Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Kaczor Donald musi odejść

Antologia komiksów o Superkwęku przypomina, że Kaczorowi Donaldowi i jego twórcom daleko do niewinności. Zamiast „martwić się” homoerotyczną relacją Zośki i Rudego, lepiej przyjrzycie się, jakie pranie mózgu funduje waszym dzieciom amerykański agent turbokapitalizmu i imperializmu.

ObserwujObserwujesz
Kontekst

🦆 W 1971 roku w Chile ukazała się książka „Jak czytać Kaczora Donalda” autorstwa Armanda Mattelarta i Ariela Dorfmana. Publikacja analizowała komiksy Disneya jako nośnik określonych treści ideologicznych i została objęta cenzurą po wspieranym przez USA zamachu stanu w 1973 roku.

📕 W 2025 roku Story House Egmont, od lat 90. odpowiadające za publikację komiksów o kaczorach w Polsce, zaprezentowało antologię poświęconą postaci Superkwęka. Publikacja „Tom Gigant Poleca Premium” wywołała aferę związaną z wykorzystaniem dużych modeli językowych (LLM) w branży wydawniczej.

🗽 Komiksy o Kaczorze Donaldzie i Myszce Miki były szczególnie popularne w Polsce w latach 90. i 2000., gdy stanowiły jeden z głównych masowych produktów popkultury dla dzieci. Współcześnie wracają w debacie jako przykład globalnej dominacji amerykańskiej rozrywki i jej interpretacji kulturowych.

Celnie!

1

Spacerując niedawno w centrum Warszawy, uświadomiłem sobie, że zaledwie kilka minut spacerkiem dzieli mnie od różnych upamiętnień młodych powstańców, dzieci w wieku 11-16 lat. Zadumałem się. Po chwili jednak zrozumiałem, że tym, co przeraża mnie najbardziej, jest myśl, że Zośka i Rudy, dwóch nastolatków wchodzących w szybko przerwaną dorosłość w ekstremalnie traumatyzujących warunkach walki zbrojnej w okupowanym mieście, mogłoby czuć do siebie bardziej skomplikowane emocje niż te, które pozwalają chłopom obejrzeć mecz przy piwku i pogadać o dupie Maryni.

„Żony są w domach, a kurwy za płotem” – mówi jeden z bohaterów Krolla Pasikowskiego. W mentalnie skoszarowanym społeczeństwie ta zasada pozostaje w mocy, bo „trzeba być ludźmi”, a nie jakimiś tam gejami. Mniejsza o to, że to właśnie osoby niehetero odpowiadają za najważniejsze literackie teksty o powstaniu warszawskim z perspektywy cywila (Pamiętnik z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego), getta warszawskiego (Ślady Ludwika Heringa) czy mordu katyńskiego (Na nieludzkiej ziemi Józefa Czapskiego). Najważniejsza jest prawda, literatura i sprzeciw wobec „promowania” czułości, bliskości czy innych dewiacji.

Czytaj także Serial, który pomógł Stevenowi Spielbergowi uniknąć depresji podczas pracy w Polsce Łukasz Łachecki

No chyba, że chodzi o ideologicznie przezroczystą rozrywkę dla dzieci, taką jak komiksy z Kaczorem Donaldem, które wychowani w latach 90. z braku laku chłonęli na potęgę. Takie treści akurat nie łapią się na krytyczne odczytania, gdyż jak uczy co najmniej 50-letnie doświadczenie – „łatwiej sprywatyzować amerykańską kopalnię miedzi, niż walczyć z kulturową hegemonią Kaczora”.

Disneyowski niebieski ptak może być symbolem nowej doktryny w polityce europejskiej, będącej wyrazem pogłębiających się na naszym kontekście sentymentów antyamerykańskich. Nie byłoby to zresztą zupełną nowością – Kaczor jest już ponad 90-letnim, nobliwym ptaszyskiem i w czasie swojej kariery wielokrotnie oskarżany był o liczne odchylenia, które wyciągnęłyby z grobu Karola Marksa.

