🪪 Pod koniec marca indyjski parlament przyjął nowelizację ustawy, która zmienia ramy prawne dotyczące osób transpłciowych i niebinarnych, ograniczając możliwość prawnego uznania wyłącznie do trzech ściśle określonych grup historycznych i tożsamościowych.
⚧️ W Indiach nie istnieje jedna, uniwersalna kategoria odpowiadająca zachodniemu rozumieniu „osoby transpłciowej” czy „trzeciej płci”. Zamiast tego funkcjonuje kilkanaście odrębnych tożsamości, z których każda ma własną historię, hierarchię, rytuały i język.
N. Zajączkowska: Jakie miejsce w indyjskim społeczeństwie zajmowały osoby transpłciowe, zanim pojawili się brytyjscy kolonizatorzy?
Harish Iyer: Przedkolonialne Indie nie miały problemu z płynnością płciową. Tradycja „trzeciej płci” istniała tutaj przez tysiące lat.
Zacznijmy od mitologii. W Ramajanie [eposie sanskryckim, który powstawał między II wiekiem p.n.e. a II wiekiem n.e. – przyp. red.] mamy postać Shikhandiego, urodzonego jako kobieta, a żyjącego jako mężczyzna-wojownik. W Mahabharacie, jednym z dwóch najważniejszych hinduistycznych poematów epickich, jeden z głównych bohaterów spędza rok na wygnaniu jako eunuch o imieniu Brihannala, ucząc tańca i śpiewu. Nikomu nie przyszło do głowy, że to „nienaturalne”. Kamasutra – traktat o życiu, sztuce i relacjach – w jednym z rozdziałów opisywała tritija-prakriti, czyli „trzecią naturę”, jako oczywisty element ludzkiego krajobrazu.
A jak wyglądała codzienność osób transpłciowych w średniowiecznych Indiach, pod rządami Mogołów i Marathów?
To był w pewnym sensie złoty wiek, choć oczywiście nieidealny. Za czasów Mogołów osoby transpłciowe, zwane wówczas khwadźasarai, pełniły wysokie funkcje dworskie. Najsłynniejszym przykładem jest Mah Laqa Bai z Dekanu – poetka, dyplomatka, doradczyni polityczna, która w XVIII wieku dowodziła własnym wojskiem. Innym – khwadźasarai strzegąca haremu władcy.
Pod rządami Marathów w zachodnich Indiach osoby transpłciowe pełniły role administratorów i poborców podatkowych. Nie stanowiły marginesu społecznego. Były funkcjonariuszami państwowymi.
Na wsiach hidźrowie – reprezentujący „trzecią płeć” – odprawiali badhai, czyli ceremonie błogosławieństw. Wzywało się ich, kiedy rodziło się dziecko czy kiedy para brała ślub. Był to zawód szanowany, bo wierzono, że hidźrowie mają szczególną duchową moc pochodzącą od bogini Bahuczary.
A potem przyszli Brytyjczycy.
Tak. To nie była tylko zmiana władzy, a ontologiczne uderzenie. Brytyjczycy przywieźli ze sobą wiktoriańską moralność – wszystko musiało być albo męskie, albo żeńskie. To, co nie mieściło się w tym binarnym podziale, było dewiacją.
Kolonialny projekt nie polegał na przypadkowym okrucieństwie, a na systemowym wprowadzaniu binarności tam, gdzie jej nie było. Brytyjczycy nie mogli zrozumieć konceptu tritija-prakriti, więc uznali go za zagrożenie. A odpowiedzią na to wyobrażone zagrożenie była stygmatyzacja i kryminalizacja.
W 1871 roku uchwalili ustawę o „przestępczych plemionach”, nazwaną Criminal Tribes Act. Hidźrowie znaleźli się na tej liście razem z nomadami i wszystkimi, których nie dało się łatwo sklasyfikować i kontrolować.
Co to oznaczało w praktyce?
Po pierwsze – obowiązkową rejestrację. Każda hidźra musiała zgłosić się na posterunek policji, by otrzymać dokument tożsamości z odciskami palców. Nie wolno było zmienić miejsca zamieszkania bez pozwolenia. Policja mogła wejść do domu hidźry o każdej porze bez nakazu. Za złamanie tych zasad groziła kara więzienia.
Kolonializm formalnie zakończył się w 1947 roku, jednak jego struktury myślowe – binarność, podejrzliwość wobec płynności, potrzeba etykietowania – przetrwały w naszych instytucjach. Kiedy politycy odmieniają dziś przez wszystkie przypadki „ochronę rodzimej tradycji”, często utrwalają właśnie ten kolonialny szkielet, a nie przedkolonialną różnorodność.
Brytyjczycy wprowadzili też do indyjskiego kodeksu karnego niesławny artykuł 377. Jakie były tego konsekwencje?
Art. 377, uchwalony w 1861 roku, kryminalizował „stosunki cielesne wbrew naturze”. Brytyjczycy celowali przede wszystkim w homoseksualizm, ale w praktyce uderzało to również w hidźrów, bo każdy stosunek, który nie służył prokreacji w małżeństwie mężczyzny i kobiety, stawał się przestępstwem. Groziło za to dożywocie.
Jeszcze w XVIII wieku, pod muzułmańskimi rządami Mogołów, osoby transpłciowe były chronione przez prawo dworskie. Sto lat później, pod rządami Brytyjczyków, stały się przestępcami z urodzenia.
A jak hidźrowie przetrwali te dekady? Jak wyglądał ich codzienny byt po 1871 roku?
To jest najboleśniejsza część naszej historii i jednocześnie najbardziej heroiczna. Bo hidźrowie nie tylko przetrwali. Oni wymyślili na nowo sposoby przetrwania w systemie, który chciał ich unicestwić.
Zacznijmy od struktury guru-ćela. To nie tylko relacja mistrz-uczeń. To cały ekosystem, w którym młoda osoba, często wyrzucona z domu przez własną rodzinę, trafia do społeczności hidźrów. Guru zapewnia jej dach nad głową, jedzenie i ochronę, jednocześnie wymagając posłuszeństwa i pracy. Ćela przez lata służy guru – sprząta, gotuje, towarzyszy podczas ceremonii.
System guru-ćela jest błogosławieństwem czy przekleństwem?
Może zarówno pomagać, jak i szkodzić. Z jednej strony zapewnia dach nad głową, poczucie przynależności i tożsamość. Nierzadko jest to psychologiczny ratunek. Z drugiej strony system ten nosi znamiona opresji i wyzysku. Niektórzy guru zabierają ćelom większość zarobionych pieniędzy. Wyrzucają ich, jeśli ci się zbuntują. Taka osoba zostaje sama, na ulicy, bez żadnego wsparcia.
Uważam, że nie powinniśmy ani romantyzować, ani demonizować tego systemu. Jest to swoista architektura przetrwania w świecie, który nie chce nas widzieć.

A jak wygląda codzienność hidźrów dzisiaj? Muszę przyznać, że najczęściej widywałam te osoby proszące o pieniądze w indyjskim transporcie publicznym lub na zakorkowanych ulicach, kiedy siedziałam w taksówce czy autorikszy.
Większość hidźrów wciąż żyje w skrajnym ubóstwie. Źródła dochodu są trzy.
Po pierwsze: badhai, czyli udzielanie błogosławieństwa. Hidźrowie chodzą od drzwi do drzwi w swoich dzielnicach, zwłaszcza po narodzinach dziecka lub przed ślubem. Klaszczą, śpiewają pieśni, tańczą, a potem błogosławią rodzinę. W zamian dostają pieniądze, jedzenie, czasem ubrania. Zazwyczaj około 50, 100 rupii, co stanowi równowartość kilku złotych.
Po drugie: żebractwo. Na skrzyżowaniach dróg, w pociągach, przed świątyniami.
Po trzecie: praca seksualna. To temat tabu w samej społeczności hidźrów. W dużych miastach, takich jak Mumbaj, Delhi czy Ćennaj, wiele hidźrów pracuje w tzw. dzielnicach czerwonych latarni. Często padają ofiarami przemocy seksualnej. Policja regularnie zatrzymuje ich pod byle pretekstem. Praca w tej branży to często jedyna deska ratunku. Prawie żadne drzwi do legalnej pracy nie są dla nas otwarte.
Patrząc na tę 150-letnią podróż, czy postrzegasz nowe ustawodawstwo jako celową kontynuację kolonialnego projektu wymazywania? Czy też może jako nieudolny, ale jednak odrębny rozdział tworzony przez współczesnych indyjskich polityków?
Brytyjski Radź [okres bezpośrednich rządów Korony Brytyjskiej nad subkontynentem indyjskim – przyp. red.], posługując się ustawą o przestępczych kastach z 1871 roku, stygmatyzował hidźrów jako przestępców z urodzenia. Dziś państwo indyjskie stosuje podobną logikę, tyle że w biurokratycznym wydaniu i białych rękawiczkach. Powołuje komisje weryfikacyjne, wprowadza nową procedurę administracyjną i żąda urzędowej pieczątki jako potwierdzenia tożsamości. Oznacza to de facto uznanie osób transpłciowych za winne samemu istnieniu, dopóki nie udowodnią swojej tożsamości odpowiednim zaświadczeniem. To zamierzone przedłużenie trwającego 150 lat projektu wymazywania – próba przekształcenia obietnicy autoidentyfikacji zawartej w przełomowym orzeczeniu indyjskiego Sądu Najwyższego z 2014 roku przełomowy wyrok, które prawnie uznało osoby transpłciowe w Indiach za „trzecią płeć”, w przesłuchanie sponsorowane przez państwo.
W tej sytuacji niezbędne jest odwołanie się do historycznej odporności. Opierać się można na sieciach relacji guru-ćela, postrzeganych jako pierwotne, rodzime zabezpieczenie społeczne. Inspiracji dostarcza też polityczna odwaga Durgi Bai Majhwar [czyt. Madźhwar – przyp. aut.] Nasza walka przypomina wasze zmagania z uchwałami o „strefach wolnych od LGBT”. Niezależnie od tego, czy chodzi o Mumbaj, czy Warszawę, lekcja jest ta sama: państwo może udawać, że nas nie widzi, ale nigdy nie zdoła zapanować nad naszą obecnością i tożsamością. Nie prosimy o pozwolenie na istnienie.
Kim jest wspomniana Durga Bai Majhwar?
Durga Bai wygrała wybory lokalne w Ćhattisgarh, nie ukrywając swojej transpłciowości. Nie czekała na lepsze jutro. Wzięła sprawy w swoje ręce i dlatego jest naszą inspiracją.
Nie możemy polegać tylko na sądach i ustawach. Musimy budować trwałą obecność w polityce i kulturze. Ustawa może jednorazowo odebrać nam jakieś prawo, ale nie może odebrać nam głosu i wymazać naszej obecności w przestrzeni publicznej.
Przejdźmy do sedna tej ustawy. Ustawa z 2019 roku miała inkluzywną definicję osoby transpłciowej. Projekt z 2026 roku uchyla to, uznając wyłącznie hidźrów, kinnerów [termin używany zamiennie z hidźrami w północnych Indiach, choć wielu kinnerów podkreśla odrębność swojej mitologii, wywodzącej się z eposu Ramajana – przyp. red.] oraz osoby interseksualne. Oznacza to, że każdy, kto identyfikuje się jako osoba transpłciowa lub niebinarna – ale nie należy do powyższych grup społeczno-kulturowych – jest faktycznie wymazywany. Co to robi z poczuciem własnej tożsamości człowieka, zarówno na poziomie prawnym, jak i emocjonalnym?
Ta zmiana to sponsorowana przez państwo kradzież tożsamości, która przekształca obietnicę Sądu Najwyższego dotyczącą autoidentyfikacji w biurokratyczny teatr. Uchylając inkluzywne definicje rząd próbuje przepuścić nasze dusze przez niszczarkę, pozostawiając osoby transpłciowe i niebinarne jako prawnych „wyrzutków”, zmuszonych do wyboru między etykietą kulturową, która nie jest ich, a prawną pustką, która nie daje żadnej ochrony. Nasza tożsamość staje się kategorią administracyjną skazującą nas na „uwierzytelnienie” albo „odrzucenie”.
Celem jest wyczerpanie nas tak bardzo, byśmy po prostu zniknęli. Ale państwo zapomina, że gdy ono zajmuje się definiowaniem nas, my zajmujemy się przeciwstawianiem mu się. Byliśmy tutaj przed ich ustawami i będziemy tutaj długo po tym, jak wyblaknie atrament, którym podpisują krzywdzące nas prawa.
Nowa ustawa nakazuje certyfikację medyczną dla uznania tożsamości, odwracając przełomowy wyrok NALSA z 2014 roku. Biorąc pod uwagę, że zaledwie około 32 500 spośród prawie 488 000 zarejestrowanych osób transpłciowych posiada obecnie dowody tożsamości, jakie dodatkowe bariery w dostępie do zabezpieczenia społecznego i podstawowych uprawnień stworzy ten wymóg?
