9 kwietnia Donald Trump ponownie zagroził NATO i Grenlandii. We wpisie na platformie Truth Social stwierdził: „NATO nie pomogło nam, gdy tego potrzebowaliśmy i nie pomoże nam gdybyśmy znów ich potrzebowali. Pamiętaj o tym Grenlandio, ty duża, marnie zarządzana góro lodu!!!” Jak widać wojna z Iranem nie wyleczyła go ani z nienawiści do Sojuszu Północnoatlantyckiego, ani z marzeń o zajęciu należącej do Danii wyspy.
Oficjalne uzasadnienie aneksji znamy przynajmniej od roku. Grenlandia jest słabo zaludniona, więc się „marnuje”. Topniejące lodowce otwierają nowe szlaki handlowe i umożliwiają wydobywanie cennych surowców – szczególnie niezbędnych dla nowoczesnych technologii litu, kobaltu i niklu. Położenie wyspy jest kluczowe dla obrony Stanów Zjednoczonych przed potencjalnym atakiem z użyciem rakiet balistycznych. Duńczycy źle zarządzają Grenlandią. A robią to i tak tylko z łaski Waszyngtonu, który w akcie dobrej woli im ją oddał.
Jest jednak jeszcze jeden powód. Grupa techoligarchów o zapędach autorytarnych i parareligijnych upatrzyła sobie Grenlandię jako teren pod budowę dystopijnych „miast wolności”.
Strategie wyjścia z państw i demokracji
W wielkim biznesie „strategia wyjścia” oznacza wycofanie się z nieudanej inwestycji lub jej zakończenie. W ostatnich latach wśród krzemowych inwestorów zapanowała moda na proponowanie analogicznych strategii odejścia od demokracji oraz państw w obecnej formie. Powstał wręcz cały ekosystem powiązanych ze sobą dystopijnych idei i przedsięwzięć.
Jest więc programista i bloger Curtis Yarvin, znany także pod pseudonimem Mencius Moldbug, który już kilkanaście lat temu położył podwaliny pod nurt zwany Dark Enlightenment, czyli Mrocznym Oświeceniem. Yarvin przekonuje, że demokracja jest nieudanym eksperymentem, bo ogranicza innowacyjność i postęp technologiczny. Zresztą, jaka to demokracja, która nie dopuszcza do głosu twardogłowych libertarian, takich jak Yarvin? Dlatego trzeba zastąpić obecne państwa demokratyczne rozproszonymi państwami podległymi korporacjom. Władcami byliby krzemowi CEOs (bo są najinteligentniejsi na świecie), a panującym ustrojem monarchia, którą Yarvin uważa za najdoskonalszą. Aby to wszystko się udało, trzeba zburzyć stary ład, reprezentowany przez „Katedrę” – państwowe administracje, media, świat akademicki.
Podobną ideę wykłada krzemowy inwestor Balaji Srinivasan. Proponuje on stworzenie nowego rodzaju państw, tzw. network states. Każdy mógłby takie państwo założyć w sieci i wprowadzić w nim dowolny ustrój. Wystarczy pomysł, odrobina chęci i własne krypto. Każde państwo można by w dowolnej chwili sprzedać i kupić, bez ograniczeń. Srinivasan nie dodaje oczywistego: że to pozorne rozproszenie skończyłoby się wielką kumulacją tych „państw” w rękach oligarchów uzbrojonych w bazy danych, media społecznościowe, moce obliczeniowe, ogromne środki finansowe i status liderów opinii. Promowane przez Srinivasana hasło „exit over voice” (zamiast gadać o zmianach systemu, trzeba zastąpić system) może brzmieć zachęcająco tylko w uszach tych, którzy wiedzą, że po „wyjściu” to ich „głos” będzie jedynym.
Wizje Curtisa Yarvina (i porządkującego jego bełkotliwe wynurzenia brytyjskiego filozofa Nicka Landa) czy Balajiego Srinivasana już są przekuwane w rzeczywistość. Chodzi o kilka bliźniaczych idei: charter cities, freedom cities i seasteading. Miasta czarterowe mają być libertariańskimi utopiami, funkcjonującymi na obszarach wydzierżawionych od biednych państw i wyjętymi spod ich jurysdykcji. Miasta wolności to w zasadzie nowsza, amerykańska wersja miast czarterowych, spopularyzowana przez Donalda Trumpa podczas ostatniej kampanii wyborczej. O obu tych ideach pisała niedawno na łamach Krytyki Politycznej Magdalena Bazylewicz. Z kolei seasteading to wariacja na temat tej samej idei, przewidująca, że utopijne miasta będą pływały na wodach międzynarodowych, co sprzedawano jako doskonałe rozwiązanie problemu ocieplającego się klimatu, wygodnie pomijając, że zalaniem zagrożony jest jakiś miliard ludzi, a na proponowanych miastach-statkach mieszkałyby ich co najwyżej setki tysięcy. Pływające miasto jest dla zarządu. Dla Areczków zostają kosztowne zapory lub przeprowadzka.