W 1971 roku, wkrótce po objęciu rządów w Chile przez Wolność Ludową Salvadora Allende, ukazała się książka Jak czytać Kaczora Donalda? Ariela Dorfmana i Armanda Mattelarta, pionierska pod względem ujawniania problematycznego lobbyingu i propagandy sączonej przez agentów z Kaczogrodu, nie tylko do oczu najmłodszych odbiorców. Dlaczego ponad 50 lat później mogłaby przydać się również polskim czytelnikom?

Jak bogaty jest Sknerus McKwacz?

W ubiegłym roku Story House Egmont, już od lat 90. odpowiadające za publikację komiksów o kaczorach w Polsce, zaprezentowało dużą antologię poświęconą postaci Superkwęka. Tom Gigant Poleca Premium: Superkwęk szybko stał się bohaterem głośnej – choć może nie tak szeroko dyskutowanej, jak książka Karoliny Opolskiej – afery związanej z wykorzystaniem dużych modeli językowych (LLM) w branży wydawniczej. Okazało się bowiem, że w tym przypadku „zaangażowano” je do tłumaczenia komiksów, a to właśnie tłumaczenia Jacka Drewnowskiego pod koniec lat 90. były jedną z najmocniejszych stron przeciwnika w ideologicznej świętej wojnie, którą Kaczogród wypowiedział wówczas Polsce.

W atmosferze środowiskowego skandalu felerny nakład wycofano ze sprzedaży. Dziś na aukcjach jego ceny osiągają wielokrotność tej okładkowej, ale wydawnictwo zdecydowało się na ponowną publikację, tym razem w zgodzie ze sztuką i z Drewnowskim na pokładzie. Niestety, o ile źle przetłumaczony zbiór pozwalał na przypuszczenie, że doszło do jakiegoś błędu, coś „zgubiono w tłumaczeniu”, a niewinni takiemu obrotowi spraw Donald, Hyzio, Dyzio, Zyzio, Sknerus czy Diodak utknęli w swoistym ideologicznym limbo, o tyle wznowienie rozwiewa wszelkie wątpliwości.

Superkwęka, czyli superbohaterskie alter ego Donalda, poznajemy w chwili „narodzin” – tuż po tym, jak Donald wchodzi w posiadanie przejętej wcześniej przez Skarb Państwa Villi Nora, należącej w przeszłości do złodzieja-dżentelmena, Kwantomasa. Donald, jak przypominają dalsze fragmenty książki, jest siostrzeńcem i spadkobiercą Sknerusa McKwacza, najbogatszego kaczora świata. „Forbes” w 2007 roku szacował jego majątek na 28,8 mld dolarów, i jak to w przypadku bogaczy bywa, kryzys finansowy, który nastąpił potem, nie nadszarpął porfela oligarchy – w 2011 roku jego majątek magazyn wyceniał już na 44,1 mld, przede wszystkim ze względu na rosnące ceny złota. Patrząc na to, jak chętnie prezes NBP chełpi się swoimi sukcesami wynikającymi z inwestycji w ten kruszec, można zakładać, że dziś byłoby to jeszcze więcej.

Nie dowiadujemy się, dlaczego Sknerus zdecydował, że jego spadkobiercą będzie akurat Donald, skoro w kaczej rodzinie znalazłoby się co najmniej kilku innych kandydatów do sukcesji, na czele z Gogusiem – kaczorem mogącym poszczycić się wyjątkowym szczęściem. To właśnie Goguś jest zwycięzcą loterii, w której nagrodą jest Villa Nora – ale świadomy tego Donald postanawia zataić ten fakt i wejść w posiadanie nieruchomości dzięki zwykłemu oszustwu. A to zaledwie początek jego kryminalnej drogi.

