Liga Polskich Rodzin – jeśli ją pamiętasz, to znaczy, że miałaś morowe dzieciństwo. Może kojarzysz tę partię jako zbieraninę wysługujących się Rydzykowi religiantów, nieco zbyt mocno zainteresowanych torebką, którą nosi Tinky Winky z Teletubisiów? Której po dopuszczeniu do koryta wystarczył rok, by odesłać samą siebie na śmietnik historii? Ja też. Ale spójrzmy na to z innej strony.
Wczoraj okazało się, że Roman Giertych, minister edukacji w drugim rządzie PiS, pracuje wspólnie z Barbarą Nowacką, ministrą edukacji w ostatnim rządzie PO, nad ustawą, która ma zablokować media społecznościowe osobom poniżej 15 roku życia. Również w tym tygodniu Krzysztof Bosak został pochwalony przez Jarosława Kaczyńskiego jako „młody, dobrze zapowiadający się polityk”, na co wicemarszałek Sejmu odpowiedział, że pochlebstwa nie podzielą jego ekipy. Wiele się zmieniło, by nie zmieniło się nic – choć gdyby spróbować wywróżyć 20 lat temu Nowackiej, Giertychowi, Bosakowi i Kaczyńskiemu wydarzenia tego tygodnia, pewnie padliby ze śmiechu.
Z zasianego przez LPR ziarna podlanego stężonym Korwinem zakwitły niezwykłe owoce, od szurów z Korony Brauna po mentzenowskie Imperium Kontraatakuje. Gdy dodamy do tego choćby nieco zapomnianego Piotra Farfała, p.o. prezesa TVP w latach uznawanych dziś za prawdziwe instytucjonalne laboratorium dla radykalnej prawicy (za sprawą niepowtarzalnej kohabitacji rządu PO i trzymającego łapę na mediach publicznych PiS) albo dość powszechnie deklarowane zainteresowanie „myślą” Romana Dmowskiego, okaże się, że widmo Ligi wciąż krąży nad Polską.
Przepis na przystawkę
Obok prawicowych aliansów, podchodów i projektów, w ostatnich dniach oglądaliśmy jeszcze jedno porywające przedstawienie – wybory nowej osoby przewodniczącej w Polsce 2050 Szymona Hołowni. Partii, która wbrew pozorom ma sporo wspólnego z klasycznym składem LPR.
Nie chodzi tylko o to, że zarówno marszałek Hołownia, jak i marszałek Bosak próbowali kupić sobie wykształcenie na ruskim bazarze w Collegium Humanum. Także konsumowanie Polski 2050 Szymona Hołowni przez Tuska odbywa się według sprawdzonej receptury na przystawki, wypracowanej przez Jarosława Kaczyńskiego już w 2006 roku, i po półmetku rządów z „obiecującej, dobrze zapowiadającej się” partii został wrak smutny i zapomniany niczym Tupolew.
A jeszcze pół roku temu mogło wydawać się, że Polska 2050 Szymona Hołowni, mimo porażki Szymona Hołowni w wyborach prezydenckich, mogłaby przy odrobinie starań ulepić jakąś masę upadłościową o poparciu na poziomie Razem i szukać podobnych sobie bezideowych wspólasów, z którymi dałoby się powalczyć w 2027 roku na wspólnej liście. Jednak seria niefortunnych zdarzeń, która nastąpiła po kompromitacji Hołowni, stawia tę walkę o Polskę pod dużym znakiem zapytania.
Ostatnim jak do tej pory akordem tej tragifarsy są właśnie wybory szefa partii Hołowni, którym – jak wiedzieliśmy od kilku miesięcy – Hołownia dłużej być nie zamierzał. Już na początku przedmiotem żartów stała się liczebność grona, które zdecydowało się ubiegać o schedę po eksgospodarzu programu Mam talent – niemal nikt w Polsce nie wiedział, że ta partia ma aż tylu członków. Co oczywiście nie jest jakimś dramatycznym zarzutem: partie Brauna czy Zandberga mają podobną liczbę znanych twarzy, ale połowie z nich nie przeszkadza to w sondażowych wzrostach.
Większym problemem było to, że doniesienia o wewnętrznych tarciach między frakcjami Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, Pauliny Hennig-Kloski, Joanny Muchy, Ryszarda Petru i Rafała Kasprzyka nie pomagały w odpowiedzi na pytanie: dlaczego w ogóle Partia 2050 Szymona Hołowni nadal istnieje? Co chce osiągnąć i w jakim kierunku zmierza? I czy po porażce Hołowni w walce o stanowisko komisarza ds. uchodźców w ONZ leci z nimi jeszcze jakiś pilot?
