boomie, który miał miejsce na początku wieku, zatrudnienie wykładowców wzrosło, ale nie o tyle, żeby faktycznie kompensować przyrost liczby studentów. Powszechne było zatrudnianie się na dwóch albo i trzech etatach. Bazowa pensja akademicka była niska, więc wyrabiano podwójne czy potrójne pensum lub zatrudniano się w kilku uczelniach naraz, często prywatnych.
Teraz jest ich mniej.
Dużo mniej, więc pracownicy naukowi szukają innych możliwości dorobienia. Pensje też nieco wzrosły od początku wieku, bo wzbogaciliśmy się jako kraj, no i po podwyżkach z czasów Jarosława Gowina jednak nieco się poprawiło, choć do średniej płac w gospodarce jest bardzo daleko. Natomiast faktycznie roczniki stają się coraz mniejsze, co widzimy po rekrutacjach.
Czyli można pracować normalniej…
Ale wewnętrzna logika systemu nie pozwala mu się dostosować w ten sposób: skoro studentów jest mniej, to postawmy na jakość, pozwólmy części nauczycieli wyspecjalizować się jako badacze, części jako świetni dydaktycy, a do tego zróbmy mniejsze grupy ćwiczeniowe. Wszyscy by na tym wygrali, tyle że algorytm finansowania uczelni z subwencji – choć nie jest aż tak ściśle powiązany z liczbą studentów jak wcześniej – nadal sprawia, że wraz z malejącą liczbą studentów subwencja rządowa maleje. A jak rosną płace, nawet powoli, to malejąca liczba studentów wymusza na uczelniach oszczędzanie na liczbie etatów. Tym bardziej że nie ma możliwości reperowania budżetu dzięki studentom zaocznym.
Spotkałem się niedawno z tezą, że właśnie poprzez model subwencji – wraz z niżem demograficznym – uczelnie bardzo się starają nikogo nie wyrzucić.
Mogę mówić za swoje otoczenie i swoją uczelnię: nikt od nas nie oczekuje, że będziemy obniżać standardy egzaminowania czy wymogi przyjęć. W ostatnich latach widzimy za to inne zjawisko, czyli tzw. dropout studentów. Bardzo dużo rekrutuje się na studia, zwłaszcza na pierwszym stopniu, ale po pierwszym roku je porzuca. Wskaźniki sięgają nawet czterdziestu procent, co przekłada się na potężne liczby w skali kraju.
Dlaczego tak się dzieje?
To zjawisko nie jest jeszcze przebadane, mogę tylko przepuszczać, że jakimś czynnikiem jest sytuacja materialna, tzn. konieczność podejmowania pracy zawodowej, by wynająć pokój. Może to być też skutek głębszych zmian społeczno-kulturowych po pandemii, czyli zwiększona alienacja i natężenie różnych problemów psychicznych i emocjonalnych. Za wcześnie na pełną diagnozę, ale zjawisko jest bardzo widoczne i też problematyczne finansowo, bo uczelnie widzą nagle po pierwszym roku, że subwencja zaczyna im spadać.
W czasach boomu powstało dużo uczelni prywatnych, ale też państwowych, w tym filii dużych uniwersytetów w mniejszych miastach. Czy one są faktycznie potrzebne w warunkach niżu? Czy może raczej przydałaby się tu konsolidacja, połączona z poprawą dostępności akademików?
Wydaje mi się, że konsolidacja postępuje poprzez bankructwa tych mniejszych uczelni prywatnych, które zwyczajnie tracą rynek. Nie uważam tego za problem, natomiast widzę dużą wartość w tym, że jakieś ośrodki akademickie funkcjonują także w mniejszych miastach. Po pierwsze z punktu widzenia rozwoju regionalnego, bo uczelnia zawsze może być centrum kulturowym i edukacyjnym, zdolnym współpracować z lokalnym biznesem. Po drugie z perspektywy inkluzywności kształcenia wyższego, bo nawet jeśli zajęcia tam mają trochę niższy poziom, to radykalnie zwiększa się dostępność, przede wszystkim ekonomiczna, dla osób spoza dużych ośrodków. A doświadczenie Niemiec, Anglii czy Włoch pokazuje, że nawet wybitne uczelnie wcale nie muszą znajdować się w stolicy czy wielkiej metropolii.