Włoska robota (pachnie tu szwindlem)

Zanim przejdziemy do wyliczanki wszystkich grzechów, warto odnotować, że Superkwęk nie jest produktem czysto amerykańskim – stworzyli go włoscy autorzy pod koniec lat 60. Włochy po drugiej wojnie światowej stały się jednym z największych „franczyzobiorców” marki Walt Disney na świecie i odpowiadały za wiele kreacji, które od dawna dominują również w polskich tłumaczeniach. Dino Buzzatti, włoski pisarz ceniony także w Polsce, twierdził nawet, że komiksy z Kaczorem to „jedna z największych narracyjnych innowacji nowoczesności”, porównując je z powieściami Dickensa czy Balzaca.

Czytaj także Komiks polski w pięciokilogramowej pigułce Tomasz Żukowski

Entuzjazm zmarłego w 1972 roku autora Pustyni Tatarów nie powinien odwracać naszej uwagi od późniejszych interpretacji poczynań bohaterów stworzonych w fabryce Walta Disneya, które oprócz chilijskich dysydentów prześledził Alessandro Barbera w książce Camerata Topolino. L’ideologia di Walt Disney z 2001 roku. Barbera analizował m.in. pierwsze lata ofensywy Donalda i Myszki Miki, którzy już w latach 30. stanowili odbicie poglądów samego Disneya, popierającego rooseveltowską politykę New Dealu z elementami wrażliwości społecznej, i ewoluującego ku powojennej retoryce antykomunizmu i polowania na czarownice pod batutą Josepha McCarthy’ego. Sam Disney był zresztą w tym czasie współpracownikiem FBI, a czas wojny przetrwał, tworząc filmy propagandowe promujące naloty dywanowe i pomagające „zacieśniać więzi” z krajami Ameryki Południowej.

Od początku biografia Walta Disneya była w przewrotny sposób obecna w jego „twórczości”. Bity przez ojca, zmuszany do pracy w niewolniczych warunkach od najmłodszych lat, Disney całkowicie pomijał kobiety – w tym matkę i siostrę – w swoich wspomnieniach, a jedynym członkiem licznej rodziny, z którym utrzymywał kontakt po odniesieniu sukcesu, był pracujący w finansach brat.

„Dziewczyny mnie nudziły. Nadal mnie nudzą” – mówił w jednym z późniejszych wywiadów twórca firmy. Dlatego komiksowe ramki zakaczają postaci pozbawione rodziców – wujkowie i siostrzeńcy, nigdy nie dojrzewający, nie mogący wyrwać się z kręgu podległości, wolący wykonywać najgłupsze zadania wymuszone na nich przez bogatych patriarchów, niż jakkolwiek się im sprzeciwić. Kaczki zaś mają leżeć i pachnieć – podobnie jak dzieci w tym uniwersum służą głównie do bycia policjantkami obowiązującego porządku, domagając się od kaczorów respektowania zasad, które ci sami narzucili. Nie mają szansy na „spełnianie się” w seksistowsko stereotypowych zajęciach kaczek, od gotowania po zajmowanie się domem, nie wspominając o miłości, pociągu seksualnym czy emancypacji.

Jak przystało na wroga związków zawodowych, Disney nie pozwolił na to, by po Kaczogrodzie szlajała się jakaś klasa robotnicza – jedyni bohaterowie niezwiązani z przemysłem wydobywczym i przygodami klasy próżniaczej (jak zauważają Dorfman i Mattelart, w analizowanych przez nich komiksach 75 proc. historii poświęconych jest poszukiwaniem skarbów, a 25 proc. – walce o bogactwo w mieście) lub niebędący oddającym się jałowej konsumpcji reprezentantami sektora usługowego to pospolite rzezimieszki pokroju braci Be.

