Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Francuska lewica odetchnęła z ulgą po wyborach samorządowych, ale trudno mówić o triumfie

W minioną niedzielę odbyła się druga tura francuskich wyborów samorządowych. Wkrótce po ogłoszeniu wyników swój sukces ogłosili socjaliści, konserwatyści, niepokorni, nacjonaliści, komuniści… Niemal każda siła, która wystawiła swoich kandydatów. Kto więc jest faktycznym zwycięzcą, a kto robi dobrą minę do złej gry?

ObserwujObserwujesz
Walka

Apetyt prawicy przed drugą rundą głosowania był spory. Pod oblężeniem znalazły się największe miasta Francji, praktycznie wszystkie rządzone dotychczas przez centrolewicę. Zagrożona była nawet stolica, nieprzerwanie pozostająca przy Partii Socjalistycznej (PS) od 2001 roku – jednak z niemal wszystkich starć obrońcy ostatecznie wyszli obronną ręką. Gdy opadł kurz bitewny, okazało się, że trzęsienia ziemi nie było i Francja dalej jest podzielona na linii duże/małe miasta oraz biedne/bogate przedmieścia.

Czytaj także Nieśmiertelny Macron, śmiertelna Francja. Kryzys polityczny nad Sekwaną Olga Byrska

W skali całego kraju w największej liczbie gmin wygrali kandydaci tradycyjnej prawicy, wyraźnie wyprzedzając lewicę i centrum, ale wyniki są bardziej niejednoznaczne, jeśli przyjrzeć się liczbie mieszkańców zdobytych miast – lewica i prawica będą rządzić miejscowościami o łącznej populacji odpowiednio 17 i 18 milionów, z centrystami oraz radykałami daleko z tyłu. Takie ogólne etykiety i szacunki wciąż jednak niewiele zdradzają na temat tego, kto zdołał zagarnąć jaki kawałek tortu.

Katastrofa Zielonych, rozczarowanie prawicy

Można się spierać przy próbie wskazania realnego zwycięzcy wyborów samorządowych – niemal wszystkie siły polityczne odtrąbiły swój sukces, chwaląc się zdobytymi miastami. Wyjątek stanowią Zieloni, dla których poprzednie głosowanie, w 2020 roku, było przełomowe i dało im władzę w 8 z 50 największych miast. Teraz ostały się tylko dwa, a wśród straconych ośrodków można wymienić Bordeaux, Besançon i Poitiers, więc nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że akurat oni przegrali w niedzielnym głosowaniu.

Czasem interpretuje się to jako odrzucenie ekologicznej i antysamochodowej polityki zielonych merów, nazywanej pogardliwie „ekoterroryzmem”. Przeczą temu jednak dobre wyniki innych lewicowych kandydatów o podobnym programie, choćby paryskiego następcy Anne Hidalgo, która zasłynęła jako postrach samochodziarzy. Pewien wpływ na kiepski wynik ekologicznych kandydatów mogła mieć natomiast polaryzacja wewnątrz lewicy – o pierwszeństwo walczą niepokorni i socjaliści, marginalizując znajdujących się pomiędzy nimi Zielonych. Strasburg został utracony przez tych ostatnich właśnie na rzecz kandydatki PS, a w przynajmniej niektórych pozostałych miastach tworzenie list z udziałem niepokornych lub socjalistów mogło odstraszać wyborców drugiego ugrupowania.

Chociaż na porażce Zielonych i rozbiciu lewicy zdarzało się korzystać kandydatom prawicy, to ogółem niedzielne wyniki stanowią dla niej spory zawód. Nie udało się zdobyć żadnego z trzech największych miast Francji, a w przypadku Paryża i Lyonu wyniki lewicy były znacząco powyżej oczekiwań. W stolicy Rachida Dati miała poparcie szerokiej koalicji od macronistów po skrajną prawicę, a i tak znalazła się daleko za Emmanuelem Grégoirem z PS, mimo że lewicowy elektorat podbierała mu kandydatka LFI. W Lyonie murowanym faworytem był Jean-Michel Aulas (były prezes klubu Olympique Lyon), a jednak przegrał z zielonym merem, który zjednoczył za sobą lewicę. W Marsylii po wycofaniu się kandydata LFI (w imię „antyfaszyzmu”) kandydat centrolewicy bez problemu pokonał nacjonalistę.

Czytaj także Czy to już antysemityzm? Spór o wymowę nazwiska Epsteina podzielił Francję Artur Troost

Co prawda prawicy udało się zdobyć lub utrzymać kilka dużych miast, ale ogółem potwierdziło się, że największe ośrodki to bastiony lewicy, podczas gdy na konserwatystów lub centrystów głosują częściej mieszkańcy mniejszych miast i miasteczek, ewentualnie zamożne przedmieścia głównych aglomeracji. Te biedniejsze miały z kolei innych faworytów.

Radykałowie zdobywają przyczółki, ale samorządy to bastiony starych wyjadaczy

Po ogłoszeniu wyników radość zapanowała m.in. w biurach Francji Niepokornej. Jean-Luc Mélenchon mówił o historycznym przełomie za sprawą zdobycia swoich pierwszych merostw. Największym miastem pod rządami LFI będzie podparyskie Saint-Denis, a wśród kilku innych znajdą się ludowe przedmieścia nie tylko stolicy, ale też Lyonu. Do tego doszło położone przy granicy z Belgią przemysłowe Roubaix. W większości przypadków pokonani zostali kandydaci innych partii lewicowych. Gorzej niepokornym szło w starciach na bardziej neutralnym terenie – z reprezentantami prawicy przegrali w Limoges i Tuluzie, w tym ostatnim wypadku tracąc szansę na objęcie sterów w czwartym mieście Francji, mimo koalicji z miejscową centrolewicą.

