Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Traktory, kielnie i sodowiarnie: co stalinizm obiecał, co dał, a co odebrał polskim kobietom

Nie ma ojca, który bije, nie ma matki, która każe tyrać, nie ma obojga rodziców, którzy każą wyjść za tego rolnika, który ma więcej ziemi. To jest „wyrwanie się” – mówi o powojennym awansie społecznym autor książki „Życie codzienne kobiet w PRL”.

Rozmowa
Walka

Michał Sutowski: Hasło: „Kobiety na traktory” i plakat z dziewczyną za kierownicą ciągnika John Deer – czy to była realistyczna obietnica kariery w powojennej Polsce?

Błażej Brzostek: Nie była. Po pierwsze, gdy ten plakat powstawał, czyli pod koniec lat 40., traktorów było w Polsce tak mało, że statystyczna wiejska dziewczyna miała niewielkie szanse nie tylko, żeby nauczyć się nim jeździć, ale nawet zobaczyć go na żywo. Ciągników jeździło po polach między 20 a 30 tysięcy – w kraju, gdzie były 3 miliony koni. Konia, owszem, widziało się na co dzień, ale nim z kolei niemal zawsze opiekował się w gospodarstwie mężczyzna. Może z wyjątkiem Ziem Zachodnich w pierwszych latach po wojnie, gdzie czasami pole orały koniem właśnie kobiety, np. byłe żołnierki z batalionu „Platerówek”. Ale koń i kobieta – to do siebie nie pasowało. Natomiast stworzenie pary kobieta-traktor przekazuje informację polityczną…

Czytaj także Państwa dziecko ma pęknięty habitus Michał Sutowski

Bo dziewczyna na plakacie ma czerwony krawat?

Otóż właśnie: skolektywizujemy rolnictwo i wtedy będą możliwe wielkoobszarowe uprawy przy użyciu sprzętu mechanicznego. To jest wizja spółdzielni produkcyjnej, a nie rolniczki na swoim. Maszyna na ówczesnej rozdrobnionej wsi jest prawie zawsze męskim atrybutem, ale przede wszystkim dobrem rzadkim. Większość wsi w Polsce centralnej i wschodniej nie jest zelektryfikowana i nie ma żadnego zaplecza technicznego. Powołuje się do życia POM-y, czyli Państwowe Ośrodki Maszynowe, ale one mają obsługiwać właśnie rolnictwo spółdzielcze. Samodzielni gospodarze w zasadzie nie mogą z nich skorzystać, a prywatny zakup ciągnika to abstrakcja – nie ma ich w wolnej sprzedaży, zresztą nikogo nie byłoby na nie stać.

Ale tak czy inaczej, traktorzysta na wsi to był zawód prestiżowy. Dla kobiety, pracującej wcześniej motyką, to chyba jednak awans?

Teoretycznie tak, tylko że to mężczyźni wyrabiają prawa jazdy. Jeżeli człowiek wywodził się ze wsi, to nie miał de facto innej drogi niż zdobyć to uprawnienie w wojsku. Tam było to nawet względnie łatwe, ale kobiety przecież do wojska nie szły. A zdobyć takie umiejętności techniczne, tuż po wojnie, poza armią, było bardzo trudno. Wiemy ze wspomnień i pamiętników, że wiele dziewczyn naprawdę o tym marzyło, ale nie miało szansy tego osiągnąć. Natomiast hasło było rzeczywiście nośne: łączyło nowoczesność, kolektywizację i emancypację. Budowało aspiracyjny mit.

To jakie były realne, a nie mityczne ścieżki awansu dla kobiet na powojennej wsi?

Samo pojęcie „awansu społecznego” jest tworem inteligenckim, ukutym w latach trzydziestych przez socjologa Józefa Chałasińskiego. Ono wchodzi po wojnie do języka propagandy, natomiast rzadko należy do języka przeciętnych ludzi. W przekazach samych zainteresowanych z epoki znacznie częściej znajdujemy określenie „wyrwać się”.

Dokąd?

W świat. Ale jaki ten świat jest – nie wiadomo, bo się go przecież nie zna. Przy czym znów mamy wielką różnicę między kobietami i mężczyznami. Dla tych drugich „wyrwanie się” o tyle nie stanowi problemu, że jako dziewiętnastolatkowie są ze wsi wyrywani na służbę wojskową, która jest wtedy powszechna. Mamy tych chłopaków, którzy zostają skoszarowani z dala od domu, spotykają kolegów z całego kraju, z niemal całego przekroju społecznego. To jest szkoła życia, na dobre i na złe. Bo w wojsku jest oczywiście przemoc, ale też szansa na zdobycie jakichś umiejętności, zobaczenia czegoś innego niż dotąd.