Ucieczka z miasta-pułapki w analizowanych przez chilijskich autorów tekstach zazwyczaj wiąże się z kolonialnym wyzyskiem: „mamy różne telefony, ale tylko jeden podłączony – do międzynarodowego banku pożyczek” – mówi afrykański szaman w rozmowie z Donaldem. W Superkwęku ucieczka poza miasto jest jeszcze bardziej niemożliwa, a autorzy Jak czytać Kaczora Donalda porównują kondycję bohaterów do sytuacji sierot z dziewiętnastowiecznej powieści realistycznej – tyle że w przeciwieństwie do tekstów Dickensa nie istnieje żadne zewnętrze wobec tego położenia, żadna możliwość ucieczki.

Świadomi stereotypów

Co ciekawe, już w stopce redakcyjnej polski wydawca informuje: „Publikacja ta w negatywny sposób przedstawia niektóre osoby lub kultury oraz/lub ukazuje niewłaściwe traktowanie innych. Te stereotypy i zachowania były i są niewłaściwe. Usunięcie tych fragmentów byłoby zaprzeczeniem istnienia takich uprzedzeń oraz ich szkodliwego wpływu na społeczeństwo. Uznajemy ich wpływ, chcemy wyciągać wnioski i podejmować dyskusję na rzecz budowania przyszłości, która nikogo nie wyklucza”.

Brzmi obiecująco, ale w środku nie znajdujemy żadnych zaproszeń do dyskusji, nie wspominając o krytycznym opracowaniu poszczególnych tekstów. O ile mi wiadomo, Kaczor przez ideologiczne dyskusje po 1989 roku przeszedł w Polsce suchą płetwą, a disclaimer okazuje się całkowicie martwym prawem – niepełnoletni czytelnik nie dowie się nawet, że większość komiksów powstała w czasach zimnej wojny. Tłumaczenia znanego z leksykalnej finezji i nawiązań do współczesności Drewnowskiego pomagają zaciemnić ten obraz.

Czytaj także Jak w rok pogrzebać soft power i kulturową dominację? Spytajcie Trumpa Jakub Majmurek

Tymczasem katalog „zachowań, które były i są niewłaściwe” i które znajdziemy na ponad 600 stronach antologii, jest powalający. Donald/Superkwęk kradnie, kłamie, spekuluje koncentratem pomidorowym, a kryjące się za tymi działaniami „bohaterstwo” jest czystą fikcją. Częściowo można szukać usprawiedliwienia w źródłach komiksu inspirowanego Diabolikiem, innym komiksowym bohaterem rodem z Włoch, i faktem, że Superkwęk miał być jedynie mścicielem mszczącym się na bogatym wujku za upokorzenia związane z permanentnym wyzyskiem, który w zamian za mglistą obietnicę odziedziczenia fortuny funduje Donaldowi Sknerus. Ostatecznie autorzy odeszli od tego pomysłu, a Superkwęk poszedł na współpracę z policją i zaczął bronić Kaczogrodu przed… nie wiadomo czym.

Problem polega na tym, że choć w XXI wieku nie brakuje nam pogłębionych psychologicznie portretów superbohaterów, którzy mają swoje za uszami i targani są sprzecznościami w odwiecznej walce dobra ze złem, Superkwęk broni głównie interesów Donalda – romantycznych, finansowych czy wizerunkowych – a na końcu zawsze swojego wujaszka wyzyskiwacza. Wbrew prześwitującemu w niektórych starszych komiksach rysu kaczora jako migającego się od pracy bumelanta, może nawet anarchisty, w tych przypomnianych w Superkwęku Gigancie nie ma w sobie nic z uroku anarchistycznych z ducha mieszkańców Doliny Muminków – bliżej mu do tego bohatera serialu Sukcesja, którego zapamiętaliście jako najgorszego, a i tak nie ma nawet krztyny jego złożoności, humoru czy sensownych motywacji.