Pokazuje to limit obecnych możliwości Francji Niepokornej, która na razie może się zadowolić przede wszystkim walką o tradycyjne bastiony lewicy. W nich natomiast z lepszej pozycji startują partie z długimi tradycjami samorządowymi, tak jak PS, która zachowała kontrolę nad większością dużych miast. W uprzywilejowanym położeniu pod tym względem była również Partia Komunistyczna (PCF), mająca po tegorocznym głosowaniu powody do zadowolenia. Nie tylko powstrzymała trend spadkowy, ale zyskała nowe miasta, z których największym jest południowe Nîmes. Mimo znacznie mniejszej popularności ogólnokrajowej na poziomie samorządowym komuniści wyraźnie przegonili LFI za sprawą posiadania głęboko zakorzenionych struktur lokalnych.

To samo można powiedzieć o konserwatywnych Republikanach (LR), czyli ogólnych zwycięzcach głosowania, o ile za miarę przyjąć liczbę merostw w posiadaniu. Tradycyjna prawica zdeklasowała na tym polu kilkakrotnie popularniejsze Zjednoczenie Narodowe (RN), które w drugiej turze przeważnie ponosiło porażki. Wyjątkiem jest Nicea, a oprócz niej nacjonaliści przejęli kilkadziesiąt mniejszych ośrodków, ale jest to skromny wynik jak na ugrupowanie typowane do zwycięstwa w zaplanowanych na przyszły rok wyborach prezydenckich. Nie znaczy to jednak, że głosowanie samorządowe nie przyniosło partii Marine Le Pen powodów do optymizmu.

Jakie wnioski wyciągną partie przed kampanią prezydencką?

Zwycięstwo popieranego przez RN Ciottiego we wspomnianej Nicei było o tyle ważne, że potwierdziło flirt Republikanów ze skrajną prawicą. Lider konserwatystów Bruno Retailleau odmówił poparcia rywala Ciottiego i to mimo faktu, że mowa o polityku centroprawicowym, a nie lewicowym czy nawet centrowym. W wielu innych gminach również dochodziło do mniej lub bardziej formalnych „unii prawic”, czyli sojuszy z nacjonalistami łamiącymi zasadę frontu republikańskiego przeciwko radykałom. Nie zawsze były one udane, ponieważ działały odstraszająco na umiarkowanych wyborców, ale dynamika jest korzystna dla Zjednoczenia Narodowego i wybory samorządowe to potwierdziły. Tego samego raczej nie można powiedzieć o przeciwnym biegunie sceny politycznej, mimo różnych lokalnych sukcesów.

Od kilku lat postępuje demonizacja Francji Niepokornej – ugrupowanie Mélenchona oskarża się o radykalizm, podżeganie do przemocy czy antysemityzm, a na centrolewicy jest wiele głosów wzywających liderów PS czy Zielonych do zdecydowanego odcięcia się od LFI. Efekty było widać już w wyborach samorządowych, ponieważ krajowe kierownictwo socjalistów wykluczyło możliwość ogólnonarodowego porozumienia z niepokornymi. Zostawiło jednak wolną rękę lokalnym kandydatom, którzy przyjmowali różne strategie i często wchodzili w układy z LFI. Przyniosło to mieszane rezultaty, w wielu miastach obecność niepokornych prawdopodobnie zantagonizowała centrowych wyborców i pomogła zmobilizować prawicowych do głosowania przeciwko lewicy, co pokazało skuteczność taktyki mającej na celu otoczenie partii Mélenchona nowym kordonem sanitarnym. Teraz wrogie współpracy z LFI skrzydło PS próbuje wykorzystać te wyniki, aby zapobiec odrodzeniu się Frontu Ludowego (lewicowej koalicji z wyborów w 2024 roku) w jakiejkolwiek formie.

Czytaj także Śmierć jednego nacjonalisty to tragedia. Dziesiątki ofiar skrajnej prawicy to statystyka Artur Troost

Takie działanie może się okazać krótkowzroczne. O ile centrolewica ma powody do zadowolenia w kontekście niedzielnego głosowania, o tyle przy wyciągnięciu błędnych wniosków grozi jej powtórka z 2002 roku – słynne wybory prezydenckie, które odbyły się rok po udanych dla lewicy wyborach samorządowych, przyniosły starcie Chiraca z Le Penem w drugiej turze. Ten drugi awans zawdzięczał dużej liczbie lewicowych kandydatów, a w 2027 roku może być ich podobnie dużo. Zarówno Mélenchon, jak i będący faworytem zachowawczego skrzydła PS Glucksmann torpedują ideę wspólnych prawyborów i wykluczają się wzajemnie z lewicy.

Zauważalne po wyborach samorządowych samozadowolenie większości głównych partii (w tym centroprawicy) może je utwierdzić w kursie na samodzielny start w nadchodzących wyborach prezydenckich. A to stanowi dobrą wiadomość przede wszystkim dla Le Pen i Bardelli, którzy pewnie ze spokojem obserwują wyścig żółwi daleko za ich plecami.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie