Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Giscardpunk, czyli nostalgia za państwowym interwencjonizmem

Superszybka kolej, superszybkie samoloty, reaktory nuklearne wyrastające jak grzyby po deszczu i najnowocześniejsza elektronika użytkowa. Wielu tęskni do futurystycznej przeszłości, zapominając, co umożliwiło taką innowacyjność.

ObserwujObserwujesz
Kontekst

🧠 Giscardpunk to internetowa estetyka i całe uniwersum inspirowane Francją lat 70. i 80., przedstawiające ją jako futurystyczne, niezwykle zaawansowane technologicznie państwo.

⚙️ Valéry Giscard d’Estaing, od którego nazwiska pochodzi nazwa tego nurtu, był prezydentem Francji w latach 1974–1981. Choć prowadził raczej konserwatywną politykę, to jego rządy przypadły na czas silnego państwowego interwencjonizmu, rozwoju energetyki jądrowej i innych nowości technologicznych.

Walka

Chociaż nostalgia na zasadzie „kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów” z reguły oparta jest na wyidealizowanym obrazie przeszłości i nie inaczej jest w tym przypadku, to Francja z przełomu lat 70. i 80. rzeczywiście może robić wrażenie. Stąd nie dziwią popularne ostatnimi czasy przeróbki, w których jest ona przedstawiana jako wzór oraz spełnienie marzeń o postępie.

Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z faktu, że te ochy i achy są adresowane w kierunku państwa, które dziś zostałoby pewnie nazwane socjalistycznym i skazanym na ruinę gospodarczą. Bo komu obecnie mieści się w głowie, żeby ekonomią dyrygowało państwo, a kluczowych decyzji nie pozostawiano „wolnemu rynkowi”? I żeby jeszcze w takich warunkach tworzyć innowacje, do których wzdycha się nawet po kilkudziesięciu latach? Zresztą na wzdychaniu się nie kończy – powstają również liczne materiały nimi inspirowane.

Retrofuturyzm po francusku

W dosyć przewrotny sposób uosobieniem postępu we Francji został Valéry Giscard d’Estaing, polityk umiarkowanie konserwatywny i prezydent w latach 1974-1981, mimo że widoczne na różnych przeróbkach symbole francuskiej nowoczesności w dużej mierze pochodzą z czasów jego poprzednika (Georges’a Pompidou) lub następcy (François Mitterranda). Na korzyść Giscarda zadziałał fakt, że to na jego kadencję przypadł finał „wspaniałego trzydziestolecia”, czyli okresu intensywnego powojennego rozwoju, a zarazem miała swój początek epoka technologiczna, do której nawiązują retrowave oraz cyberpunk. Z jednej strony imponujące inwestycje państwa francuskiego, z drugiej estetyka oparta na wyobrażeniach przyszłości z przeszłości. Razem tworzy to atrakcyjny materiał do fantazji na temat atomowej Francji, która nigdy nie przestała przeć naprzód.

Czytaj także Socjalizm albo reptilianie. Wybieraj Matěj Metelec

Artysta Florent Deloison, któremu czasem przypisuje się spopularyzowanie w tym kontekście terminu giscardpunk, rozwinął cały lore stojący za tą estetyką – w alternatywnej rzeczywistości Giscard d’Estaing uzyskał reelekcję w 1981 roku, zdobywając aż 99,7 proc. głosów, co pozwoliło mu rządzić Francją przez następne kilka dekad. Na przeszkodzie nie stanęły nawet dwa udane zamachy na życie prezydenta – za pierwszym razem Giscard powrócił za sprawą pożyczenia jego wersji z innego wymiaru (stworzono zasilany energią nuklearną portal), za drugim jako cyborg. Pod takim przewodnictwem Francja stała się supermocarstwem, ruszyła na podbój kosmosu, a rozrost paryskiej La Défense doprowadził do zastąpienia haussmanowskich kamienic szklanymi wieżowcami. Dopiero w 2012 roku kres technofuturystycznej utopii położył nieudany eksperyment, przez który genetycznie zmodyfikowane chomiki zniewoliły całą ludzkość.

Niezależnie od przyniesionej przez gryzonie zagłady, stojąca za giscardpunkiem fascynacja latami 70. przynajmniej częściowo wyraża tęsknotę za czasami, gdy rozwój wydawał się nie mieć granic. Ludzkość mierzyła coraz wyżej i coraz dalej, nowe technologie rewolucjonizowały życie na każdym kroku, a procesy takie jak dezindustrializacja nie zdążyły jeszcze odcisnąć swojego piętna na zachodniej Europie. Nawet jeśli kryzys paliwowy i stagflacja dały przedsmak przyszłych problemów, to wciąż oczekiwano kontynuacji wspaniałego trzydziestolecia i spełnienia futurystycznych marzeń.

Postęp był widoczny nie tylko w kontekście wielkich inwestycji w energię nuklearną czy szybką kolej, ale też w przedmiotach codziennego użytku. Firmy znad Sekwany produkowały komputery i telefony, a opracowany przez France Télécom (obecnie Orange) i La Poste (francuską pocztę) Minitel aż do rozpowszechnienia internetu stanowił najbardziej udany system komunikacji sieciowej na świecie. Przy pomocy specjalnych terminali Francuzi lata przed innymi masowo korzystali z bankowości elektronicznej, robili zakupy online i wysyłali wiadomości elektroniczne. Tak lubiane przez estetykę retrowave wczesne komputery mogły być made in France.

Co zniszczyło europejską innowacyjność?

Obecnie Europa jedynie marzy o przewadze lub choćby dogonieniu najlepszych w sektorze technologiczno-informatycznym, a i w wielu innych nie jest tak dobrze, jak przed czterdziestoma laty. Co się zmieniło? Niektóre teorie mówią o zniszczeniu kontynentu przez imigrację i napływ ludności obcej kulturowo, ale takie bzdurzenie można pozostawić bez komentarza. Częściej o zahamowanie rozwoju Europy oskarża się regulacje, Unię Europejską i rzekomo panujący w niej socjalizm. Niegdyś przodujące technologicznie państwa, takie jak Francja, miały rozpocząć prześladowania przedsiębiorców i lokalnych geniuszy, co zapobiegło powstaniu nad Sekwaną ichniego Apple’a czy Google’a.

Jeśli jednak popatrzeć na symbole europejskiej nowoczesności z popularnych przeróbek, to okaże się, że widzimy na nich praktycznie wyłącznie owoce inwestycji państwowych i odgórnego planowania. Concorde lub Airbus? Państwowe. TGV? Państwowe. Lotniskowce, myśliwce i łodzie podwodne? Państwowe. Mógłbym długo mnożyć przykłady, ponieważ na początku lat 80. znacjonalizowany przemysł odpowiadał za około jedną trzecią francuskiego eksportu – w rękach państwa były nie tylko zbrojeniówka, sektory energetyczny czy bankowy, ale też giganci zajmujący się produkcją towarów konsumpcyjnych, od samochodów Renault, poprzez komputery Thomson, aż po leki na ból głowy.

Czytaj także Kicz Trumpa i architektoniczne obsesje tradycjonalistycznej prawicy Artur Troost

W dwóch ostatnich dekadach XX wieku Europa zgodnie z poradami neoliberalnych ekonomistów przystąpiła do prywatyzacji majątków publicznych i chociaż Francja początkowo się temu opierała, to w końcu popłynęła z prądem, co doprowadziło do demontażu prawie całego państwowego kompleksu innowacyjno-przemysłowego. Dobrze prosperujące i przynoszące zyski państwu jako właścicielowi firmy wyprzedano i choć niektóre wciąż radzą sobie na rynku, to wiele z nich upadło lub trafiło w ręce międzynarodowych konsorcjów. Towarzyszyły temu restrukturyzacje, czyli w praktyce przenoszenie produkcji za granicę i ograniczanie długoterminowych inwestycji rozwojowych. Dla inwestorów liczył się łatwy zysk, nie realizowanie strategicznych interesów tego czy innego państwa. Przestawienie się na taką logikę drogo kosztowało Francję i Europę.

Prywatne innowacje nie zastąpią publicznych

W związku z popularyzacją przeróbek z kadrami z lat 70. i 80. oficjalne konto Emmanuela Macrona postanowiło do nich nawiązać, pokazując we własnym wideo współczesną Francję jako kraj wciąż godny podziwu. Znamienne, że o ile w materiałach z gatunku giscardpunk widzimy mnóstwo przykładów infrastruktury i technologii cywilnych, o tyle w filmiku wypuszczonym przez obecną administrację wyraźnie dominują obrazy jednoznacznie militarne. Sektor wojskowy jest jedynym, którego ze względów strategicznych nie poddano daleko idącej prywatyzacji, więc nieprzypadkowo w tym aspekcie Francja pozostaje innowacyjna, należąc do czołowych światowych producentów broni.

Przewagą inwestycji publicznych nad prywatnymi jest to, że niekoniecznie muszą one skupiać się na krótkoterminowym zysku, mogą zaangażować większe środki i pozwolić sobie na ryzyko, które byłoby nie do udźwignięcia dla zwykłych korporacji. Trudno sobie wyobrazić, żeby prywatni inwestorzy rozwinęli TGV lub zrealizowali plan Messmera, który dotyczył francuskiej polityki energetycznej. W czasach kryzysu paliwowego popularnym hasłem stało się „we Francji nie mamy ropy, ale mamy pomysły”. Jednym z tych pomysłów było zdecydowane postawienie na energię nuklearną – na przestrzeni zaledwie kilkunastu lat (od 1974 do 1988 roku) Francja oddała do użytku 56 reaktorów, błyskawicznie uniezależniając się od paliw kopalnych. Po liberalizacji sektora energetycznego problematyczna okazała się budowa jednej elektrowni nuklearnej w Flamanville, która zajęła aż siedemnaście lat.

Oczywiście nie jest tak, że nie znajdziemy w Europie dużych i sprawnie realizowanych inwestycji, a kontynent chyli się ku upadkowi. Chociażby popularne w internecie porównania z Chinami są zwykle zmanipulowane na korzyść tych ostatnich. Jednocześnie prawdą jest, że Chiny w większym stopniu opierają swój rozwój na wielkich inwestycjach publicznych w infrastrukturę i wybrane sektory gospodarki, co przynosi pozytywne efekty. Jestem daleki od sympatii dla Pekinu i nie twierdzę, że należy kopiować dalekowschodnie rozwiązania – wystarczy odkurzyć własne. Kiedyś Europa była w stanie narzucać tempo w światowym wyścigu technologicznym, ale kres temu położyły neoliberalizm i prywatyzacja państwowych koncernów zdolnych do podejmowania się ambitnych przedsięwzięć.

Gdy następnym razem gdzieś w mediach społecznościowych wyskoczy kolejna przeróbka z wielką Francją epoki Giscarda, warto pamiętać, co pozwalało jej mierzyć wysoko – państwowy dyryżyzm i niepozostawianie innowacji wyłącznie w rękach wolnego rynku. Ale ponieważ neoliberalne dogmaty mają się w Europie dobrze, to nie pozostaje nic innego, niż wzdychać do retrofuturystycznej estetyki, która przypomina lepsze (pod względem polityki gospodarczej) czasy.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x