Elementem wspólnym wszystkich tych pomysłów jest wyjęcie ich spod jurysdykcji państw, likwidacja podatków i regulacji. Na przykład środowiskowych, prawa pracy, kontroli kryptowalut czy dotyczących wątpliwych etycznie i zdrowotnie badań nad technologiami wydłużającymi życie. Nie potrzeba wielkiej fantazji, by wyobrazić sobie realizację takiej wizji. Odcięte od świata państwa-firmy, zarządzane przez korporacje i dla korporacji, stosujące niewolniczy system pracy, degradujące środowisko, eksperymentujące z nieetycznymi lub nieprzebadanymi technologiami, zarządzane przez AI, a finansowo wiszące na kryptowalucie, która w każdej chwili może doświadczyć kolejnego krachu.
Pomysły te nie są całkowicie nowe. W XIX wieku w państwach zachodnich, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, pojawiały się tzw. company towns, gdzie pracownikom płacono w wewnętrznej walucie, którą mogli wydawać tylko w należących do spółki sklepach, ostatecznie zostając z pustymi rękoma. Nowa, technoutopijna adaptacja jest już wprowadzana w życie w różnych miejscach. Najbardziej rozwinięte jest prawdopodobnie „miasto” Próspera, położone na wyspie u wybrzeży Hondurasu. Gdy nowa władza tego kraju chciała ograniczyć samowolę amerykańskich inwestorów, została przez nich pozwana na ponad 12 miliardów dolarów, co stanowiło dwukrotność budżetu państwa. Trudno wyobrazić sobie, by jeden z najuboższych krajów na świecie, w którym dwie trzecie populacji żyje w biedzie, miał szanse w starciu z takim kapitałem.
Nowy Rzym na nowej granicy cywilizacji
Od kilku lat uwaga utopistów od miast wolności skierowana jest na Grenlandię. A któż pomoże w realizacji tych wizji, jeśli nie łatwo sterowalny oligarcha na stanowisku prezydenta USA? Według magazynu „Forbes” pomysł zajęcia Grenlandii podsunął Trumpowi zaprzyjaźniony przedsiębiorca Ronald Lauder, który sam inwestował na wyspie, także w firmę należącą do rodziny ważnej grenlandzkiej polityczki (do zeszłego miesiąca ministry spraw zagranicznych) Vivian Motzfeldt.
Główną motywacją jest dobranie się do bogatych złóż cennych surowców, takich jak nikiel i kobalt. CNN już w 2022 roku donosiło, że za inwestycjami w KoBold Metals i Bluejay Mining stoją Jeff Bezos, Michael Bloomberg i Bill Gates. W odróżnieniu od prawicowych klimatycznych denialistów, magnaci doskonale rozumieją, że lodowce topnieją, odkrywając nowe złoża i szlaki handlowe. Tyle że traktują to zagrożenie jako możliwość inwestycyjną. Znów: denializm jest dla Areczków. Dla zarządu jest lukratywny kontraktna nieuregulowane wydobycie metali ziem rzadkich.
Wraz z powrotem Trumpa do władzy pomysł nabrał nowego pędu. W kwietniu zeszłego roku Reuters donosił, że krzemowi inwestorzy „promują lodową wyspę jako miejsce tak zwanego miasta wolności, libertariańskiej utopii, z minimalnymi regulacjami”.
Twarzą grenlandzkiego miasta wolności jest Dryden Brown, młody programista i inwestor, założyciel projektu Praxis. Wprost mówi, że ma ono być pierwszym państwem sieciowym, w myśl idei Srinivasana. Według własnych współpracowników Brown jest zafascynowany faszystowskimi pisarzami i okultystami: Juliusem Evolą, Albertem Speerem i Aleksandrem Duginem, którego okazjonalnie udostępnia na platformie X. Ma też ewidentną słabość do „klasycznej estetyki”, ze szczególnym uwzględnieniem starożytnego Rzymu. Z wdzięcznością zauważa, że przywraca ją Donald Trump.
Widoczne są też elementy estetyki faszystowskiej. W przewodniku projektu Praxis przeczytamy na przykład o „wrogach witalności” i „tradycyjnych europejskich/zachodnich standardach piękna”. Samo miasto miałoby być zasiedlone przez „muskularnych i czystych” wojowników, „szczupłych” kapłanów, którzy będą „definiować wartości i przekonania społeczne”, oraz „krępych i brodatych” kupców.
Brown uważa, że ekspansja na Grenlandię jest pokonaniem nowej granicy (frontier), manifestacją amerykańskiej wyjątkowości. Porównuje ją do europejskiej kolonizacji kontynentu amerykańskiego czy dziewiętnastowiecznej ekspansji na tzw. dziki zachód. Wkrótce po drugim zwycięstwie wyborczym Trumpa Brown poleciał na Grenlandię, by dogadywać z lokalnymi politykami umowę na wyjęte spod prawa miasto. Na platformie X napisał, że wyspa powinna być miejscem próby generalnej przed kolonizacją Marsa i wzywał do jej niepodległości.