A kobiety zostają na gospodarstwie i tyrają podwójnie za nieobecnych braci.

Tak, to jest zjawisko potężnie różnicujące. Dlatego niemal każde wyjście kobiety ze wsi jest wynikiem osobistej decyzji, często dramatycznej. Oczywiście, początek lat 50. to wciąż sytuacja wielkiego przeludnienia na wsi, więc części rodzin zależy, żeby córkę z domu wypchnąć, ale tradycyjną metodą jest korzystne wydanie jej za mąż. To z kolei przeraża część młodych kobiet, bo „korzystnie” znaczy nie za chłopaka, który jej się podoba, tylko za chłopa, który ma więcej ziemi.

Czyli jak przed wojną?

Z tą wyraźną różnicą, że młodzi ludzie mają już inną świadomość. Na wieś zaczyna docierać na dużą skalę prasa. Organizowana jest sieć „Ruchu”, przyjeżdżają też różne ekipy partyjne czy zetempowskie, które „łączą miasto ze wsią”. Mówią: możecie coś osiągnąć. Często na wyrost, bo czytałem narzekania robotników warszawskich, którzy usłyszeli jeszcze na swojej wsi, że zostaną inżynierami. Chętnie więc pojechali do miasta, a teraz mieszkają w hotelu robotniczym trzeci rok, harują, czują się oszukiwani przy wypłatach i zaczynają sądzić, że ten system jest po prostu eksploatacyjny. Ale, tak czy owak, kobiety w mieście dostają niemal zawsze pracę gorszą, niżej płatną…

Niż mężczyźni. Ale chyba lepszą niż na swojej wsi?

A to bardzo różnie. Bo jak na przykład dostają pracę pomocnicy murarskiej – częsty przypadek – to znów są we władzy mężczyzny, który kontroluje ich działania i często je poniża. Wypłata jest bardzo niska: w Nowej Hucie początku lat 50. facet wyciągał na akord tysiąc złotych co najmniej, a kobiety nie więcej niż 400. Podstawowe znaczenie miała wydolność fizyczna, ale ważne było też zaszeregowanie. Co więc się działo? Młode kobiety poszukiwały wsparcia w trudnych warunkach, a na to dawało nadzieję związanie się z robotnikiem, który wyrabiał normę. Intensywne życie seksualne na wielkiej budowie nie jest wymysłem Adama Ważyka, tylko w dużym stopniu elementem walki o przetrwanie tych kobiet, które wyrwały się ze wsi.

Ale nie jest im lepiej, mimo wszystko?

Nie ma ojca, który bije. Nie ma matki, która każe tyrać. Nie ma obojga rodziców, którzy każą wyjść za tego rolnika, który ma odpowiednie gospodarstwo. To jest to „wyrwanie się”. Awans polega na tym, że zarabiają pieniądze i przebywają w mieście, ale to jest często namiastka życia miejskiego, gdzieś między hotelem robotniczym a budową. 

Wcześniej nie było nawet hotelu. A warunki w chłopskiej chacie też raczej nie były luksusowe…

Tak, i to jest faktycznie coś rewolucyjnego, skopiowanego wprost z dojrzałego stalinizmu sowieckiego: bardzo łatwe zakwaterowanie dużych mas ludzi. Państwo wkłada wysiłek w stworzenie hoteli robotniczych, burs czy internatów, które są bezpłatne i to jest w historii migracji w Polsce fakt bezprecedensowy.

Czytaj także Dyrektor Karwowski i łuki drzwiowe półkoliste Magda Szcześniak

Choć wielka budowa jako obietnica lepszego świata to chyba nic nowego? Przed wojną też ukazywano Gdynię czy COP jako te miejsca, gdzie można sięgnąć po swoją życiową szansę.

To prawda, ale tam, by się nająć do pracy, trzeba było znaleźć sobie pokój czy mieszkać kątem u kogoś i za to płacić. To mimo wszystko inna sytuacja egzystencjalna, niż kiedy zakwaterowanie jest za darmo. Warunki w Nowej Hucie były bardzo złe, ale często lepsze niż życie w chacie wiejskiej, które ci ludzie znali wcześniej. Jest do dyspozycji kran z zimną, co prawda, wodą, ale nie trzeba jej nosić ze studni. Jest żarówka i prąd, a to są rzeczy, które na podkrakowskiej albo mazowieckiej wsi były po prostu symbolem miasta i nie stykano się z nimi w dzieciństwie.

Zatem awans jest, mimo wszystko. 

Jest i cieszy, ale na krótko. Po pół roku mieszkania w hotelu robotniczym powstaje pytanie, co dalej. Po roku rodzi się niepokój. Po dwóch latach jest ciężko. Po trzech latach, jeżeli się ma partnera i dziecko, to już jest bardzo konkretne wyzwanie. Para mieszka w dwóch osobnych hotelach, żeńskim i męskim. Mają dziecko, które jest oczywiście przy kobiecie, mężczyzna dochodzi. O ile w tej sytuacji nie zniknie…

Czyli, jak się wtedy mówiło, „ruszy w Polskę”.

Tak, bo to akurat nietrudne. Z tego bierze się duża grupa samotnych matek w Nowej Hucie i w innych większych skupiskach przemysłowych. Choć np. w Zambrowie, gdzie mnóstwo młodych kobiet przyjechało do kombinatu bawełnianego, społeczność lokalna była stabilna i konserwatywna, więc one miały pewien kłopot z nawiązywaniem relacji. Natomiast w Nowej Hucie mamy masę mężczyzn, którzy czegoś szukają w życiu, i dużo kobiet, które też czegoś szukają: więc znaczna część znalazła siebie nawzajem. Tylko że z czasem padają pytania najbardziej oczywiste: czy, kiedy i gdzie dostaniemy mieszkanie? A jak dostaniemy, to czy utrzymamy się z naszych zarobków? To są ludzie o niskiej zazwyczaj świadomości seksualnej i dzieci się rodzą łatwo. A już np. dwoje dzieci na utrzymaniu w związku dwojga robotników w pierwszej połowie lat 50. to ogromne obciążenie. Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie, a zwłaszcza kobiety, rozłączyli się na trwałe ze swoimi rodzinami.

Babcia z dziadkiem przy wnukach nie pomogą?

Raz, że sami pracują na roli, a dwa, że to były często ucieczki z domu po prostu, rzucanie wszystkiego. Mamy więc mnóstwo ludzi, którzy prawie nic nie posiadają i są w pełni zależni od pracodawcy, począwszy od kwestii mieszkania. Mieszkania buduje się w dużej liczbie, sami ci ludzie je budują, ale wyobraźmy sobie napięcie z tym związane: od dwóch, trzech lat kładą cegły, a mieszkania ciągle dostaje kto inny. Pojawia się przekonanie, wśród robotników bardzo silne, że dostają je przede wszystkim ludzie uprzywilejowani, jak nie partyjni czy przodownicy, to administracja zakładów pracy. I choć murarze to ludzie niewykształceni, żyjący głównie w kulturze oralnej, to przecież rozumieją, jak bardzo propagandowa opowieść o awansie jest nieprawdziwa.

To bardzo szybko narasta w pierwszej połowie lat 50., a w 1954-55 mamy masowe załamanie się wiary w awans: wszystko jest nie tak, a my nie mamy na nic wpływu. I właśnie ten ciężki kryzys legitymizacji systemu przyczynia się do zjawiska, które moim zdaniem nietrafnie bywa nazywane, na gruncie historii kobiet w Polsce, konserwatywnym czy patriarchalnym backlashem.

Chodzi o równoległe z „odwilżą” października 1956 r. odejście od emancypacyjnego mitu socjalistycznej, równościowej modernizacji. Koniec z dziewczynami na traktory i pracą zawodową jako wehikułem awansu społecznego – a ustaliliśmy, że choć z praktyką i realiami było różnie, to sama opowieść była nośna i zmieniała świadomość młodych dziewczyn i ich aspiracje. Dlaczego „konserwatywne odbicie” tu nie pasuje? Bo komuniści nie mogą być konserwatystami?

Nie o to chodzi. Ta interpretacja, popularna wśród części historyczek tamtego okresu, podkreśla sprawczość państwa i decydentów politycznych. A ja uważam, że ta tendencja wynikała raczej z oddolnej dynamiki społecznej.

Ale konserwatywna reakcja nie musi wychodzić wprost z Biura Politycznego, może po prostu faceci na wielu szczeblach hierarchii poczuli się zagrożeni na swoich pozycjach? To też jest oddolna dynamika społeczna…

Sądzę, że to był racjonalny wybór samych kobiet w ówczesnych warunkach. W pierwszym dziesięcioleciu Polski Ludowej statystycznie co drugi mieszkaniec Polski zmienił miejsce zamieszkania. Większość z nich bez żadnego kapitału: byli bez grosza, a swe sieci społeczne na wsi często pozrywali i zaczęli tworzyć coś innego. Ci właśnie ludzie mają dzieci, których rodzi się nawet 800 tysięcy rocznie, w stosunku do liczby ludności to trzy razy więcej niż dziś. To są czasy epidemii Heine-Medina, gruźlicy oraz, jak już mówiliśmy, strasznych warunków mieszkaniowych. Staranie się o to, by dziecko w ogóle przeżyło i było zdrowe, wymaga ogromnej uwagi i wysiłku, a to skłania kobiety do skupienia się na domu, które udało im się stworzyć.

Czytaj także Pijaństwo, lenistwo i degeneracja: skąd wziął się negatywny stereotyp PGR-ów (i dlaczego wciąż żyje) Dawid Krawczyk

Bo mąż nie ogarnie?

Nie były tego pewne. A na ogół wiedziały, że nie, bo po prostu nie jest do tego przygotowany. Wychowanie kobiet i mężczyzn było odmienne, wzory te powielano zresztą na bieżąco, dbając o skrupulatność i układność dziewczynek, a chłopcom zostawiając dużo swobody. Trudno się dziwić, że wzory małżeńskie były w dużej mierze efektem takiego ukształtowania przez kulturę.

Kobiety wolały skupić się na domu i dobrostanie bliskich kosztem rozwoju zawodowego, a nieraz porzucały pracę. I tak zarabiały zwykle bardzo mało, a mężczyzna mógł brać fuchy i nadgodziny, żeby uzupełnić budżet domowy i umożliwić inwestycje. Bo w latach 50. powoli rosły apetyty: zbierano na radio, później nawet na telewizor, ale przede wszystkim na meble. Bo jednak mieszkania budowano, oczywiście nie tyle, ile obiecano, ale jednak. W każdym średnim mieście polskim widać co najmniej jedno osiedle tzw. ZOR-owskie, z pierwszej połowy lat 50., i jedno spółdzielcze, już z czasów Gomułki. Te pierwsze budowano i rozdzielano bezpłatnie, a po 1956 roku wprowadzono model spółdzielczy, z tzw. wkładem, który miał skłaniać do oszczędzania na mieszkanie i obniżał wydatki państwa. Te możliwości budowania jakiegoś skromnego dobrobytu sprzyjały wycofywaniu się kobiet w krąg spraw domowych. Tym bardziej że okres stalinowski odebrał im coś jeszcze…

To znaczy?

Tzw. bitwa o handel z końca lat 40., czyli odgórna likwidacja drobnej gastronomii i handlu prywatnego wykosiła z rynku mnóstwo kobiet samotnych, które po wojnie ratowały się prowadzeniem barów, wyszynków, sklepików. W latach 1945-49 setki tysięcy z nich prowadziły zakładziki typu sodowiarnia, mały warsztat krawiecki, barek. To wszystko działało legalnie i zaspokajało mnóstwo potrzeb społecznych, a dodatkowo kobietom zapewniało samodzielną pracę, a z nią poczucie niezależności. Uderzono w to z powodów ideologicznych, nie oglądając się na nic.

A co z handlem czy usługami, które powstały w ich miejsce?

To marna alternatywa. Bo gdy one muszą likwidować te swoje zakładziki i idą do spółdzielni produkcyjnej czy spółdzielni pracy, to znów trafiają pod władzę mężczyzn, którzy są tam kierownikami i dyrektorami. Praca jest często bardzo ciężka i zawsze niskopłatna, bo cały sektor jest notorycznie zaniedbany i niedoinwestowany. Nie tylko na tle Zachodu, ale nawet sąsiadów w regionie, udział usług w zatrudnieniu długo był w PRL embrionalny, na poziomie Rumunii czy Albanii. W praktyce to powodowało, że warunki pracy w sklepach były opłakane, przy braku zapleczy i podstawowych urządzeń, a przede wszystkim z mizerną płacą. Sklepowe ratowały się więc dorabianiem na boku, czyli sprzedawały towar spod lady.

Ale za to można pójść siedzieć.

Oczywiście, wszystko to jest karalne, przy czym więzienie grozi nie tylko za manko w kasie, ale też za towar, który się zepsuł, bo brakuje chłodni, za co też w końcu odpowiada kierowniczka sklepu. To jest ogromne zjawisko, chociaż słabo opisane.

Bitwa o handel to jeden z kluczowych faktów politycznych, które ukształtowały PRL na dobre i na złe, ale głównie na złe, także w dziedzinie równouprawnienia kobiet. Bo kiedy wojna i powojnie na różne sposoby pozbawiły je mężów, którzy zginęli, poszli do więzienia, zostali na wschodzie lub na zachodzie, to kobiety zostały i budowały spontanicznie sieci społeczne, głównie o charakterze handlowo-usługowym. W małych miejscowościach i dużych, zwłaszcza że Żydzi w miastach Rzeczypospolitej, którzy prowadzili handel, zostali wymordowani, więc powstała duża luka na rynku, jeśli możemy o tym mówić w ten sposób. Została ona wypełniona między innymi przez poszukujące zarobku kobiety, które potem dostały w kość z powodu decyzji kilkunastu mężczyzn z Biura Politycznego KC PZPR.

Czyli ścieżki awansu w przemyśle są ograniczone, a w usługach tym bardziej, więc praca dla wielu kobiet przestaje być atrakcyjna. Ale płace w Polsce generalnie są niskie, z jednej pensji, poza górnictwem i hutnictwem, mężczyzna-robotnik raczej nie utrzyma rodziny… Inteligent też nieczęsto.

Doświadczenie pracownicze kobiet, tych społecznych migrantek lat 50., jest na tyle ciężkie, że znaczna część, jeśli nie większość z nich, nie odczuwa satysfakcji ze swojej pracy. Młoda robotnica może być na początku podbudowana tym, że pracuje w fabryce albo na budowie, lecz w ciągu mniej więcej roku czegoś się uczy, a mianowicie, że jej droga dalszego awansu jest bardzo wąska. Mężczyźni mają znacznie łatwiej.

Bo robotnik wierzy, że może z czasem będzie jednak więcej zarabiał?

I teraz wyobraźmy sobie młode małżeństwo, które ma dziecko. Kto pójdzie do szkoły wieczorowej w takiej sytuacji i będzie się dokształcał? On pójdzie, bo ona siedzi z dzieckiem. I to jeszcze bardziej różnicuje szanse na zarobki. Wiele kobiet uważa w tej sytuacji, że ogarnianie domu – co skądinąd i tak jej przypada niemal w całości, także gdy pracuje zawodowo – jest ich naturalnym zadaniem. I weźmy jeszcze pod uwagę, że robotnicy nie awansują w społeczno-kulturowej próżni. Jeżeli dostali pracę w dużych fabrykach, to tam jest część załogi, która ma doświadczenia przedwojenne, jakieś wyobrażenia o etosie pracy i kulturę samoorganizacji. Mimo stalinizmu te cechy kultury robotniczej trwają, a ci ludzie – robotnicy wykwalifikowani, ale też majstrowie – są autorytetami dla młodych.

A nie konkurencją raczej?

Przy wszystkich działaniach partii, żeby „wysuwać” robotników na kierownicze, nawet dyrektorskie pozycje, o niekompetencji ludzi z awansu wszyscy wiedzą. A już przy maszynach to jest oczywiste: majster to jest człowiek, który rzeczywiście się zna, a jednocześnie jest zwykle konserwatywny. I ci młodzi robotnicy, dla których on jest wzorem, dowiadują się, że jego żona nigdy nie pracowała, a nawet nigdy nie weszła na teren fabryki. Że w ogóle kobieta w fabryce to hańba. Że u niego w domu zawsze jest stół nakryty z serwetą, wszystko lśni, a po pracy czeka na niego talerz zupy i kotlet.

I to im imponuje?

To jest dla nich wizja dobrego życia. Co więcej, z ówczesnych badań socjologicznych wynika, że żony majstrów i robotników wykwalifikowanych, zwłaszcza metalowców, były dokładnie tego samego zdania. Nie chciały myśleć o pracy zawodowej, za to dumne były z tego, że wychowują dzieci w domu i dumne z męża, który przynosi pieniądze i nie przepija ich. To są wszystko elementy tradycyjnej kultury robotniczej.