To wypowiedzenie nam prawa do bycia częścią tego społeczeństwa. Już teraz się dusimy, a państwo chce nas dobić. Uczynienie lekarzy strażnikami naszych podstawowych praw to inwestycja w biurokrację. W konsekwencji nasza tożsamość staje się zakładnikiem komisji lekarskiej. Państwo świadomie projektuje nasze wykluczenie.
Jednym z najbardziej szokujących przepisów tej ustawy jest nowe przestępstwo – „przymuszanie lub nęcenie” ludzi do bycia osobą transpłciową. Grozi za to kara dożywotniego więzienia. Jak to się przełoży na rzeczywistość osób trans?
Moja własna matka przez lata otwierała drzwi naszego domu dla transpłciowej młodzieży potrzebującej schronienia – często ku mojej irytacji, gdyż dom bywał przepełniony. Zgodnie z nową ustawą zapewnienie przerażonemu dziecku bezpiecznego miejsca jest prawnie wypaczane jako „nęcenie” go. Państwo celowo myli opiekę z przymusem i kryminalizuje udzielanie schronienia, grożąc nawet dożywociem za udzielanie pomocy czy ratowanie życia.
Masz jakieś rady dla innych hidźrów, osób sojuszniczych i solidaryzujących się ze sprawą?
Po pierwsze: nie przyjmujcie narzucanej terminologii. Jeśli jesteś dźogta [grupa funkcjonująca w Gudźaracie i Radżastanie, często w środowiskach nomadycznych lub półnomadycznych – przyp. aut.], nie mów, że jesteś hidźrą. Jeśli jesteś khwadźasarai [tożsamość zakorzeniona w tradycji perskiej, występująca głównie w północno-zachodnich Indiach i Pakistanie – przyp. aut.], nie zgadzaj się na etykietę „podgrupa”. Każde ustne dostosowanie to mała śmierć tożsamości. Mówcie głośno, kim jesteście, nawet jeśli formularz tego nie uznaje.
Po drugie: dokumentujcie. Każda odmowa wydania dowodu, każda nieudana wizyta w szpitalu to materiał dowodowy w przyszłej sprawie sądowej. NALSA nie wzięła się z niczego. Była wynikiem wielu lat konsekwentnego dokumentowania dyskryminacji.
Po trzecie: budujcie sojusze ponad podziałami. To jest wspólna walka. Bo jeśli dziś mówią, że thirunangai nie istnieją, jutro mogą stwierdzić, że hidźrowie też nie – zależy, jak zawieją polityczne wiatry i kto uzbiera większość w parlamencie.
Czy jest w tobie nadzieja?
Moi przodkowie przetrwali ustawę o przestępczych kastach. Przetrwali art. 377. Przetrwali dziesięciolecia, kiedy formularze miały tylko dwie rubryki. Przetrwają i to. Ale nie dlatego, że jesteśmy silni i niezłomni, tylko dlatego, że nie mamy wyboru. Nie przestaniemy istnieć z dnia na dzień, nawet jeśli prawo
**
Harish Iyer – osoba aktywistyczna na rzecz równych praw, prezenterka radiowa, felietonistka, orędowniczka dobrostanu zwierząt, autorka i mówczyni. Jest jedyną osobą w Indiach wymienioną na światowej liście „World Pride Power List” dziennika „The Guardian” – zestawieniu 100 najbardziej wpływowych osób LGBT na świecie. Prowadzi pierwsze w Indiach audycje LGBT w radiu (The Gaydio Show). Była ofiarą wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie – codziennie odbiera ponad 10 telefonów od innych ofiar, udzielając im wsparcia.
N. Zajączkowska – doktorka nauk o polityce, lektorka języka arabskiego i hindi, popularyzatorka wiedzy o Azji, koordynatorka programów naukowych do Indii, Palestyny, Jordanii i Omanu. Jej zainteresowania naukowe skupiają się wokół stereotypów, nacjonalizmów, dekolonizacji oraz polityki pamięci i tożsamości. Wykładała na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Publikowała w OKO.press, Tygodniku „Przegląd”, Liberté!, Obserwatorze Międzynarodowym i Salam Lab: Laboratorium dla Pokoju.





![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.