Oddajmy głos samemu Brownowi: „Jest to oczywista możliwość: jeśli zastąpilibyśmy 500 milionów [rocznej dotacji od Danii dla Grenlandii – przyp. aut.] innym źródłem dochodu – podatkami z nowego miasta, górnictwem i turystyką po terraformingu – moglibyśmy zmniejszyć ryzyko akcesji [Grenlandii do USA] i pomóc uzyskać Grenlandczykom długo oczekiwaną niepodległość – a wraz z nią ogromne bogactwa. W ramach takiego układu, Praxis znalazłby niezamieszkane, nieużywane terytorium do stworzenia płacącego podatki państwa czarterowego, a być może czegoś większego, z głębszą niepodległością. Sprywatyzowanego miasta czarterowego. Wspieranie grenlandzkiej niepodległości poprzez tworzenie prywatnych państw czarterowych byłoby w amerykańskim interesie, projektując siłę kulturową, ekonomiczną i polityczną, poprzez prywatne przedsiębiorstwa. Nowa doktryna Monroe”.
A wszystko to zasilane lokalnie wydobywanym uranem, wobec braku regulacji środowiskowych pewnie zrzucanym do najbliższego strumienia. Prezentem dla mieszkańców wyspy byłyby wydłużające nasłonecznienie lustra i sztuczne generowanie opadów deszczu.
Idea przekuta w działanie
Dryden Brown to tylko frontman. Niewykluczone zresztą, że upadły, gdyż ostatnio miał jakoby stracić zaufanie inwestorów. Co oczywiście niewiele zmienia, bo zaraz zastąpi go ktoś inny, skuteczniejszy. Pomysły grenlandzkich miast wolności są ciepło przyjmowane wśród amerykańskich oligarchów – i suto przez nich finansowane.
Wśród inwestorów znajdziemy Petera Thiela, który już lata temu stwierdził, że demokracja i wolność są „niekompatybilne”, czy Shervina Pishevara, który w zajęciu Grenlandii widzi emanację idei, że „Ameryka jest wyjątkowym narodem, z daną od Boga misją zdobywania terytoriów”. Inni to Joe Lonsdale, kolega Thiela i Elona Muska, czy fundusz inwestycyjny Sama Altmana z OpenAI. A także Pronomos Capital, założony przez Patri Friedmana, wnuka Miltona. Oraz Marca Andreessena, który próbuje budować podobne miasto na amerykańskiej ziemi, niedaleko San Francisco. Wielu z nich równolegle inwestuje w firmy szukające na Grenlandii cennych surowców. Tak oto interes ekonomiczny miesza się z nawiedzoną wizją polityczną, która coraz częściej przyjmuje charakter parareligijny.
Wymienionych inwestorów łączy coś jeszcze. Wszyscy znajdują posłuch w administracji Donalda Trumpa. Rok temu portal Wired donosił, że podsuwają jego urzędnikom projekt ustawy, która miałaby pozwolić na stworzenie miasta wolności w samych Stanach, na ziemi federalnej, co Trump przecież obiecał. O „głębokiej integracji” elit Doliny Krzemowej z administracją mówił w tym kontekście także Dryden Brown. Wystarczy zresztą zauważyć, że amerykańskim ambasadorem w Danii został inny promotor tej samej idei, niejaki Ken Howery. Portal Responsible Statecraft informował w styczniu, że Howery już rozmawiał z Danią o utworzeniu na Grenlandii stref niskich regulacji.
Pytanie, czy takie szalone idee będą miały wpływ na podejmowane w Waszyngtonie decyzje, jest więc bezzasadne. To się już dzieje. Zajęcie Grenlandii pozwoliłoby zrealizować kilka dążeń Trumpa: wyjdzie z NATO (lub efektywnie je sparaliżuje), zdobędzie dobrze prezentujące się na mapie terytorium (porównywalne chyba tylko z zakupem Alaski czy Luizjany), położy rękę na cennych surowcach oraz spełni żądania swoich krzemowych sponsorów. Skoro Katarczycy mogą kupować jego decyzje za ledwie kilkaset milionów dolarów, a Rosjanie za uścisk dłoni, to naiwnością byłoby sądzić, że Thiel, Musk czy Andreessen nie będą w stanie osiągnąć tego samego. Takie są prawidła trumpistowskiej kleptokracji.
Krytycy nazywają to techno-faszyzmem. Jeden z dziennikarzy spytał o to Patriego Friedmana, jednego z głównych sponsorów ruchu na rzecz miast wolności. Friedman wzruszył ramionami, mówiąc: „Finansujemy firmy, które będą zarządzały niedemokratycznymi miastami. Jeśli ci się to nie podoba, nie przeprowadzaj się tam”.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.