Rozumiem, że majster w przemyśle już przyzwoicie zarabia, więc taka PRL-owska tradwife to całkiem kusząca perspektywa.

Oczywiście. Były jednak zjawiska zakłócające ten porządek kulturowy. Małżeństwo po wojnie zaczęło znaczyć coś innego niż dotąd. Dobór małżeński, dzięki prawu z 1945 roku, stał się bardziej swobodny. Do tego czasu na ziemiach polskich, przynajmniej w dawnym zaborze rosyjskim, obowiązywały śluby religijne, więc młode osoby uzależnione były od rodziny, od kościoła, od synagogi, od cerkwi; jeśli chciały tego uniknąć, jechały do dawnego zaboru pruskiego, gdzie można było brać śluby cywilne. Po wojnie mamy, w sensie prawnym, tylko śluby cywilne, a wszystko inne jest tylko dodatkiem ceremonialno-kulturowym. Dodajmy do tego wyzwolenie spod innych uwikłań…

To znaczy?

Groźba kolektywizacji na przełomie lat 40. i 50. hamuje obrót ziemią, ponieważ rolnicy nie wierzą, że dokupienie gruntu ma sens. Przeciwnie, wolą kupić złote ruble i zakopać w obejściu. Ale to powoduje również, że dobór małżeński przestaje tak bardzo zależeć od transakcji gruntowych, co na wsi było przecież typowe. Po drugie, wielkie migracje sprawiają, że ludzie poznają się bardziej spontanicznie i bardziej w środowisku pracy, mogą więc się dobierać wedle, jak mówiono wtedy, upodobania.

Ale chyba też konieczności życiowej? Skoro kobiecie z pensji trudno się utrzymać?

Jasne, we dwoje raźniej i we dwoje jest też jakaś nadzieja na mieszkanie. Pojedyncze osoby go nie otrzymają, co najwyżej służbowe, malutkie i na czas określony. Dlatego istnieje wiele powodów, dla których w nowej rzeczywistości ludzie łakną małżeństwa, ale to już jest znacznie częściej partner albo partnerka z wyboru. Oznacza to także, że reguły dalszego życia nieco częściej się negocjuje, niż przyjmuje jako dane.

Czy Polki – dziewczyny ze wsi, robotnice – wychodzą z epoki stalinowskiej bardziej równe mężczyznom niż były przed wojną?

Nie! Reżim PRL miał charakter wyjątkowo męski. Był przecież dyktaturą, która zdobyła narzędzia przemocy dzięki zewnętrznemu wsparciu. Celem zaś takiej dyktatury jest powstrzymanie ruchów oddolnych wszelkiego rodzaju, zabicie społecznej ekspresji. Nie było więc mowy o artykulacji interesów kobiet. Usankcjonowało to odziedziczoną nierówność szans, ponieważ pierwszym warunkiem zmiany stanu rzeczy jest możliwość debaty.

Czytaj także Miłość socrealistyczna. Jak upolitycznienie broni przed alienacją – w rodzinie i w parze Tomasz Żukowski

„Emancypacja” kobiet odbywała się poprzez zatrudnienie i pracę zawodową, która jednak zależna była od zakładowej hierarchii, niemal bezwarunkowo męskiej. Dlatego drogą do prawdziwej wolności byłaby kreacja wolnych związków zawodowych – i taką kartę polskiej historii otworzyła „Solidarność”. Była jednak uwikłana w kulturę społeczną, która odrzucała omnipotencję komunistycznego państwa, odwołując się do wartości ludowych – religijnych, zdroworozsądkowych, tradycyjnych. Dlatego w 1989 roku, gdy negocjowano zmianę systemu przy Okrągłym Stole, kobiet po stronie „solidarnościowej” niemal nie było.

**
Błażej Brzostek – historyk, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim oraz w Muzeum Warszawy. Zajmuje się historią społeczną i dziejami miast. Pisał o życiu robotników warszawskich w okresie stalinizmu, o codzienności w przestrzeni publicznej Warszawy oraz o kuchni w PRL-u. Bada również historię Rumunii – jest autorem książki „Paryże Innej Europy”, poświęconej porównawczej historii Bukaresztu i Warszawy, a także tekstów o rumuńskim wybrzeżu Morza Czarnego i jego kolonizacji turystycznej. Interesuje się również historią zegarmistrzostwa.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x