Nietrudno argumentować, że dostęp do edukacji nie powinien być – a na pewno nie w pełni – utowarowiony. W tym sensie zapewnienie ludziom możliwości kształcenia można traktować jako naturalny obowiązek państwa, choćby i liberalnego, aby „wyrównywać szanse” czy pomóc się przekwalifikowywać w epoce wielkich zmian na rynku pracy. Ale czy już np. badań stosowanych dla przemysłu nie powinien finansować… przemysł? Jeśli coś jest wprost użyteczne gospodarczo, to da się skomercjalizować – czemu ma za to płacić podatnik, a nie biznes? Niech sobie będzie i 3 procent PKB, ale czemu z budżetu państwa?
Mnie się ten postulat podoba i dostrzegam go nawet w kolejnych wizjach reform nauki czy strategii rozwoju kraju: współpraca nauki z biznesem, komercjalizacja badań itd. Tylko jakoś tak wychodzi, że zagraniczny biznes tworzy własne zaplecze badawczo-rozwojowe i to raczej nie na terytorium Polski, a krajowy biznes – en masse, bo wyjątki zawsze się znajdą – nie jest szczególnie zainteresowany. Być może należałoby to jakoś wymusić, choćby przez fundusz nauki, który zasilany byłby z zysków działających tu przedsiębiorstw i finansował badania, których wyniki na określonych zasadach byłyby udostępniane biznesowi. Ten i tak mocno korzysta na tym, że za publiczne pieniądze kształcimy mu kadry. Przy czym, jak uważam, jest jeszcze jeden, bardzo istotny argument za finansowaniem publicznym nauki, który wykracza poza kryteria czysto ekonomiczne.
To znaczy?
Piszemy o nim w stanowisku Polskiej Sieci Ekonomii w sprawie zwiększenia budżetu nauki: badania naukowe mogą służyć społeczeństwu nie tylko poprzez patenty dla biznesu. Nie chodzi tylko o te ogólne korzyści z krytycznej refleksji nad światem, wkład humanistyki i nauk społecznych w debatę itd. Bo i humanistyka, i nauki społeczne, i nauki przyrodnicze mogą zaspokajać ważne potrzeby poprzez szukanie rozwiązań dla współczesnych problemów, od suszy i kryzysu wodnego z wszystkimi wyzwaniami dla rolnictwa, przez ekologiczny i dostępny transport, aż po napięcia w obszarze mieszkalnictwa.
Wszyscy byśmy skorzystali, gdyby zdefiniować obszary i wyzwania, na które idą środki państwowe. Zamiast ratowania się wyłącznie inicjatywami naukowców o niemal aktywistycznym, oddolnym charakterze, czy pisaniem po godzinach opracowań na temat odporności społecznej, można by traktować pewne kwestie jako priorytety badawcze, które naukowcy mogą realizować w ramach swojej etatowej pracy. Jestem przekonany, że wielu z chęcią by się tego podjęło, bo potrzeba zmieniania świata na lepsze nie jest w tym środowisku rzadkością, a wieża z kości słoniowej – ideałem dobrego życia.
A czy Unia Europejska tego nie załatwia? Finansowania badań nad, umownie, doniosłymi wyzwaniami współczesności?
Są na to granty Horyzont czy ERC, przy czym próg wejścia do nich jest bardzo wysoki. Dla przeciętnego polskiego naukowca są trudno dostępne, siłą rzeczy elitarne, co przy słabym wsparciu administracyjnym i małej ilości czasu sprawia, że otrzymanie czegoś takiego uda się tylko wycinkowi polskich naukowców, zazwyczaj raz czy dwa razy w życiu.
Napisano regały książek o tym, że Polską tak naprawdę rządzi inteligencja, jaki by tu nie panował ustrój: sanacja, komuna czy liberalna demokracja. Tylko dlaczego w takim razie najbardziej emblematyczny zawód inteligencki, czyli naukowiec, czuje się tu tak samo jak polonista Adaś Miauczyński z Dnia świra: że każda władza ma go za nic?
W polskich uczelniach wyższych i szerzej, w instytucjach naukowych, jak w soczewce widzimy napięcia i sprzeczności polskiej transformacji oraz peryferyjnego modelu rozwoju, który się osadził tutaj w ostatnich 20-30 latach. Transformacja dokręciła finansową śrubę i tak spauperyzowanej w PRL polskiej nauce, a jednocześnie wprowadziła reguły darwinistycznej konkurencji, rywalizacji między naukowcami o ograniczone środki, czego symbolem jest dzisiejsza konkurencja o cytowania i punkty w rankingach, za którymi nie musi iść wartość naukowa. Naukowcy w latach 90. w to weszli, przyjęli też, że normą jest dorabianie na 2-3 etatach, więc prawo pracy i w ogóle myślenie o sobie jako pracowniku zostało w tej grupie zawodowej na dalszym planie.
Dobrze, ideologia ideologią, konkurencja konkurencją – publikuj albo giń obowiązuje dziś także na Zachodzie – ale w latach 90. te zasoby były obiektywnie ograniczone, bo państwo było po prostu biedne i spętane różnymi regułami międzynarodowymi. Dziś jest bogate, rządzi Koalicja Obywatelska, na którą głosują dyżurne autorytety świata nauki. Tymczasem nakłady dalej wynoszą 1 procent, a przez ostatnie 20 lat spadły – co prawda z poziomu 1,5 procent, więc też nędza. Dlaczego?
Bo dobrze finansowana nauka nie mieści się w tym modelu rozwoju, który się u nas ukształtował, a więc kraju montowni czy biur centrów usług wspólnych dla biznesu. Ona nie jest mu za bardzo potrzebna, mówiąc brutalnie. Polski system nauki był przez 20 lat fabryką absolwentów, którzy szli do tych biur, gdzie nie potrzebowali jakichś wyrafinowanych kompetencji. Dzisiaj zresztą i ta funkcja dydaktyki zaczyna zamierać, bo pracę w korporacjach coraz częściej dostają osoby bez dyplomu. Potrzeby innowacyjności, rozwiązywania dużych problemów cywilizacyjnych były w ogóle schowane jako marginalne względem obsługi kapitału zagranicznego. Z tego również powodu sektor nauki nie był nigdy ważny dla naszych elit politycznych, może z wyjątkiem Gowina, który – przy wszystkich zastrzeżeniach – jako jedyny miał determinację, żeby coś zmieniać w tym obszarze.
Ale jakoś nie zapowiada się, żeby ten model rozwoju miał się drastycznie zmienić – a z nim bodźce ekonomiczne do wydawania pieniędzy na naukę.
Dlatego trzymam kciuki, żeby ten ruch protestu, który teraz się rodzi, stawał się coraz bardziej masowy i żeby naukowcy odkrywali, że są również pracownikami. Wtedy będą mogli upominać się o swój interes ekonomiczny, do tego tworzy się szansa na sojusze nauczycieli akademickich z pozostałymi pracownikami uczelni, ze studentami i szerzej, ze społeczeństwem. W imię tego, byśmy faktycznie zaczęli traktować naukę i kształcenie jako dobro wspólne, o które warto dbać, podobnie jak ochronę zdrowia, mieszkalnictwo czy naszą przyrodę.
**
Maciej Grodzicki – doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w Instytucie Ekonomii, Finansów i Zarządzania Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadzi badania osadzone w szkołach ekonomii ewolucyjnej i post-keynesowskiej nad globalizacją produkcji w światowych łańcuchach dostaw i jej wpływem na nierówności międzynarodowe i makroekonomię. Członek European Association for Evolutionary Political Economy, wchodzi w skład zarządu Polskiej Sieci Ekonomii.







![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.