Bezideowa, ale stołkożerna
Gdy na początku miesiąca 40-letni Kyryło Budanow został szefem kancelarii prezydenta Zełenskiego, niektórzy zwrócili uwagę, że w ukraińskiej polityce dokonała się zmiana pokoleniowa – wiele istotnych ministerstw i instytucji w kraju zarządzane jest przez osoby, które z racji wieku nie mogą pamiętać Ukrainy przed choćby 2004 rokiem, nie wspominając o 1990. Tymczasem w Polsce – tzn. w Polsce 2050 Szymona Hołowni – o szefostwo ubiegają się politycy, którzy „młodzi i obiecujący” mogą być tylko w oczach Jarosława Kaczyńskiego.
Z perspektywy aktywu zaletą Pełczyńskiej mogło być przynajmniej to, że wydawała się rozumieć, że dziś w polskiej polityce nie ma miejsca na kopie starej, niedobrej Nowoczesnej. Od początku kadencji rolę prospołecznych i proprzedsiębiorczych zderzaków dla Tuska znakomicie wypełniają odpowiednio Czarzasty i Kosiniak.
Dobitnie pokazała to przepychanka w sprawie PIP – „premier się wściekł”, zbeształ lewaczkę, na co podniosły się głosy lewicowe, kontrowane przez ultrakonserwatywnych biznesmenów z PSL. Na końcu Tusk salomonowym wyrokiem zdecydował o powrocie do prac, i spójrz Bożenko – jeszcze tylko parę miesięcy jałowej naparzanki i będziemy mieli kadłubek ustawy, która nie zadowoli nikogo, ale sprzeda się ją jako kompromisową. Tak sobie dojedziemy do wyborów w 2027 roku.
Po co komukolwiek w takim układzie stołkożerna partia Hołowni, uchylająca się od jakichkolwiek wyrazistych deklaracji, tak centrowa, że aż żadna, niemożliwa do powiązania z żadnym wielkim projektem infrastrukturalnym czy rozwojowym, stojąca w ideowym rozkroku między bezpiecznymi poglądami założyciela-ministranta a… no właśnie, czym? Nawet wyłączenie dzieciakom Instagrama podebrała im egzotyczna koalicja Nowackiej i Giertycha. Sobotnie głosowanie, w wyniku którego do drugiej tury walki o fotel przewodniczącej dostały się Pełczyńska-Nałęcz i Hennig-Kloska, mogło być sygnałem minimalnej przytomności partii – obie rządzą ministerstwami, teoretycznie mając szansę na prowadzenie podmiotowej polityki.
Łabędzi śpiew
Coś jednak poszło bardzo nie tak, skoro we wtorek kluczowe dla partii ostateczne głosowanie, do którego uprawnionych było nieco ponad 800 osób, zostało dokumentnie położone i obśmiane przez całą Polskę. Mediom i użytkownikom społecznościówek nie umknął fakt, że partia od dawna ma w programie głosowanie powszechne online – a wybory prezydenckie czy parlamentarne dotyczą jednak większej liczby osób, niż uprawnieni do wyboru przewodniczącej hołowniarze, którzy nie zapełniliby większej hali widowiskowej. Ostatecznie w głosowaniu nowej Nowoczesnej – nowszej nie będzie! – oddano… ponad 26 tysięcy głosów.
Gwóźdź do trumny wbił sam Hołownia, który jeszcze pół roku temu twierdził, że jest poddawany antykonstytucyjnym naciskom na ponowne przeliczenie głosów w wyborach prezydenckich, a teraz oświadczył, że nie wyklucza wejścia smoka i wystartowania w powtórzonych wyborach w Polsce 2050 Szymona Hołowni. Z artykułu „Gazety Wyborczej” dowiedzieliśmy się też, że ma żal do osoby, która wcześniej odwiodła go od tego pomysłu. W liście do partii pisał zaś o swoich błędach, że popełnił je „wycieńczony walką na tysiącu frontów, kampaniami, dźwiganiem naszego wizerunku i odpowiedzialności za ruch, dniem i nocą, przez sześć lat”. Jak widać, czasem nawet sześć lat pracy dniem i nocą nie sprawi, że ktokolwiek będzie traktować cię jak osobę poważną.
Głosowanie i towarzyszące mu perypetie pokazały, że partia z chwiejnym – trochę ustępującym, a trochę nie – liderem, który zdążył wrzucić własne nazwisko do jej nazwy, jest podzielona tak, jakby sama miała czym się dzielić. Tymczasem w sondażach notuje wyniki w okolicach błędu statystycznego i nie wydaje się, by miała atuty pozwalające jej na wyjście poza rolę petenta – i to już nie tylko Tuska, ale też Czarzastego czy Kosiniaka.
Dla polityków i polityczek partii zostaje odrobina pocieszenia, promyk nadziei – i tu wracamy do analogii z LPR. Może się bowiem okazać, że w 2027 roku nie będzie już żadnej Polski 2050, czy to z Hołownią w nazwie, czy bez. Jednak kto wie, czy za 20 lat nie odnajdziemy Ryszarda Petru czy Joanny Muchy w nowych barwach i na wysokich stanowiskach tak, jak widzimy brylujących dziś Giertycha i Bosaka. Oczywiście jako polityków młodych i obiecujących.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.