Szczególnie interesująca jest obsesja Kaczora na punkcie „praw autorskich” do wizerunku Superkwęka – tej walce poświęcona jest znaczna część przygód z tegorocznej antologii. To również charakterystyczne dla Walta Disneya, który mimo reputacji najbardziej wpływowego twórcy obrazów od czasów Leonarda da Vinci bliższy był Kanyemu Westowi w roli projektanta mody – jego modus operandi to zawłaszczanie cudzych pomysłów, wyzysk pracowników niższego szczebla i armia prawników, którzy pilnowali, by z imperium Disneya nie wyciekła nawet dziesięciocentówka.

Pinochetyści-kaczoryści są wśród nas

„Tam, gdzie pojawia się konsumpcyjna obfitość, fałszywość ról przyjmuje szczególnie jaskrawą postać w opozycji między młodzieżą a dorosłymi. Nikt nie jest wszakże dorosły, nikt bowiem nie jest panem swojego życia. Młodość zaś – zmiana tego, co istnieje – nie jest atrybutem osób, które są obecnie niepełnoletnie, przejawia się wyłącznie w systemie ekonomicznym, w dynamice kapitalizmu. To RZECZY królują i to one są młode; wzajemnie się wypierają i następują po sobie” – pisze Guy Debord we wznowionym właśnie Społeczeństwie spektaklu, wydanym cztery lata przed How to read Donald Duck – książką, która pozostajefascynującym symbolem oporu i buntu wobec propagandowej kolonizacji przez Disneya.

Czytaj także Inne historie. Jak w Związku Radzieckim przerabiano kultowe zachodnie książki dla dzieci Paweł Jędral

Czytając książki Deborda oraz Dorfmana i Mattelarta możemy zastanowić się, czy w Polsce mieliśmy podobne krytyki, powstające na bieżąco, wychodzące z innych pozycji niż antykomunistyczne i które wkrótce nie zostały zawłaszczone przez narodowo-katolicką większość. Pozbawieni zgrabnie napisanych, intensywnych i pełnych gniewu esejów o (pop)kulturze zostaliśmy z Kościołem, lewicą, dialogiem jak Himilsbach z angielskim i tak, poza stosunkiem do partyzantów Moczara, wyglądają nasze zdobycze maja 1968 roku. Za to w Chile hejt na Kaczora stał się symbolem epoki Salvadora Allende, by po puczu wojskowym książka Dormana i Matterlarta znalazła się na stosach palonych przez nowych władców z amerykańskiego przyzwolenia.

W Polsce zaś pinochetystów-kaczorystów nie brakuje do dziś.

Wydawca nie ujawnia nakładu swoich komiksów, ale wiadomo, że pod koniec lat 90. Egmont sprzedawał ponad 5 mln książek rocznie. „Kaczor Donald” jako tygodnik jeszcze w 2006 roku miał nakład 100 tys. egzemplarzy, a wychodzący co miesiąc „Gigant” sprzedawał się w 30 tys. – czyli nakładzie podobnym do najpopularniejszych dziś tygodników opinii. Zapytajcie ludzi żyjących w latach 90., którzy nie porzucili później zainteresowania umiejętnością czytania, czy kojarzą „Giganta”. Odpowiedź na 99 proc. będzie twierdząca.

Na popkulturowym bezrybiu późnych lat 90. i początku dwutysięcznych dostępna w kioskach propaganda błyszczała solidnym, niemal ekskluzywnym wydaniem pośród lepszych i gorszych pism w stylu „Bravo”, „Popcornu” czy „Mega Sportu”. Całe pokolenie ukształtowane propagandą chciwości, fiksacji na własnym wizerunku, eksploatacji, wyzysku oraz amerykańskiej hegemonii! Dziś, bez porównania bardziej świadomi problematycznych kolonizatorskich kontekstów, uświadamianych nam przez rządzącego USA imiennika Kaczora, mamy już narzędzia, by oprzeć się brutalnej, kapitalistycznej, imperialistycznej i ultrakonserwatywnej propagandzie Walta Disneya.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie