Mój europejski umysł jest dość bezradny wobec tylu amerykańskich fenomenów i tradycji. Ich system wyborczy, który przywodzi na myśl rozbudowany zestaw rygorów i zasad wprost z OuLiPo. Wielogodzinne rozgrywki futbolu amerykańskiego – coś jakby turniej rycerski z przerwami na posiłki. Baseball. Ogromne samochody, w imię których wiele tamtejszych miast i miasteczek zdegradowano do przestrzeni drive-in. Kompletny pierdolec na punkcie broni, pomimo masakr w szkołach, sporów domowych i kryzysów towarzyskich rozwiązywanych za pomocą gnata. Prawo niczym dżungla, w której ścieżki i obejścia niestrudzenie wycina blisko półtora miliona prawników.
Jajecznica w proszku, kult smażenia wszystkiego, co można usmażyć, gigantyczne porcje i opakowania, sałatka Ambrosia, ser w sprayu. Antyludzki indywidualizm wyrażający się w nienawiści do państwa i tych, którzy ze wsparcia państwa korzystają. Fanatyzm religijny pomieszany z rewią megakościołów i smykałką do bezwzględnego dojenia milionów dolarów z rzesz wiernych. No i wrestling.
Może gdybym zamiast w Łodzi urodził się w Chicago albo Los Angeles, a herosami mojego dzieciństwa w terminalnym Peerelu nie byli Pan Samochodzik, Tomek Wilmowski, Zbigniew Boniek czy porucznik Borewicz, patrzyłbym na wrestling inaczej. Może gdybym wtedy nie czekał z bijącym sercem na skok Fijasa, występ Filipowskiego, mecz Polska-Brazylia, wyścig z udziałem Halupczoka, a później, w młodości, na Widzew w Lidze Mistrzów, starcia Gołoty, finał Bulls-Utah, mógłbym się nauczyć ekscytować tymi przerysowanymi facetami w dziwacznych makijażach i ciuchach (jakby zespół Kiss postanowił dorobić na ustawkach), którzy pozorują zapaśniczą walkę, udają niespodziewane triumfy, fingują własne porażki, a wylewną mimiką i gestykulacją à la klaun – lub Neymar – sugerują ponadto ogromne emocje i boleści, jakie w związku z tymi przeżywają.
Gdyby rodzice zabierali mnie do teatru i cyrku, wytworzyłbym w sobie, kto wie, słabość do scenicznej iluzji, niegasnącą ochotę na udramatyzowane podpuchy. Ale tak, jak nie umiem na odpowiednim wczuciu oglądać seriali i filmów o elfach, smokach i borostworach – i dlatego tychże nie oglądam – albo czytać o rozbudowanych snach literatów i słuchać aktorsko zinterpretowanych audiobooków, tak samo nijak nie jestem w stanie przejąć się galą wrestlingu. Ani jako odmianą sportu, ani specyficznym rodzajem spektaklu.
Jeśli już, tym, co mnie interesuje, nawet poniekąd fascynuje i zadziwia, jest reakcja publiczności. Prawdziwe emocje w odpowiedzi na nieprawdziwe, odgórnie zaplanowane i zrealizowane punkt po punkcie pseudowydarzenie. Co więcej, te emocje z hal i sprzed telewizora mutują w ciągnące się dekadami uwielbienie dla wrestlingowych mistrzów, gadżeciarstwo, czerpanie nauk od idola, namiętne śledzenie jego życia.
Obojętność wobec samego wrestlingu nie odebrała mi jednak sporej przyjemności z oglądania serialu dokumentalnego o największej gwieździe tej rozrywki, Hulku Hoganie.
Hulk Hogan: Amerykanin z krwi i kości, czteroodcinkowy dokument Netflixa, to klasyczna opowieść o bohaterze znikąd – z malutkiego domku na Florydzie lat 50., w którym mieszkał z rodzicami i starszym bratem – dzięki hartowi ciała i ducha osiągającemu szczyt.
By tego dokonać, zamienił swoje prawdziwe imię i nazwisko na efekciarski, aliteracyjny przydomek. Przybrał wyraziste barwy – żółtą i czerwoną. Nauczył się zastygać w charakterystycznych pozach – nasłuchiwanie z ogromną dłonią przy uchu, rozrywanie na sobie koszulki, deliryczne potrząsanie głową, gdy w ringu ogarniał go rzekomy berserk, salut zwycięstwa z naprężonym prawym bicepsem i wyprostowaną pod kątem lewicą i parę innych – które z czasem uznano za kultowe, JEGO. Miał też swój zaśpiew wygłaszany z prędkością serii z karabinu maszynowego, „Let Me Tell You Something, Brother!”, umięśnione ciało strzaskane na mahoń, wąsiska rednecka, oklapłą aureolę albinoskich strąków i credo: trenuj, módl się, wierz w siebie, łykaj witaminy.
Działało – przynajmniej na niego. Albowiem to za sprawą Hulka (i Vince’a McMahona, szefa organizacji WEE, o którym Netflix też zrobił dokument, zatytułowany Mr. McMahon) wrestling konsekwentnie wypączkował do wielomiliardowego, globalnego interesu.
Hulk oczywiście nie trwał, jak na bohatera przystało, wiecznie na szczycie. Spadał z niego, wracał, staczał się i wskrzeszał, wywoływał skandale i uchodził za świętego, popadał w zapomnienie i pławił się we frenetycznej popularności zwanej hulkamanią. Jak złośliwie komentowali jego mniej ufetowani rywale, odchodził z branży przez dobre dziesięć lat. Nie mógł przestać być Hulkiem Hoganem. Przez całą karierę krążył w zamkniętym obiegu bycia herosem, mentorem dla najmłodszych, uśmiechniętym życzliwym olbrzymem: z ringu trafiał do kreskówki, filmu, serialu, merchu, gier komputerowych, reality show, stamtąd – z powrotem na ring. I tak w kółko.
Niekiedy sam już nie wiedział, kim jest i gdzie się kończy Terry Bollea, ojciec, mąż, syn układacza rur i sekretarki, rozwodnik, mąż drugiej żony, mąż trzeciej żony, coraz bardziej schorowany gość w dojrzałym wieku, a w końcu – poruszający się z trudem emeryt, a gdzie zaczyna Hulk Hogan, gwiazdor, bożyszcze tłumów, motor licznych akcji charytatywnych, ikona doby Reagana, obu Bushów i Clintona, blaknąca, wygwizdywana sława, specjalista od przypałów – sterydowych, rasistowskich, wiarołomnych, lojalnościowych, homofobicznych, politycznych, obudzony na starość prawicowiec.
Obejrzyjcie Ani słowa: bitwa o wolność prasy, a ujrzycie odmienną od serdecznej i skorej do wygłupów twarz Hulka. Wpiszcie do gugla „Hogan MAGA”. Dowiedzcie się o hulkowej sekstaśmie. Na Wikipedii poczytajcie o tym, jak bezwzględnie pucował swoje CV mistrza: „W celu zachowania dobrej reputacji wrestler miał wymuszać na organizacjach podejmowanie kontrowersyjnych decyzji”, czyli odmawiał rewanżów i przegranych. Był nie do podrobienia. Pewnie dlatego jego śmierć oddano w dokumencie z tak gęstym, lejącym się w nieskończoność patosem, jakby w osobie Hulka Hogana ludzkość żegnała skrzyżowanie Michaela Jordana z Synem Bożym.
Z drugiej strony na czyją jeszcze cześć mogliby na tej planecie jednocześnie wygłaszać peany, jak ma to miejsce w Amerykaninie z krwi i kości, Donald Trump i Werner Herzog?


![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.