Kilka dni temu senator Bernie Sanders oraz deputowany do Izby Reprezentantów Ro Khanna, dwaj przedstawiciele lewego skrzydła Partii Demokratycznej, spotkali się z ponad tysiącem studentów Uniwersytetu Stanforda – prestiżowej kalifornijskiej instytucji od lat dostarczającej kadr i liderów Dolinie Krzemowej. Temat: sztuczna inteligencja i jej wpływ na amerykańską demokrację, nierówności, przyszłość klasy średniej. W trakcie spotkania Khanna przedstawił swoje propozycje „nowej umowy społecznej” wokół AI – zestawu regulacji i polityk mających gwarantować, że zyski ze wzrostów produktywności związanych z wdrażaniem sztucznej inteligencji będą realnie służyć jak największej liczbie Amerykanów, a nie tylko właścicielom wielkich firm technologicznych.
O konieczności stworzenia nowej umowy społecznej dotyczącej AI mówił też niedawno w New Hampshire Pete Butigieg – w przeciwieństwie do Khanny i Sandersa związany raczej z centrum niż lewą flanką demokratów. Coraz więcej polityków partii podejmuje temat konieczności regulacji AI czy kontroli warunków, na jakich funkcjonują centra danych. Można spodziewać się, że będzie on mocno rezonował zarówno w tegorocznych wyborach połówkowych, jak i w kampanii prezydenckiej za dwa lata. Zwłaszcza że administracja Trumpa mocno stawia na AI jako koło zamachowe amerykańskiej gospodarki i jest niechętna jakiejkolwiek istotnej regulacji branży.
Nowa technologia budzi obawy
Demokraci idą tu za elektoratem, który – jak pokazują sondaże – jest nieufny wobec nowej technologii. W badaniu YouGov z lutego tego roku 58 proc. Amerykanów zadeklarowało, że nie ufa AI. 45 proc. zgodziło się ze stwierdzeniem, że sztuczna inteligencja będzie miała raczej negatywny niż pozytywny wpływ na amerykańską gospodarkę. Prawie dwie trzecie, 63 proc., uznało, że nowa technologia ograniczy liczbę miejsc pracy. W sondażu Ipsos dla Reutersa z sierpnia zeszłego roku aż 71 proc. badanych Amerykanów deklaruje obawę, że AI będzie prowadzić do likwidacji zbyt wielu miejsc pracy.
Tym lękom sprzyja to, w jaki sposób liderzy branży mówią o potencjale AI, obiecując, że już za chwilę sztuczna inteligencja będzie w stanie zastąpić większość bardziej zrutynizowanych prac umysłowych, przedstawiając to jako wspaniałą wiadomość dla ludzkości, z której wszyscy powinni się cieszyć. Nawet jeśli te prognozy są przesadzone i mają na celu głównie napędzenie cen akcji big techów, to wywołują realne społeczne obawy. Zwłaszcza gdy techoligarchowie dzielą się z opinią publiczną swoim rozumowaniem, w którym człowiek jawi się głównie jako zbędny koszt. Głośnym echem odbiła się ostatnio choćby wypowiedź Sama Altmana z OpenAI, który – wypowiadając się na temat kosztów energii koniecznej do działania sztucznej inteligencji – stwierdził, że aby przygotować człowieka do wejścia na rynek pracy, potrzeba dwudziestu lat, a to też łączy się przecież z określonym energetycznym kosztem.
W ostatnim tygodniu wielkie emocje na amerykańskim X wywołał post firmy analitycznej Citrini Research prognozujący, że jeśli spełnią się obietnice techbaronów dotyczące możliwości zastępowania prac umysłowych przez AI, może to doprowadzić nie tylko do załamania amerykańskiej klasy średniej, ale i całej amerykańskiej gospodarki. Kilka miesięcy temu wielkie poruszenie wywołał esej Noah McCormacka We Used to Read Things in This Country, w którym autor przedstawia AI w obecnej formie jako zagrożenie dla amerykańskiej demokracji i całej kultury opartej o słowo pisane. Sztuczna inteligencja może bowiem „wyzwolić” elity od konieczności dbania o poziom wykształcenia populacji, przejmując prace, które kiedyś wykonywała wykształcona klasa średnia i prowadząc do jej głębokiej proletaryzacji.
McCormack podkreśla wielokrotnie, że problemem nie jest sama technologia, ale społeczny kontekst, w jakim jest wdrażana w Stanach – kontekst zderegulowanego, zdominowanego przez oligarchiczne interesy kapitalizmu. Autor twierdzi nawet w pewnym momencie, że Chińczycy są bardziej optymistycznie nastawienie do AI niż Amerykanie, bo ich rząd nie jest kontrolowany przez techoligarchów i dba, by wdrożenie sztucznej inteligencji było podporządkowane szerszemu interesowi społecznemu. Biorąc pod uwagę, jak wygląda coraz bardziej zamordystyczny techautorytaryzm Chin Xi Jinpinga, to dość absurdalne stwierdzenie, ale autor ma rację, że kluczowy jest problem społeczno-politycznego kontekstu AI i odpowiedzi, jakiej polityka udzieli na technologię.
Pytajmy, co Dolina Krzemowa może zrobić dla Ameryki
Z taką propozycją wychodzi wspomniany Ro Khanna. W swoim wystąpieniu na Uniwersytecie Stanforda kongresman zaproponował siedem zasad, które powinny rządzić dalszymi wdrożeniami AI. Wśród propozycji znalazł się między innymi podatek od agentów AI i robotów. Razem z podatkiem od wielkich fortun miałby on sfinansować Administrację Prac Przyszłości – nową rządową agencję finansującą miejsca pracy w sektorze publicznym „rozszerzające granice nauki, czystej energii, biotechnologii”, ale też wspomagającej wielkie projekty infrastrukturalne, odbudowę miast czy prace społeczne i opiekuńcze.
Khanna chce też, by wielkie firmy były zobowiązane do negocjacji ze związkami zawodowymi co do wdrażania AI i by prawo nakazywało „utrzymanie ludzkiego elementu w procesie” tam, gdzie następuje automatyzacja. Polityk chce też zaostrzyć przepisy chroniące amerykańską sferę publiczną przed zalaniem generowaną przez sztuczną inteligencję dezinformacją.
Domaga się również zmiany zasad, na jakich powstają centra danych. Budujące je firmy mają być zobowiązane do używania możliwie czystych technologii i wspomagania lokalnych społeczności. Ten ostatni temat wywołuje ostatnio wielkie emocje. Amerykanie skarżą się, że centra danych podnoszą ceny energii i wyczerpują zasoby wody w ich okolicy. Demokratyczni gubernatorzy – tacy jak Josh Shapiro z Pensylwanii, Wes Moore z Maryland czy JB Pritzker z Illinois – którzy kiedyś z entuzjazmem witali powstawanie centrów danych w swoich stanach i tworzyli dla nich różnego rodzaju zachęty, zaczynają wycofywać się z tej polityki.
Przedstawiając swoją „nową umowę społeczną wokół AI” Khanna mówi: zbyt długo pytaliśmy się, co Ameryka może zrobić dla Doliny Krzemowej, teraz najwyższy czas zapytać, co Dolina Krzemowa może zrobić dla Ameryki. Jeśli stanie do prawyborów prezydenckich w Partii Demokratycznej w 2028 roku, będzie to zapewne jeden z kluczowych tematów jego kampanii.
To będzie temat w 2028 roku?
Można się spodziewać, że ktokolwiek wygra nominację demokratów, będzie musiał zmierzyć się z tym tematem. Tym bardziej że administracja Trumpa bardzo mocno stawia na AI – przekonana nie tylko, że technologia może zapewnić amerykańskiej gospodarce niezbędny jej wzrost, ale też, że rząd powinien skupić się wyłącznie na tym, by w wyścigu o technologiczną dominację na polu sztucznej inteligencji Chiny nie wyprzedziły USA. W grudniu Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze mające zablokować stanowe regulacje dotyczące AI – administracja jest przekonana, że Stany potrzebują jednego zestawu regulacji, tak by lokalne przepisy nie blokowały rozwoju krytycznej dla amerykańskiej przyszłości branży.
Ten ruch skrytykował republikański gubernator Utah Spencer Cox. Sceptycyzm wobec kosztów utrzymywania centrów danych dla lokalnej społeczności wyraził też związany z partią gubernator Florydy Ron DeSantis, ale wciąż to przede wszystkim Partia Republikańska sytuuje się dziś jako przyjazna wobec żądań branży.
Jej pieniądze już teraz wpływają na amerykańskie wybory. W zeszłym roku komitety wyborcze finansowane przez firmy związane z AI wydały 83 miliony dolarów na wybory lokalne, w tym roku wydadzą jeszcze więcej w wyborach połówkowych, wspierając przyjaznym interesom branży kandydatów obu partii. W tym roku tych opowiadających się za silniejszą regulacją branży będzie wspierał inny specjalny komitet wyborczy – Public First Action. Finansuje go między innymi gigant AI Anthropic, jedna z niewielu firm z branży domagająca się większych regulacji – obecnie znalazła się ona w konflikcie z Pentagonem ze względu na niezgodę na wykorzystanie swoich technologii do masowej inwigilacji amerykańskich obywateli i budowy w pełni autonomicznego uzbrojenia.
Branża najpewniej będzie chciała zagwarantować sobie, by w 2028 roku w wyborach prezydenckich zmierzyli się dwaj przyjaźni jej interesom kandydaci. Pytanie czy zgodzą się na to elektoraty obu partii.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.